Tatiana Mindewicz-Puacz: Jestem w porządku - od tego zaczyna się luz

Tatiana Mindewicz-Puacz - ekspertka ds. kampanii społecznych, trener rozwoju osobistego, trener w zakresie strategii komunikacyjnych, certyfikowany coach i psychoterapeuta, a ostatnio mentorka w programie "Projekt Lady". Jak sama mówi: "uwielbia wydobywać z ludzi to, co najlepsze". Mimo ponad 15-letniego doświadczenia, nie osiada na laurach. Ostatnio napisała książkę "LUZ. I tak nie będę idealna". Planuje już kolejną publikację - tym razem o związkach (nie tylko tych damsko-męskich).

Katarzyna Pawlicka, Interia: Wiele Polek, nawet tych znanych i lubianych, przyznaje się do trudności z samoakceptacją. Skąd bierze się ten problem? 

Reklama

Tatiana Mindewicz-Puacz: Powszechne przekonanie, że kobiety silne, zdecydowane i świetnie radzące sobie zawodowo mają wysokie poczucie własnej wartości, może być błędne. Nawet im przeszkadza i utrudnia życie brak samoakceptacji. A ten najczęściej pojawia się dlatego, że nie można akceptować kogoś, kogo uważa się za niewystarczającego lub niewiele wartego. W mojej książce ("LUZ. I tak nie będę idealna") starałam się pokazać, że wewnętrzna presja, wyścig wewnętrzny i brak akceptacji nie dotyczą tylko kobiet nieśmiałych i mało przebojowych. Może się z nimi borykać każdy.

Myśli pani, że to znak czasów?

- Czasy niewątpliwie nie są łatwe. Ale to nie one są tu kluczowe. Myślę, że kiedyś kobiety miały gorzej - łatwiej wchodziły w role kulturowe i stereotypy.

A co z mężczyznami? Czy mają tak samo dużo powodów, by odczuwać presję, nie akceptować siebie?

- Na pewno tuszują to lepiej od nas (śmiech). Kobiety ukrywają lęki pod maską "jesteśmy doskonałe". Mężczyźni są natomiast z reguły "emocjonalnie zamknięci". Rzadko są skłonni, żeby mówić o swoich problemach. Jednak z moich doświadczeń z pracy z klientami czy warsztatów wynika, że mają dokładnie te same problemy, co kobiety.

Również w życiu zawodowym?

- Jeśli chodzi o obszary zawodowe, czy też role męskie w rodzinie, dużo rzadziej ulegają wewnętrznej presji. Mężczyzna, kiedy przychodzi do domu, rzadko się zastanawia: "może bym coś ogarnął, wstawił rosół czy zadbał o kolację". No i przede wszystkim panowie, którzy awansują, sporadycznie zadają sobie pytanie: "Czy ja naprawdę jestem wystarczająco kompetentny?". Kobiety wręcz przeciwnie.

Czyli brak wiary we własne możliwości jest bardzo mocno powiązany z rolami kulturowymi.

- Zdecydowanie. A dodatkowo z domem rodzinnym, z przekonaniami, które wynieśliśmy z przeszłości i ze stereotypami kulturowymi.

Pani książka powstała po to, by pomóc kobietom w uporaniu się z nieustanną presją. Dlatego chciałabym zapytać, jaki jest pani stosunek do przeróżnych mód, które mają nam pomóc w osiągnięciu równowagi duchowej. Myślę chociażby o jodze lub hygge.

- Wiele osób myśli o motywacji, a nie do końca werbalizuje refleksje czy obawy z nią związane. Jeśli umiemy brać z życia to, co dla nas dobre, nie ma takiej mody, z której nie potrafilibyśmy czegoś przydatnego dla siebie wyciągnąć. Ale jeśli jest się zbyt mało doświadczonym lub oczekuje się nazbyt wiele, taka fascynacja może przysporzyć więcej szkody niż pożytku. Afirmacje są świetne, cieszenie się małymi rzeczami jest świetne, życzliwość jest świetna, ale to trochę za mało, żeby diametralnie zmienić swoje życie.

Co w takim razie trzeba zrobić, żeby rozpocząć zmiany?

- Zmiany to ciężka praca. Ale zanim się je rozpocznie, trzeba postawić sobie pytanie: "Co w moim zachowaniu jest nie tak?". Nie we mnie, a właśnie w moim zachowaniu.

Chce pani nauczyć kobiety większego luzu. Jak w takim razie ustawić sobie priorytety, żeby się nie pogubić lub nie odpuścić sobie całkowicie?

- Priorytety i cele są bardzo ważne. Trzeba tylko wiedzieć, po co je ustalamy. Jeśli dzięki nim będziemy czuć się lepiej lub np. zdobędziemy potrzebną wiedzę, wszystko jest w porządku. Natomiast kiedy zaczynamy udowadniać komuś (często też takiemu "komuś" odzywającemu się w nas), że damy radę, to już zaczyna być presja.

Jak rozpoznać, że dążenie do celu zaczyna zamieniać się w niebezpieczną obsesję?

- Lubię mówić o tym, że osiąganie celów jest świetne, jeśli się zamienia "muszę" na "chcę". Uwielbiam zdeterminowane osoby. Wszystko jedno, czy chodzą po górach, czy są fantastyczne w porządkach domowych. Ważne, że to, co robią, ma dla nich naprawdę wartość. Natomiast perfekcjonistki (w negatywnym tego słowa znaczeniu) często osiągają cele tylko po to, by udowodnić światu, że na nie zasługują. A tak naprawdę do końca w siebie nie wierzą.

Co zrobić w takim razie, żeby nie wpaść w pułapkę wyśrubowanych wymagań i ciągłej frustracji?

- Najlepiej zacząć od odpuszczania. Odpuszczania kontroli, a także nauki doceniania oraz chwalenia siebie. I nie chodzi tutaj o dzikie uwielbienie własnej osoby. Z nim jest tak, jak z tymi modami, o których Pani powiedziała. Nie wystarczy stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie: "Jestem fantastyczna". Oczywiście, czasem mówię tak do siebie, ale nie do końca w to wierzę. Wiem natomiast, że jestem w porządku. To "w porządku" jest słowem, które wystarczy, żeby zamienić "muszę" na "chcę". Jeśli będą trudności - poradzę sobie z nimi, jeśli będę chciała schudnąć - schudnę. Ale nie muszę chudnąć dlatego, że ktoś uważa, że powinnam być chudsza. I od tego "w porządku" zaczyna się luz. Bez niego jedno nieprzyjemne słowo (zwłaszcza od osoby, na której nam zależy: naszego partnera, ojca, mamy, szefa) wystarczy, by zostać rozłożonym na łopatki.

Możemy wychować nasze córki tak, by dobrze znały swoją wartość i nie musiały borykać się z problemami, o których rozmawiamy?

- Mój ulubiony rozdział w "Luzie(...)" dotyczy matek. Jestem matką dwóch synów: 27-letniego i 13-letniego. Żaden z nich do grzecznych nie należy (śmiech) i całe szczęście. Dzisiaj rozumiem, że jako matka i tak "nie przeżyję za nich życia". Wielu wyborów będą musieli dokonać sami, a następnie ponieść ich konsekwencje. Moim zdaniem trzeba mierzyć siły na zamiary. Matka ma być po prostu wystarczająco dobra. Możemy robić dla naszych dzieci najlepsze rzeczy pod słońcem, a i tak nie mamy do końca wpływu na to, jak będą funkcjonowały w życiu. Natomiast na pewno możemy nauczyć nasze córki (czy też synów) zadowolenia z siebie. Jeśli córka widzi, że jej mama cieszy się z tego, kim jest i co robi, to uczy się, że taka postawa jest normalna. Matka nie musi być cierpiętnicą, ani nie musi być superwoman. Nie musi być kimś, kim nie chce być. Zacznijmy od tego, by naszym dzieciom pokazywać, jak fajnie jest być kobietą.

To chyba okropnie trudne, biorąc pod uwagę, że matki dzielące się swoją prywatnością publicznie (np. w mediach społecznościowych) są nieustannie krytykowane i pouczane.

- Faktycznie czujemy się krytykowane. I nie dotyczy to wyłącznie osób (matek) publicznych, ale tak w ogóle. Często najbardziej surowym krytykiem jesteśmy siebie dla same. Odpuszczanie ma dużą wartość także dlatego, że jeśli odpuścimy sobie, możemy odpuścić naszym mamom. Jeżeli czegoś nie zrobiły, to najwyraźniej nie potrafiły tego zrobić. Współczesnym matkom jest wybitnie trudno - jeszcze trudniej, niż kobietom w skomplikowanych związkach intymnych. Bo jeśli słyszymy od kogoś, że źle wyglądamy, albo że jesteśmy głupie, to oczywiście boli. Ale zdanie: "jesteś złą matką" po prostu miażdży.

Wiem, że bardzo emocjonalnie podchodziła pani do problemów uczestniczek "Projektu Lady". Który moment z tego sezonu poruszył panią najbardziej?

- Było wiele takich momentów. Jak zaczynałam zajęcia z dziewczynami, zastanawiałam się, ile potrzeba czasu, żeby zbudować, bezpieczne w warunkach programu, zaufanie. Takie, by swobodnie rozmawiać o tym, co je trapi. Dziewczyny wiedziały, że czeka je ciężka praca nad sobą. Nie zdążyłam zamknąć za sobą drzwi, a już wszystkie płakałyśmy. Oczywiście było bardzo dużo wzruszających momentów. Szczególnie wtedy, gdy widziałam, że zaczynają wchodzić w konflikt ze sobą. Zaczynają naprawdę wierzyć, że poza szansą, jaką daje im telewizja, projekt, program, jest też szansa, że zmienią swoje życie.

Ale chyba bywało też zabawnie?

- Były śmieszne momenty. Przeróżne. One wszystkie dźwigają jakiś bagaż doświadczeń - mniejszych lub większych, ale poza tym, jak jeden mąż, mają bardzo dobre serducha i świetne poczucie humoru. Przykładem mogą być chwile, kiedy parodiowały mnie, drugą mentorkę - Irenę czy Gosię Rozenek. Robiły to doskonale.

Jak w takim razie odnosi się pani do zarzutów, że dziewczyny przychodzą do programu, bo mają parcie na szkło, chcą zaistnieć w show-biznesie?

- Trudno wymagać od młodych ludzi, żeby im nie zależało na fejmie. Gdybyśmy zrobiły wycieczkę po miejscu, w którym jesteśmy (galeria handlowa) i zapytały każdą osobę pomiędzy 20 a 30 rokiem życia, czy chciałaby pracować w telewizji, większość odpowiedziałaby, że tak. Nie można zarzucać dziewczynom czegoś, co jest oczywiste. Choć istotą projektu jest realna zmiana życia. Z wieloma mam kontakt, siłują się ze swoimi sprawami.

Odchodząc z programu nie sprawiały wrażenia rozżalonych, niespełnionych. Wręcz przeciwnie.

- Dlatego tak mnie bolała fala silnego hejtu po zajęciach, podczas których konfrontowaliśmy zdjęcia dziewczyn z opiniami studentów. Nie bolało mnie to, co ktoś mówił o mnie. Wiem, kim jestem - bardzo długo na to pracowałam. A gdy coś robię, wiem, jaki chcę osiągnąć cel. W tamtej sytuacji również. Natomiast bardzo było mi smutno, kiedy zobaczyłam, że media przedstawiły dziewczyny jako biedne, rozżalone, dające sobie robić krzywdę sierotki. A to są bardzo silne, mądre osobowości. Każda z nich musi jeszcze pewne rzeczy przepracować, ale... jaką one mają w sobie klasę! Nie wychodziły z programu z poczuciem krzywdy, tylko ze świadomością, że to, co przeżyły jest ich. Pierwsze dwie czy trzy wychodzące mogły nie załapać tego do końca, ale już ostatnich kilka... No damy!

Muszę w takim razie zapytać o to, co według pani cechuje prawdziwą damę.

- Tutaj lepszym fachowcem jest dr Irena Kamińska-Radomska. Ja mogę tylko powiedzieć, jakie jest moje wyobrażenie damy. Bardzo mi się spodobało, co powiedziała Markiza Magdalena du Bourg de Bozas: Dama potrafi odnaleźć się w różnych sytuacjach, jednocześnie nie tracąc swojej osobowości. Jednym słowem: Umie się dostosować. Jeśli idę na spotkanie w banku, nawet gdy szalenie lubię ubierać się czy zachowywać ekstrawagancko, staram się nie skupiać na sobie zbędnej uwagi. W "Projekcie Lady" długo na śniadania jadałam jedynie plasterki zielonego ogórka, albo pomidora, bo nie do końca wiedziałam, jak zjeść całą resztę.

Myśli pani, że dziewczyny z projektu będą potrafiły sobie poradzić w normalnych, życiowych sytuacjach, takich jak np. rozmowa kwalifikacyjna?

- Jeśli tylko będą chciały. Praca jest szalenie trudna. Młodym ludziom się często wydaje, że jak już dotkną możliwości pracy, to tak, jakby dotknęli pracy. Dziewczyny muszą mieć świadomość, że bez względu na to, jak długo potrwa ich popularność, muszą wypracować sobie pomysł na życie. Do tego trzeba dojrzeć, a show-biznes jest niezwykle kuszący.

Praca jest chyba niezwykle ważna dla współczesnej kobiety. Buduje niezależność.

- Moim zdaniem, dla współczesnej kobiety praca jest niemniej ważna niż dla mężczyzny. Bez względu na to czy mówimy o damie, czy o jakimkolwiek innym stylu kobiecości. Praca daje nam niezależność, możliwość wyboru i wzmacnia nasze poczucie własnej wartości.

Dowiedz się więcej na temat: Tatiana Mindewicz-Puacz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje