W sukience do sukcesu

Gdy do stowarzyszenia "Dress for Success" przychodzi bezrobotna kobieta, dostaje sukienkę. Czasem pierwszą w swoim dorosłym życiu. Potem idzie w świat, znajduje pracę. Magiczne sukienki? To nie one są sekretem.

Elegancko ubrane, pewne siebie, uśmiechnięte. Gdy jedenaście pań z Dorotą Stasikowską-Woźniak na czele pojawiło się na katowickim dworcu, by zrobić sesję zdjęciową, każdy się za nimi oglądał. A jeszcze parę tygodni wcześniej były szarymi myszkami, bez siły przebicia, bez pracy. Teraz odmienione i wyposażone we wszechstronną wiedzę - począwszy od tego, jak siedzieć przy stole, poprzez pisanie CV, skończywszy na planowaniu domowego budżetu - ruszają w świat. Większość z nich idzie do pierwszej pracy. Wiele zakłada własne firmy. Motorem tych metamorfoz jest Dorota - szefowa polskiej filii stowarzyszenia "Dress for Success".

Żony górników

Reklama

Wszystko zaczęło się od śląskich kobiet. Żon górników, którzy wówczas byli masowo zwalniani z kopalń. Wtedy Dorota Stasikowska-Woźniak zangażowała się w działalność społeczną. Pracowała w Banku Światowym i stworzyła projekt dla kobiet w górnictwie. - Chodziło o to, żeby znaleźć wśród nich liderki. Kobiety dadzą przykład innym, jak odnaleźć się w nowej rzeczywistości - opowiada. Program okazał się strzałem w dziesiątkę, bo odmienione podczas trzymiesięcznych warsztatów Ślązaczki, nie tylko znalazły pracę, ale też zaczęły działać społecznie.

Bank Światowy stawiał go za wzór w innych krajach: tak aktywizuje się kobiety z wykluczonych środowisk! Dorota została zaproszona do Waszyngtonu i wtedy usłyszała o "Dress for Success" (po polsku - "strój dla sukcesu", ale niektórzy wolą "w sukience do sukcesu"). Ze swojej wizyty w Waszyngtonie zapamiętała dwa spotkania. Jedno w siedzibie projektu "Biały Dom", którego celem jest polityczna aktywizacja kobiet. Przeszklone, zimne i sterylne pomieszczenia. Pusto. Niezwykle oficjalnie. - Potem poszłam do "Dressu"... Pachniało kawą, panie rozmawiały, wszędzie było słychać śmiech, na wieszakach wisiały sukienki i apaszki. Natychmiast poczułam się swobodnie. Jakbym trafiła do najlepszych koleżanek - opowiada.

Z zachwytem chłonęła, co o swojej działalności opowiadały Amerykanki. Że sukienka to tylko symbol - taki punkt wyjścia, który pomaga zacząć nowy rozdział w życiu. "Dress" wymyśliła w 1995 roku Nancy Lublin, Amerykanka, której dziadek pochodził z Polski i był krawcem. Miał niesamowitą zasadę: jeśli przychodził do niego człowiek bez pracy, szył mu garnitur na kredyt. Zapłatę brał dopiero wtedy, gdy elegancki klient znajdował zatrudnienie. Kiedy więc Nancy Lublin dostała pięć tysięcy dolarów spadku, postanowiła zrobić coś podobnego, coś, co będzie skierowane do wykluczonych z rynku pracy kobiet. Dziś jej fundacja działa w 12 krajach na świecie.

Szata zdobi człowieka

Wyjazd i spotkanie z kobietami z "Dressu" stały się dla Doroty przełomem, także osobistym. - Wróciłam do hotelowego pokoju i uświadomiłam sobie, że nie mam żadnej sukienki! Cała moja szafa to bladoróżowe i bladoniebieskie koszule, marynarki, proste spódnice. A na luźniejsze okazje i podróże dżinsy i bluzy. - w spomina. P obiegła d o s klepu. - Odkryłam nowy świat, nową siebie. Kiedy mąż ją po raz pierwszy zobaczył, był zdziwiony, ale i zachwycony. - I w prezencie kupił mi dwie sukienki - wspomina Dorota.

Ona sama wcześniej nie przywiązywała wielkiej wagi do strojów. Musiały być schludne i czyste. To wszystko. - Tak się nas wychowuje: nie szata zdobi człowieka. Nieprawda! Szata zdobi człowieka. Najpierw zwracamy uwagę na wygląd, jeśli widzimy kogoś po raz pierwszy. Jeśli sami dobrze wyglądamy, czujemy się pewniejsi siebie. A przecież podczas szukania pracy ma to ogromne znaczenie - przekonuje. Kobiety, którym dziś pomaga, mają wtłoczone: ważne jest to, co w środku, siedź cicho, bądź skromna, jeśli będziesz dobra w tym co robisz, na pewno ktoś cię zauważy. - Doskonale wiemy, że w naszych czasach to tak nie działa - mówi Dorota.

Wróciła do Polski pełna zapału, z przekonaniem, że stworzy tu filię "Dressu". Znajomi pytali i nie kryli zdumienia: "To ty teraz będziesz się modą zajmowała?". Dwa długie lata zajęło jej załatwienie wszystkich urzędniczych formalności i stowarzyszenie ruszyło w 2009 roku.

Jak efekt placebo

Dorota postanowiła, że od razu skoczy na głęboką wodę. Zrobi coś, o czym będzie głośno. Dlatego pierwszymi beneficjentkami polskiego "Dressu" zostareportaż ły dziewczyny z poprawczaka. Na pierwszym spotkaniu Dorota i jej koleżanki wywołały śmiech i drwiny. - Weszłyśmy do sali. Część od razu obróciła się tyłem. Większości nie widziałyśmy nawet twarzy, bo miały ponasuwane na głowy wielkie kaptury. Ale my tylko tak krucho wyglądamy - śmieje się Dorota. Niewybredne i wulgarne komentarze dziewczyn nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. - Robiłyśmy swoje, a one pomału topniały - mówi. - Przyszedł taki moment, że zaczęły nam o sobie opowiadać.

O tym, jak były gwałcone, bite, jak w wieku czternastu lat zachodziły w ciążę. Każda z nich przeżyła tyle, że trudno to sobie nawet wyobrazić. I nagle ktoś im pokazał, że mimo wszystko mają wpływ na swoje życie. Wspaniale było na nie patrzeć, jak się zmieniają. Ściągają piercingi, zielone i niebieskie włosy zmieniają na kobiece fryzury, a podarte dżinsy i glany na sukienki i szpilki. Akcja była wielkim sukcesem. O podopiecznych "Dressu" robiły reportaże wszystkie media. Lepszego i mocniejszego początku nie można było sobie wyobrazić. Fundacja ruszyła pełną parą. Dorota podkreśla, że po medialnym rozgłosie zwróciło się do nich wiele pań.

Niektóre pisały listy w stylu: "To są moje wymiary, mój adres, wyślijcie mi sukienkę". - A to nie o to chodzi - mówi Dorota i opowiada historię: - Gdy byłam małą dziewczynką, słyszałam, jak kobiety czasem skarżą się na ból głowy. Mówiłam więc mojej mamie, że boli mnie głowa. Ona wtedy dawała mi witaminę C i natychmiast przechodziło. Efekt placebo. To samo robimy tutaj. Nie mamy cudownego środka, który odmienia życie. My nie zmienimy kobiety, jeśli ona sama nie uwierzy w to, że jej życie może być inne. "Dress" ma dokładnie takie działanie jak witamina podawana przez mamę.

Wstać z kanapy

Kobiety na warsztatach uczą się nie tylko dbania o wygląd, chociaż jest to bardzo ważny element. Coś, od czego zaczyna się metamorfozę. - To dla nich niezwykłe doświadczenia. Wiele naszych pań po raz pierwszy odwiedziło fryzjera. A zmiana wizerunku daje ogromną motywację do działania - mówi Dorota. "Dress" wyposaża je też w konkretne umiejętności. Uczą się dobrych manier, tego, jak zachować się w restauracji, kto powinien podać pierwszy rękę na spotkaniu. Uczą się podstawowych wiadomości o świecie - jaka jest aktualna sytuacja polityczna, kim są przywódcy najważniejszych państw. Wszystko po to, aby czuły się pewnie w każdej sytuacji i miały swoje zdanie na ważne bieżące tematy. Podczas warsztatów dowiadują się też, jak zarządzać domowym budżetem. - To są panie, które mają naprawdę trudną sytuację materialną - mówi Dorota.

Są bezrobotne, niektóre samotnie wychowują gromadkę dzieci. - I okazuje się, że nie potrafią racjonalnie zarządzać tymi niewielkimi kwotami, które mają do dyspozycji. Po którymś ze spotkań zapytałam jedną dziewczynę, jak wróci do domu. Odpowiedziała, że taksówką. Zdziwiłam się. Przecież zapłacisz 30 zł. Tę kwotę mogłabyś odłożyć, jeśli wrócisz komunikacją miejską - wspomina. Dorota podkreśla, że najważniejszym zadaniem "Dressu" jest zmienić nastawienie bezrobotnych kobiet. Spowodować, że nie będą wybrzydzać w ofertach pracy. - Najważniejsze to zrobić pierwszy krok. Wstać z kanapy i pójść między ludzi. Pierwsza praca nie musi być tą wymarzoną, niech będzie jakakolwiek.

Ale jeśli kobieta zacznie wychodzić do pracy, spotykać się z innymi - to jej szanse na to, że znajdzie zajęcie, które da jej większą satysfakcję, natychmiast szybują w górę - tłumaczy Dorota i od razu podaje przykłady: Bogusia Kowalska ze Świętochłowic, która została beneficjentką roku 2014. - Wcześniej wyjechała za chlebem do Anglii. Tam zajmowała się sprzątaniem, zarobiła trochę pieniędzy i wróciła do Polski w nadziei, że jakoś sobie tu wszystko poukłada. Okazało się jednak, że nic nie idzie po jej myśli, że nie może znaleźć pracy. Wtedy zgłosiła się do nas - opowiada Dorota. Kobieta z niepewnej siebie i zagubionej bezrobotnej, została bizneswoman z prawdziwego zdarzenia.

- Pokazałyśmy jej, że może w Polsce wykorzystać doświadczenie, które zdobyła za granicą. Dziś Bogusia ma firmę sprzątającą i to ona jest pracodawcą. Zatrudnia dziewięć osób - mówi z dumą Dorota. Albo inna pani: mąż w więzieniu za przemoc wobec rodziny, ona bez pracy, żadnych perspektyw. - Zaczęła od sprzątania, była konsultantką firmy kosmetycznej, teraz robi licencjat i to, co lubi najbardziej - pracuje z dziećmi. Znalazła zatrudnienie jako pomoc nauczycielki w przedszkolu. Do tego poukładała swoje życie osobiste - opowiada szefowa polskiego "Dressu".

Prawdziwa satysfakcja

Jej podopieczne podkreślają, że Dorota umie zmotywować do działania. Ona sama nigdy nie potrafiła usiedzieć w miejscu, od dziecka uwielbiała publiczne występy. - Na każdym rodzinnym spotkaniu wszyscy musieli wysłuchać moich wierszyków. W podstawówce założyłam szkolną gazetkę, która ukazywała się w pięciu ręcznie przepisywanych egzemplarzach - wspomina z uśmiechem. Dziś jest specjalistką od kreowania wizerunku, autorką książek. Podkreśla, że zarówno ona, jak i inne panie w "Dressie" pracują społecznie. - W Polsce nie jest to wcale takie oczywiste. Są ludzie, którzy lubią gromadzić majątki. Których dylematem staje się to, czy wymienić sobie klamki w wielkiej willi na złote. Lubię się dzielić tym, co udało mi się osiągnąć. To daje prawdziwą satysfakcję w życiu - mówi.

Katarzyna Świerczyńska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje