Tylko razem mogło się nam to udać

Oto trzy niezwykłe historie kobiet, które łączy pokrewieństwo. I to właśnie ono okazało się siłą w realizowaniu życiowych planów.

Spółka z babcią była doskonałym pomysłem

Anna Gomoła (35 l.) z Lublina spędziła dzieciństwo w salonie fryzjerskim swojej babci Krystyny Paśnik (76 l). Nie zamierzała iść w jej ślady, ale przeznaczenie ją dogoniło. Razem stworzyły fantastyczny, zgrany duet. Nigdy w życiu nie zostanę fryzjerką, ani nie będę pracowała w salonie piękności. Nie mam też zamiaru prowadzić biznesu - zarzekała się Ania. Miała 20 lat i... głowę pełną marzeń.

Reklama

Salon babci, czyli... cały mój świat

Babcia Ani, Krystyna, od lat strzyże ludzi. Ania w babcinym zakładzie, który kiedyś był spółdzielnią fryzjerską, spędziła dzieciństwo. Nie mogła się doczekać końca lekcji, by pobiec do pracy babci. Lubiła przekładać szczotki i grzebyki, siadać na miękkim fotelu i przeglądać się w lustrze.

- Czasem stroiła się w kolorowe pelerynki przeznaczone dla klientek i tańczyła - wspomina Krystyna. - Byłyśmy ze sobą bardzo zżyte, bo mieszkałyśmy razem w wielopokoleniowym domu. Wnuczka była oczkiem w głowie całej rodziny. Wychowaliśmy dwóch chłopców, więc kiedy po latach w rodzinie urodziła się pierwsza dziewczynka, Anulka, oszaleliśmy ze szczęścia. Często zwierzała mi się ze swoich dziecięcych tajemnic. "Babciu, wiesz, co się stało? Podarłam nowe spodnie. Tylko nikomu nie mów". Kiedy podrosła, ja też powierzałam jej swoje sekrety. Wreszcie miałam kogoś bliskiego, z kim mogłam porozmawiać na babskie tematy - opowiada Krystyna.

Zauważyła, że wnuczka ma artystyczną duszę, ciągnie ją do zajęć, które wykonuje się w salonie piękności. - Siadaj, babciu, pomaluję ci paznokcie - zarządzała i biegła po kolorowe lakiery. - Nie próbowałam jednak jej namawiać, by została fryzjerką czy kosmetyczką. Z jednej strony było mi żal, że nikt po mnie nie przejmie interesu, z drugiej zaś wiedziałam, że to harówka. Cały dzień na nogach, wdychanie chemikaliów, a i wielkiej fortuny się na tym nie zbije, bo studia urody wyrastają jak grzyby po deszczu - mówi Krystyna.

Ania była ambitną dziewczyną - skończyła filozofię, ale wiadomo, że po takim kierunku ciężko o pracę i trzeba mieć jakiś plan B na życie. - I ten plan niespodziewanie mi się wyklarował, zaskoczył całą rodzinę, a nawet mnie samą - śmieje się Ania. Zawsze lubiła dobrze wyglądać, chciała nauczyć się profesjonalnego makijażu, stylizacji paznokci. Zapisała się na jeden kurs, potem kolejny.

- Wciągnęło mnie to. I choć wcześniej zarzekałam się, że nie zwiążę swojej przyszłości zawodowej z pielęgnacją urody, postanowiłam zrobić drugi kierunek - kosmetologię. Chłonęłam te nowinki jak gąbka. I jeszcze na studiach zaczęłam pracować u babci - opowiada Anna.

Nowy zawód to strzał w dziesiątkę!

Krystyna bardzo kochała wnuczkę, ale nie zamierzała dawać jej forów. - Wzięła mnie na rozmowę, powiedziała, że muszę dawać z siebie więcej niż inni. Żeby nikt nie pomyślał, że przygarnęła mnie, bo nie wiedziałam, co zrobić ze swoim życiem. Miałam więcej obowiązków niż reszta jej pracowników. Dawałam z siebie wszystko. Na szczęście babcia była świetną szefową, życzliwą, wyrozumiałą, i to nie tylko dla mnie, ale dla całej ekipy. Mimo dużej różnicy wieku i doświadczenia od początku miałyśmy partnerskie stosunki - wspomina początki współpracy Anna.

Po dwóch latach zostały wspólniczkami. Zmieniły nazwę zakładu na "Studio urody Anna". - Do mnie przychodzą panie, które czeszę od wielu lat, Ania z kolei przyciąga młode dziewczyny. Wciąż się szkoli, uczy nowych zabiegów, wprowadza je do naszego zakładu.

- Dzięki babci w naszym salonie panuje przyjazna atmosfera. Babcia jest bardzo ciepłą osobą, i w stosunku do klientów, i do pracowników. Tworzy rodzinny klimat, jaki w zakładach fryzjerskich panował przed laty. Spółka z babcią to był wspaniały pomysł - łączymy pokolenia - mówi wzruszona Ania.

Ciepło mamy i temperament córki to połączenie idealne!

Emilia Mulczyk (39 l.) najpierw zaraziła mamę Elżbietę Lech (59 l.) sportową pasją, a później namówiła ją, by wspólnie otworzyły w Kielcach własny klub fitness. I tak powstał Sportfactory. W recepcji połączonej z barkiem uśmiechnięta blondynka w średnim wieku wita się serdecznie z nieco młodszą klientką. Przyjazne spojrzenie, nieco zaokrąglona sylwetka. Aż chce się do niej podejść, porozmawiać, zwierzyć, poradzić. Ma w sobie mnóstwo ciepła, a jednocześnie spokoju. Chwilę później w drzwiach staje szczupła, atrakcyjna blondynka. Wiatr we włosach, energiczne ruchy. Istny wulkan energii.

- Cześć mamuś, pogadamy później! - rzuca w stronę recepcji i pędzi dalej, bo za moment zaczyna prowadzić zajęcia. Aż trudno uwierzyć, że to mama i córka. - Na pierwszy rzut oka jesteśmy jak ogień i woda, ale tak naprawdę wiele nas łączy. Dzięki różnicom uzupełniamy się, a podobieństwa sprawiają, że dążymy do tych samych celów. I to chyba podstawa naszego sukcesu - firmy, którą razem prowadzimy - uśmiecha się młodsza z pań.

To ona wpadła na pomysł założenia pierwszego w Kielcach klubu fitness z prawdziwego zdarzenia. - W ciąży bardzo przytyłam. Nie mogłam patrzeć w lustro. Nie potrafiłam zaakceptować mojej figury. Postanowiłam coś z tym zrobić. Mieszkałam wtedy w Bydgoszczy, zapisałam się tam do klubu fitness - wspomina Emilia.

Zawsze była bardzo pracowita i wytrwała w dążeniu do celu. Dzięki zajęciom zrzuciła... 30 kilogramów! - Nareszcie poczułam się dobrze w swoim ciele. Jak na skrzydłach biegałam do klubu na kolejne zajęcia. Relaksowały mnie po całym dniu pracy i domowych obowiązkach. Po wysiłku wracałam pełna energii, uśmiechnięta - opowiada.

Zaraziłam mamę energią i pomysłami

O swojej zdrowej pasji opowiadała przez telefon mamie. - Mówiła o ćwiczeniach z takim entuzjazmem, a kiedy przyjeżdżała do Kielc, aż promieniała z radości i... zaraziła mnie swoim nowym hobby i zdrowym stylem życia. Też chciałam mieć w sobie tyle energii. Zapisałam się na aerobik, zaczęłam biegać - zdradza Elżbieta.

Z czasem jej córka mówiła, jak to wspaniale byłoby prowadzić własny klub fitness. Pracowała jako przedstawicielka medyczna i choć nie narzekała, marzyła, żeby znaleźć takie zajęcie, które będzie sprawiało jej stuprocentową przyjemność, o którym mogłaby powiedzieć, że jest jej pasją. Zdobyła więc uprawnienia instruktorki fitness. Postanowiła też wrócić do rodzinnego miasta. Znalazła pracę, ale ciągle myślała o własnym biznesie.

- Mówiła o nim tak przekonująco, że i ja zapaliłam się do jej pomysłu. Miałam etat w państwowej firmie. Od lat robiłam to samo. Zastanawiałam się, czy nie mogłabym zmienić czegoś w swoim życiu, ale brakowało mi odwagi, pomysłu. I wreszcie nadarzyła się okazja. Nie mogłam nie skorzystać! - śmieje się Elżbieta.

- Jestem szczęściarą, że mam taką mamę. Z nikim innym nie udałoby mi się stworzyć takiego zespołu w pracy, jak z tobą - mówi Emilia. - A ja dla nikogo innego nie zaryzykowałabym porzucenia ciepłej posadki, by zająć się czymś, czego zupełnie nie znam - dodaje Ela. - Razem jesteśmy po prostu skazane na sukces - śmieją się obie.

Klucz do sukcesu? Siła sióstr!

Choć na pozór są swoim przeciwieństwem, siostry Małgorzata Kotlonek-Horoch (37 l.) i Agnieszka Kotlonek-Wójcik (39 l.) stworzyły duet idealny i wykreowały markę, która podbiła serca kobiet na całym świecie. Zaczęło się od wycinanki w stylu łowickim, którą wykonał ich tata i zawiesił w domu rodzinnym. Nim wzór kolorowych kogutów w wersji haftowanej trafił na filcowe torebki i zapoczątkował błyskotliwą karierę sióstr i marki GOSHICO, Małgorzata i Agnieszka miały zupełnie inne pomysły na życie.

- Agnieszka kierowała działem handlowym w firmie informatycznej, ja pracowałam jako charakteryzatorka w teatrze i na planach filmowych. Czułam jednak, że nie wykorzystuję w pełni swojego twórczego potencjału. Miałam mnóstwo pomysłów - wspomina Małgorzata. - Najpierw była biżuteria. Początkowo robiona hobbystycznie w domu, a po kursie metaloplastyki - w profesjonalnym studio. Kolekcje Małgosi cieszyły się ogromnym powodzeniem - dodaje Agnieszka, która ośmielona sukcesem siostry, też postanowiła znaleźć hobby dla siebie. - Jako wnuczka zawodowej krawcowej, postawiła na oryginalne torebki, które szyła na maszynie Łucznik sprezentowanej przez dziadka.

Upór i konsekwencja dodawały nam wiary

- Początkowo wszystko robiłyśmy razem. Wynajmowałyśmy mieszkanie w Warszawie, jeździłyśmy do hurtowni wybierać materiały. Małgosia doradzała mi, jakie dobierać kolory do toreb, jakie materiały, wstążki. To był ciekawy i kreatywny czas w naszym życiu - opowiadają siostry. - W 2008 roku wpadłyśmy na pomysł, by na jednej z toreb umieścić element polskiego folku - ozdobione kolorowe koguciki w lustrzanym odbiciu - wyjaśniają.

Żadna z nich nie spodziewała się, że to właśnie dzięki nim GOSHICO w ekspresowym tempie zdobędzie stolicę i zapoczątkuje modę na etno wśród polskich projektantów. I że wkrótce do współpracy zaproszą je polskie ministerstwa, instytuty, muzea i lotniska, które ich filcowe torebki zdobione tradycyjnym folkiem uznają za szykowną esencję polskiego designu. To projekt, którym siostry GOSHICO zapisały się na kartach historii mody polskiej. Ich pomysł zapoczątkował nowy trend, który trwał kilka lat.

- Żeby praca szła sprawnie, intuicyjnie nauczyłyśmy się, jak tworzyć duet idealny. Na co dzień jesteśmy swoim przeciwieństwem, ale świetnie się uzupełniamy. Ja jestem ekspresyjna, Agnieszka bardziej wyważona - tłumaczy Małgorzata. - Aga skończyła ekonomię, ma doświadczenie w korporacji, ja jako plastyczka i freelancer nie znoszę papierologii i biurokracji. Więc od początku naszej działalności podział był jasny - ja zajmowałam się stroną artystyczną firmy, promowaniem marki i projektowaniem wzorów, a Agnieszka konsekwentnie wprowadzała je w życie, pilnowała Excela i nadzorowała produkcję - mówi Małgorzata.

- Dziś starego Łucznika zastąpił profesjonalny park maszynowy, a firma rozrosła się tak, że krojeniem, szyciem i sprzedażą zajmują się inne osoby. - Co do jednego zawsze byłyśmy zgodne - każda nasza klientka zasługuje na pełnowartościowy produkt, więc jakość i oryginalny design to nasza wizytówka - przekonuje Małgorzata.

- Dziś oprócz polskiego folku mamy wiele innych nowych modeli. Ostatnim hitem jest torebka Amulet. Niezwykle elegancka i kobieca. Przy zakupie przewiązana jest czerwoną nitką. Zrywając ją, trzeba pomyśleć marzenie i mieć torebkę cały czas blisko siebie. Ponoć działa stuprocentowo - uśmiecha się Agnieszka.

Wspólna praca to nie wspólne życie

- Kiedyś życie osobiste zlewało się z pracą. Po wielu godzinach w firmie i tak wisiałyśmy na telefonie, żeby omówić kwestie zawodowe. Dziś staramy się oddzielać te dwie sfery. Na spotkaniach rodzinnych nie ma rozmów o biznesie. Weekend jest świętością, to czas dla bliskich i dla własnych zainteresowań, które dają nam trochę wytchnienia od pracy. Ja jeżdżę po świecie i, zwiedzając, szukam inspiracji do kolejnych kolekcji - mówi Małgorzata, a Agnieszka relaksuje się w swoim ogrodzie i na spacerach w lesie.

Edyta Urbaniak i Dorota Salus

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje