Rywalka

Nigdy nie przywiązywałam wagi do dat, rocznic, jubileuszy, a jednak - gdy któregoś dnia rano, przebudziwszy się na dobre, przypomniałam sobie (akurat: przypomniałam! - myślałam o tym dniu już od kilku miesięcy), że właśnie skończyłam trzydziestkę, załamałam się bardziej niż mogłam przewidywać.

Zamiast wstać i - z mniej lub bardziej udawanym zapałem - zająć się sobą, rozpłakałam się jak mała dziewczynka.

Reklama

Nie chodziło tylko o wiek. Byłam samotna, byłam klasyczną starą panną i nikt nie mógł temu zaprzeczyć. Co gorsza - nikt już nawet nie chciał mnie przekonywać, że życie dopiero przede mną... I tak bym nie uwierzyła.

Szczęśliwy traf - a właściwie nie traf, bo przecież sama to zaplanowałam - chciał, że nie musiałam iść tego dnia do pracy, między ludzi. Miałam urlop, mieszkałam w górach, w domku przyjaciół. Chodziłam na samotne spacery, leżałam na maleńkim tarasie, czytałam, patrzyłam na nieodległe polany i przez pewien czas udawałam, że czuję się świetnie. Do tego poranka.

Wstałam, w końcu wstałam. A potem, jak codziennie, choć tym razem nawet bez cienia ochoty, podreptałam w kierunku pustej jak zwykle drogi, by zrobić sobie kolejny długi spacer. Siedziałam na kamieniu patrząc na rozpościerającą się przede mną przestrzeń, gdy usłyszałam za plecami jakiś szelest. Odwróciłam głowę. Sto metrów dalej stał jakiś mężczyzna. Był dużo starszy ode mnie - dwadzieścia, może nawet trzydzieści lat. Trochę spanikowałam. - Niech się pani nie boi - powiedział. - Wcale się nie dziwię, że jest pani zaskoczona: ja też się nie spodziewałem, że kogokolwiek tu spotkam.

Nie wyglądał na miejscowego. Raczej na turystę. I rzeczywiście. Jak się okazało - uwielbiał samotne przemierzanie górskich szlaków i co roku w taki właśnie sposób spędzał urlop. Pogawędziliśmy chwilę o niczym, a później poszedł w swoją stronę.

Spotkaliśmy się już następnego dnia, przy sklepiku. Uznał, że to nie może być przypadek. Zaprosił na lody, trzy kroki dalej. I tak nie miałam nic innego do roboty. Doskonale się nam rozmawiało. Okazało się, że mieliśmy szansę wpaść na siebie już wcześniej: choć mieszkał w innym mieście, od czasu do czasu załatwiał interesy w mojej firmie. Gawędziliśmy tak trzecią godzinę, było miło, gdy - niestety - nagle zaczął mówić to, co mówi większość chwilowo samotnych mężczyzn prowadzących rozmowę z nowo poznaną kobietą. Opowiadał, że nikt go nie rozumie, żona zdradza i że jego życie to jeden wielki dramat. Udawałam że wierzę. I w głębi duszy żałowałam, że nie potrafił wyjść poza banał...

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje