Słabi mężczyźni silnych kobiet

Mężczyźni bywają krytykowani przez swoje partnerki z wszelkich możliwych - albo i niemożliwych - do wyobrażenia powodów. Ale każde pokolenie kobiet hołubi swoje ulubione zarzuty wobec partnerów.

Współcześnie kobiety mają żal do mężczyzn przede wszystkim o to, że nie są oni dość mocni.

Reklama

Oto relacja Małgorzaty, lat 35, mężatki od dziesięciu lat: "Coraz częściej zastanawiam się nad rozwodem. Nie, oczywiście nie mówię tego poważnie, mamy dwoje dzieci, dom, dobrą sytuację materialną. Nie rozbiłabym rodziny dla swojego widzimisię... Ale gdybym mogła zacząć wszystko od początku, to nigdy nie wybrałabym Marka.

Pozornie jest wszystko w porządku. On zarabia pieniądze, jest zaradny, potrafił ustawić się w dzisiejszych czasach. Koleżanki zazdroszczą mi wakacji za granicą, własnego samochodu, zakupów w drogich sklepach, a przede wszystkim tej solidności, powagi, która od Marka aż bije. To wszystko prawda. Ale nie bardzo wiem, jak wytłumaczyć, że on, będąc z pozoru kimś aż tak silnym, wydaje mi się słaby.

Na czym to polega? Chociażby na tym, że kiedy wraca - na ogół dość późno - do domu, to zachowuje się tak, jakby mnie unikał, jakby się mnie bał... Siada przed telewizorem, odpowiada mi monosylabami i ani nie ma nic do powiedzenia o sobie, ani nie jest zainteresowany tym, co mnie się przydarzyło. Jeśli jestem niezadowolona, próbuje jak najszybciej zażegnać konflikt, zgadzając się dla świętego spokoju na wszystko. Nie obejmie, nie przytuli, nie powie komplementu. W ogóle nie zachowuje się jak mężczyzna wobec kobiety.

Przy tym nie jest interesujący, nie ma nic do powiedzenia ani do zaproponowania. No i w ogóle się o mnie nie troszczy. Owszem, daje mi pieniądze. Ale nie ma dla niego znaczenia, jak sobie daję radę, jak się czuję, co myślę, czego mi potrzeba. Właściwie on nie stanowi dla mnie żadnego oparcia. Czuję się zupełnie sama".

Być może wiele kobiet mogłoby coś podobnego powiedzieć.

A co mógłby odpowiedzieć Marek? "Tak, domyślam się, że Małgorzata ma do mnie pretensje. Próbowała mi o tym mówić, ale ja nie podejmuję tematu, w ogóle staram się raczej unikać takich rozmów. Bo i cóż tu można sobie powiedzieć? Moja żona skarży się, że nie jestem wobec niej mężczyzną, że nie daję jej oparcia... Kiedyś usiłowałem jej wytłumaczyć, że ona mnie wcale nie traktuje jak kobieta mężczyznę. Po roku, no, może po dwóch, naszego małżeństwa zacząłem czuć się wobec Małgorzaty jak ktoś w rodzaju bezpłciowego misia-przytulanki. Takie duże ciepłe stworzenie, z którym jest miło i bezpiecznie, ale wcale nie mężczyzną, który ma własne potrzeby, czegoś może chcieć i niekoniecznie wystarcza mu przytulanie żony i noszenie jej na rękach. Kiedy próbowałem o tym mówić - pewnie niezbyt zręcznie - a ona oświadczała, że nie rozumie, o co mi chodzi.

Co do spraw łóżkowych, to jest na to zbyt zmęczona (albo chora, albo zdenerwowana). Jeśli chodzi o uwodzenie mnie, dążenie do tego, żeby mi się podobać, tak jak kobieta mężczyźnie, to przecież dba o mnie, gotuje, pierze, prasuje, więc nie mogę mieć do niej pretensji. Zrezygnowałem z tych rozmów, bo do niczego nie prowadziły, i żyjemy już od dobrych paru lat wcale nie jak mężczyzna z kobietą, ale jak... bo ja wiem, jak to określić... chyba jak dorastająca córeczka z tatusiem. To znaczy moja żona tak chciałaby, ale ja nie mogę tego zaakceptować i stajemy się sobie coraz bardziej obcy".

Wygląda na to, że Małgorzata i Marek dopiero po jakimś czasie trwania związku zdali sobie sprawę z tego, że ich oczekiwania są zupełnie inne. Małgorzata poszukiwała - jak to zauważył Marek - kogoś w rodzaju ciepłego, dobrego tatusia, któremu ona stworzyłaby miły dom, a on dawałby jej oparcie, bezpieczeństwo, czułość. Marek natomiast chciałby związku z kobietą zainteresowaną nim seksualnie, uwodzącą i potrzebującą go jako mężczyzny, a on dla niej byłby gotów do zdobywania świata. Jest to punkt wyjściowy wielu związków, problem polega na tym, że początkowo postawy takie wydają się harmonijnie uzupełniać, ale prędzej czy później harmonia ta okazuje się pozorna i dochodzi do nieuchronnego konfliktu. "Córeczka" może trochę pouwodzić kandydata na "misia-tatusia", on może mylnie sądzić, że jest postrzegany jako stuprocentowy mężczyzna przez dwustuprocentową kobietę. Przychodzi jednak moment, gdy ona przestanie spełniać jego oczekiwania - które wydają się jej wygórowane i niezbyt istotne - a on poczuje się odrzucony jako mężczyzna. Oboje będą czuli się oszukani, bo przecież "na początku było zupełnie inaczej".

Agata ma 42 lata, od dziesięciu lat jest związana z Andrzejem, swoim drugim mężem. Kiedy mówi o tym, jak obecnie wygląda jej małżeństwo, po chwili zaczyna płakać. "Byliśmy w sobie tak bardzo zakochani. To była fascynacja pod każdym względem. Kiedy rozstawaliśmy się na pół dnia, Andrzej rysował dla mnie obrazki, a ja pisałam do niego limeryki. Moje pierwsze małżeństwo było fiaskiem pod każdym względem i dopiero z Andrzejem poczułam się naprawdę kochana. Robiliśmy takie szalone rzeczy. I byliśmy szczęśliwi nawet w wynajmowanych pokoikach, nawet kiedy urodziła się nasza córeczka i pojawiły się pewne obowiązki. Ale do czasu...

Teraz mam wrażenie, że Andrzej stał się podstarzałym hipisem, zabawowym facetem, reagującym całym sobą na magiczne słowo 'impreza'. Wszystkie sprawy związane z utrzymaniem rodziny, z ważnymi decyzjami życiowymi, właściwie z czymkolwiek ważnym - spadły na mnie. Andrzej mówi, że to nie są czasy na zarabianie pieniędzy dla ludzi utalentowanych - jak on - tylko dla prymitywnych cwaniaków, i on się nie będzie pospolitował tą prozaiczną walką o byt, którą nazywa 'wyścigiem szczurów'.

Nie pomaga mi w niczym, czasem jak ma ochotę, pobawi się z córką, potrafi też coś ugotować, ale nigdy na moją prośbę. Na wszystkie pytania tyczące na przykład wakacji, remontu, spraw zdrowotnych, szkoły dziecka odpowiada na ogół: 'Nie zawracaj mi głowy, Agata. Zrób jak uważasz'. Wiem, że mnie zdradza. Jeśli w ogóle zarabia jakieś pieniądze swoimi obrazkami, to wydaje je na własne przyjemności. Unika jakiegokolwiek wysiłku na rzecz rodziny. Ja nie mogę zrozumieć, gdzie podział się ten wspaniały, pełen energii, siły i temperamentu chłopak, przy którym mogłam być słabą kobietą. Czuję się zupełnie sama".

A oto, co powiedział Andrzej. "Nie ukrywałem tego, jaki jestem. Zawsze taki byłem - trochę świr, niezbyt praktyczny, nie bardzo do dzisiejszych czasów. Nigdy nie udawałem, że potrafię zarabiać dużo pieniędzy albo że będę umiał zapewnić mojej rodzinie jakiś luksus. Ja sam zresztą też żadnego luksusu nie wymagam. Agata świetnie o tym wszystkim wiedziała, kiedy za mnie wychodziła. Była wtedy wspaniałą dziewczyną, pełną wdzięku, niekonwencjonalną też trochę szaloną. Zdawało mi się, że wygrałem los na loterii. Nareszcie jakaś kobieta nie miała do mnie pretensji, że mylę dzień z nocą, że nie pamiętam o zapłaceniu rachunków, że wszystkie pieniądze, które zostały na życie, potrafię wydać na kwiaty dla niej. Nawet kiedy urodziła się nasza córeczka, nie daliśmy się pogrążyć tej okropnej prozie życia.

Dopiero potem coś się stało... Agata stała się nudną zrzędliwą babą. Wiecznie 'sprzątnij po sobie', 'nie mam skąd brać na utrzymanie', 'do której będziesz tkwił w tym łóżku?', 'czy nie widzisz, w jakiej norze żyjemy?' itp., itd. Ja sobie ją wybrałem, bo była inna niż te wszystkie typowe żony, miała wdzięk, polot, fantazję. A teraz wychodzi z niej chyba jej prawdziwa natura".

Te dwie zupełnie różne pary łączy jedno: obie kobiety uważają swoich partnerów za słabych. Czują się od nich silniejsze, a w nich nie znajdują dla siebie żadnego oparcia. Intrygujące jest jednak, dlaczego na początku tak nie było. Kto się zmienił? Co się właściwie stało? Aby na to odpowiedzieć, musimy rozważyć, jaki był małżeński kontrakt. Oczywiście chodzi tu o kontrakt niepisany, na ogół nawet niemówiony, ale jednak w jakiś sposób zawierany. Kontrakt ten polega na oczekiwaniach, jakie obie strony wnoszą w związek, i na prawdziwym lub złudnym przekonaniu o możliwości zaspokojenia oczekiwań w tym właśnie związku.

Czasami jest jasne, że nie ma możliwości zawarcia obustronnie satysfakcjonującego kontraktu - na przykład jeśli kobieta chce być adorowanym dziewczątkiem, a mężczyzna marzy o wszechmocnej "mamusi". Ale częściej niespójność oczekiwań obu stron staje się jasna dopiero po jakimś czasie. Bywa tak, że oczekiwania pozornie są zgodne, a dopiero w bliższym związku okazują się niemożliwe do zgrania. To przypadek Małgorzaty i Marka.

Natomiast w małżeństwie Agaty i Andrzeja najprawdopodobniej jedna ze stron nie dotrzymała kontraktu - zmieniła swoje oczekiwania po paru latach. Postawa Andrzeja może nam się podobać lub nie, ale jedno nie ulega wątpliwości - Andrzej jest, jaki był, czyli taki, jaki niegdyś zafascynował Agatę, ona natomiast zdecydowanie zmieniła swoje kryteria. Można tu mówić w jakimś sensie o niedotrzymaniu kontraktu, ale nie przez Andrzeja, tylko przez Agatę. Ona się zmieniła i uważa za oczywiste, że Andrzej również powinien się zmienić, stać się kimś, kogo ona teraz potrzebuje. Tymczasem dla Andrzeja wcale to oczywiste nie jest...

Te dwie historie małżeńskie ilustrują drugą stronę kwestii "słabych mężczyzn". Czy przypadkiem mężczyzna, którego uważamy za słabego, nie stał się taki, ponieważ został przez nas jako mężczyzna całkowicie odrzucony? Czy to, co teraz wydaje nam się w naszym partnerze słabością, nie było kiedyś jego głównym urokiem? Oczywiście nie chodzi o to, aby całą odpowiedzialnością za słabość mężczyzn obciążać kobiety, ale są one w dużej mierze odpowiedzialne za swój wybór. Silnym mężczyzną nie będzie dla nas ktoś, kogo nie traktujemy jako mężczyzny.

Materiał pochodzi z poradnika "Bezradnik"

Wydawnictwo Jacek Santorski & co
Dowiedz się więcej na temat: córeczka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje