W zgranym zespole...

Praca w zespole - dla jednych to konieczność, dla innych męczarnia. Dla nich to przyjemność!

Na sali operacyjnej najważniejsze jest zaufanie

Kiedy już zakładamy maseczki i fartuchy, przestajemy ze sobą rozmawiać. Padają tylko krótkie komendy, wszyscy jesteśmy całkowicie skupieni.

Reklama

Pamiętam taki obraz z dzieciństwa... - wspomina Mariola Ostaszewska (52 l.), pielęgniarka operacyjna ze szpitala Medicover. - Mam kilkanaście lat, leżymy z moją cioteczną siostrą na kocu. Ona czyta książkę, zaglądam jej przez ramię, a tam... narzędzia chirurgiczne z opisami! "Są wakacje, a ty się uczysz?!" - spytałam ze zdumieniem. A ona, przyszła pielęgniarka, zaczęła mi odpowiadać, jaką fascynującą sprawą jest stać przy lekarzu podczas operacji, uczestniczyć w ratowaniu ludzkiego życia. Chyba na tym kocu zdecydowałam, że to będzie także moja droga życiowa!

Muszę być o krok przed lekarzem

Mariola jest pielęgniarką od 28 lat. O swoim zawodzie może opowiadać godzinami. - Dużo mówię, ale to dlatego, że w pracy muszę być całkowicie skoncentrowana. Od chwili, gdy zakładam fartuch, rękawiczki, czepek i maskę, prawie się nie odzywam.

Podczas operacji obowiązuje minimum słów, krótkie komendy, atmosfera skupienia. Zespół na sali liczy kilka osób, w zależności od powagi zabiegu. Lekarz anestezjolog, pielęgniarka anestezjologiczna, główny lekarz operator, lekarz asystent, pielęgniarka operacyjnai pielęgniarka, która sporządza protokół z zabiegu, podaje narzędzia instrumentariuszce, przygotowuje pacjenta do zabiegu. Każdy ma swoje zadanie, każdy wie, co ma robić.

Perfekcjonizm ułatwia mi pracę

- Najważniejsze to sobie wzajemnie nie przeszkadzać, nie zasłaniać. Ja stoję tuż obok lekarza operatora, przy jego prawej ręce - mówi z dumą Mariola. - Żeby wiedzieć, jakie narzędzie mu podać, muszę znać anatomię człowieka, rodzaj i przebieg zabiegu - wylicza. - Nie ma czasu na zastanawianie się, muszę przewidywać każdy kolejny ruch. Mariola wspomina, jak najpierw skończyła studium pielęgniarskie, potem studia na Uniwersytecie Warszawskim zorganizowane przez Izbę Pielęgniarską, wreszcie zrobiła specjalizację z pielęgniarstwa operacyjnego. A to wcale nie koniec. - Muszę się wciąż doskonalić, poznawać nowe techniki zabiegów, metody instrumentowania. Często się zdarza, że lekarz nawet nie patrzy na narzędzie, które mu podaję. To kwestia wzajemnego zaufania i pewności co do moich kompetencji. Dla niego to ważne, bo nie musi się odrywać, rozpraszać. To ja sama, dla pewności informuję, że np.: podaję nożyczki - tłumaczy Mariola.

Kilka miesięcy temu była na sympozjum dla pielęgniarek instrumentariuszek w Krakowie. Tam oglądała pokazową operację ginekologiczną. Dla niej to było takie przeżycie, jakby była w teatrze na wspaniałym przedstawieniu: płynność działania, zgranie zespołu, lekarz i pielęgniarka porozumiewający się bez słów. - To było piękne i wzruszające - wspomina podekscytowana.

Nie zawsze jest cukierkowo

Problemy w pracy? Są, jak w każdej. Zdarza się, że pomiędzy lekarzem a pielęgniarką operacyjną nie ma "chemii", nie mogą się zgrać. - Kiedyś chirurg rzucił narzędziem, bo otrzymał nie to, które powinien. Mnie się coś takiego nigdy nie zdarzyło. Czasem jest to błąd instrumentariuszki, czasami lekarza ponoszą emocje, a potem przeprasza. Trudne chwile. Ale to w ogóle bardzo trudna praca, obciążająca fizycznie i psychicznie. Zdarzają się momenty, że człowiek marzy tylko o tym, żeby zdjąć maskę, odetchnąć świeżym powietrzem, znaleźć się w domu. Z drugiej strony nic nie dałoby mi takiej satysfakcji, jak praca przy zabiegach, ratowanie ludzkiego zdrowia, życia... Ma się poczucie, że uczestniczy się w czymś naprawdę ważnym - mówi Mariola.

Między nami jest rywalizacja, ale nie ma zawiści

Największe marzenie początkującego tancerza? Dostać się do zespołu teatralnego. Mnie się to udało! Tutaj każdy ma swoje zadanie, a najważniejszy jest spektakl. Wiemy, że tylko jako grupa możemy odnieść sukces.

Kiedy Karolina Korczak (21 l.) wchodzi do kawiarni, wszyscy na nią zerkają. Nie trzeba jej pytać o zawód, bo idąc niemal unosi się nad podłogą. Jakby cały czas tańczyła... Filigranowa, o wyprostowanej sylwetce. Jest tancerką modern jazz, członkinią Zespołu Teatru Tańca BArt, występuje na deskach teatru Rampa. - Już w brzuchu mamy robiłam piruety, urodziłam się owinięta pępowiną - śmieje się. W wieku 5 lat uczęszczała do Szkoły Tańca Ludowego Varsovia, a po pierwszych zajęciach trener był zachwycony: "Ona ma talent!". Ale Karolinę od dzieciństwa pociągał teatr.

Podążałam za swoimi marzeniami

Rodzice wspierali jej marzenia. Mama zapisała ją do Studia Artystycznego Metro przy Teatrze Buffo. Karolina była w nim 10 lat. - Uczyłam się gry aktorskiej, akrobatyki, śpiewu i tańca. Tam też poznałam Bartka Steca, z którym obecnie tworzymy zespół i który wymyślił nasz Teatr Tańca. Wtedy byliśmy dziećmi, ale w świecie tancerzy tak jest, że drogi gdzieś się łączą, rozchodzą, a potem znów na siebie wpadamy. To nie jest duże środowisko, trzymamy się razem - wyjaśnia Karolina. Obozy taneczne organizowane przez Studio zawsze kończyły się przedstawieniem, na które przyjeżdżali Janusz Józefowicz i Janusz Stokłosa. Po jednym z takich spektakli Karolina otrzymała telefon z propozycją angażu do ich zespołu teatralnego. Miała 17 lat.

- Nie mogłam w to uwierzyć! Cieszyłam się, ale bałam jednocześnie - wspomina. - Tancerzom często wydaje się, że jeśli dostali się na deski teatru, to już są nie wiadomo kim. A tam nie można "gwiazdorzyć". Musimy się zgrać, żeby stworzyć całość - tłumaczy. Mówi się, że taniec to krew, pot i łzy. Widać to choćby w takich programach jak "You can dance". Tancerzom puszczają nerwy, płaczą, kłócą się. - Nie ma w tym żadnej przesady. My tancerze rzadko słyszymy od swoich trenerów dobre słowo. Pamiętam taką próbę do spektaklu "Metro", na której trenerka krzyczała na nas: "Jesteście słabi, do niczego" . W takich chwilach łatwo się załamać. Słabsi psychicznie rezygnują, a konkurencja jest duża. Dlatego ważne jest, żeby zespół się wspierał, był dla siebie trochę jak rodzina. Krytyczna, wymagająca, ale wspierająca. Która na dodatek ma jeden, wspólny cel.

Tym celem jest spektakl. - Tancerz to tylko ogniwo, każdy z nas ma to poczucie. Kiedy przygotowujemy przedstawienie, przychodzimy na próby z kaszlem, katarem, gorączką - opowiada Karolina. - Każdy ma swoje miejsce, nie spóźniamy się, nie marudzimy.

Czuliśmy, że robimy coś ważnego

Jednak taniec to nie wszystko w życiu Karoliny. - Zrozumiałam, że muszę mieć coś jeszcze, jakąś alternatywę w razie kontuzji. My nigdy nie wiemy, jak długo potrwa nasza kariera, dlatego zdałam na studia prawnicze. Planowałam zrobić sobie przerwę i zająć się tylko nauką, ale właśnie wtedy zadzwonił Bartek, znajomy ze Studia Buffo. Złożył mi propozycję, której nie potrafiłam odrzucić. To był wymyślony przez niego projekt, Teatr Tańca, bez dialogów - Karolina opowiada z zapałem. - Poczułam, że to okazja, aby wyjść z tego drugiego rzędu.

Sztuka "Jego", którą wystawiają w teatrze Rampa, jest o depresji młodego człowieka, który stracił ojca, autorytety i zupełnie pogubił się w życiu. Nie wie co zrobić, co wybrać, którędy iść. - Wszyscy czujemy, że to o nas, o naszym pokoleniu, dlatego udział w tym projekcie jest dla nas taki ważny. Mamy poczucie, że nie pracujemy dla kogoś, tylko dla siebie - tłumaczy.

Przy tym projekcie Karolina spotkała osoby, których nie widziała od dzieciństwa. Z małych dzieci wyrośli dojrzali tancerze. - Na początku było nam trudno, patrzyliśmy, kto jak tańczy, jakoś nie mogliśmy się zgrać - wspomina Karolina. - I wtedy zdarzył się wypadek. Bartek zwichnął kostkę. Miał operację, było jasne, że nie będzie mógł wystąpić. Załamaliśmy się, przecież to wszystko był jego pomysł, to on był motorem tego projektu! Ale to nas zbliżyło, postanowiliśmy dać z siebie wszystko. Właśnie dla niego!

Mój zespół to przyjaciele

Przygotowania do spektaklu zbiegły się z sesją egzaminacyjną. "Będzie dobrze, trzymamy kciuki" - takie SMS-y dostawała Karolina od członków zespołu. - Nie udało się, zawaliłam. Nie żałuję, nadrobię to. Za to wsparcie, jakie wtedy dostałam - nieocenione! Przychodzą na próby późnym wieczorem, wychodzą nocą, rano wracają do swoich zajęć. Wiedzą o sobie prawie wszystko: kiedy dzieci są chore, kto pokłócił się z żoną, mężem, chłopakiem. - Powinniśmy zostawiać problemy za drzwiami, ale nie zawsze się to udaje. Zdarza się, że komuś puszczą emocje, popłyną łzy.

- Tuż przed premierą bywało ciężko, atmosfera fatalna, wytykanie błędów, obgadywanie... Ale zrozumieliśmy, że tylko jako zespół możemy odnieść sukces. I chyba tak się stało! Mamy już za sobą dwa przedstawienia na deskach teatru Rampa, kolejne przed nami! - mówi z dumą Karolina.

Między nami jest rywalizacja, ale nie ma zawiści

Największe marzenie początkującego tancerza? Dostać się do zespołu teatralnego. Mnie się to udało! Tutaj każdy ma swoje zadanie, a najważniejszy jest spektakl. Wiemy, że tylko jako grupa możemy odnieść sukces.

Kiedy Karolina Korczak (21 l.) wchodzi do kawiarni, wszyscy na nią zerkają. Nie trzeba jej pytać o zawód, bo idąc niemal unosi się nad podłogą. Jakby cały czas tańczyła... Filigranowa, o wyprostowanej sylwetce. Jest tancerką modern jazz, członkinią Zespołu Teatru Tańca BArt, występuje na deskach teatru Rampa. - Już w brzuchu mamy robiłam piruety, urodziłam się owinięta pępowiną - śmieje się. W wieku 5 lat uczęszczała do Szkoły Tańca Ludowego Varsovia, a po pierwszych zajęciach trener był zachwycony: "Ona ma talent!". Ale Karolinę od dzieciństwa pociągał teatr.

Podążałam za swoimi marzeniami

Rodzice wspierali jej marzenia. Mama zapisała ją do Studia Artystycznego Metro przy Teatrze Buffo. Karolina była w nim 10 lat. - Uczyłam się gry aktorskiej, akrobatyki, śpiewu i tańca. Tam też poznałam Bartka Steca, z którym obecnie tworzymy zespół i który wymyślił nasz Teatr Tańca. Wtedy byliśmy dziećmi, ale w świecie tancerzy tak jest, że drogi gdzieś się łączą, rozchodzą, a potem znów na siebie wpadamy. To nie jest duże środowisko, trzymamy się razem - wyjaśnia Karolina. Obozy taneczne organizowane przez Studio zawsze kończyły się przedstawieniem, na które przyjeżdżali Janusz Józefowicz i Janusz Stokłosa. Po jednym z takich spektakli Karolina otrzymała telefon z propozycją angażu do ich zespołu teatralnego. Miała 17 lat.

- Nie mogłam w to uwierzyć! Cieszyłam się, ale bałam jednocześnie - wspomina. - Tancerzom często wydaje się, że jeśli dostali się na deski teatru, to już są nie wiadomo kim. A tam nie można "gwiazdorzyć". Musimy się zgrać, żeby stworzyć całość - tłumaczy. Mówi się, że taniec to krew, pot i łzy. Widać to choćby w takich programach jak "You can dance". Tancerzom puszczają nerwy, płaczą, kłócą się. - Nie ma w tym żadnej przesady. My tancerze rzadko słyszymy od swoich trenerów dobre słowo. Pamiętam taką próbę do spektaklu "Metro", na której trenerka krzyczała na nas: "Jesteście słabi, do niczego" . W takich chwilach łatwo się załamać. Słabsi psychicznie rezygnują, a konkurencja jest duża. Dlatego ważne jest, żeby zespół się wspierał, był dla siebie trochę jak rodzina. Krytyczna, wymagająca, ale wspierająca. Która na dodatek ma jeden, wspólny cel.

Tym celem jest spektakl. - Tancerz to tylko ogniwo, każdy z nas ma to poczucie. Kiedy przygotowujemy przedstawienie, przychodzimy na próby z kaszlem, katarem, gorączką - opowiada Karolina. - Każdy ma swoje miejsce, nie spóźniamy się, nie marudzimy.

Czuliśmy, że robimy coś ważnego

Jednak taniec to nie wszystko w życiu Karoliny. - Zrozumiałam, że muszę mieć coś jeszcze, jakąś alternatywę w razie kontuzji. My nigdy nie wiemy, jak długo potrwa nasza kariera, dlatego zdałam na studia prawnicze. Planowałam zrobić sobie przerwę i zająć się tylko nauką, ale właśnie wtedy zadzwonił Bartek, znajomy ze Studia Buffo. Złożył mi propozycję, której nie potrafiłam odrzucić. To był wymyślony przez niego projekt, Teatr Tańca, bez dialogów - Karolina opowiada z zapałem. - Poczułam, że to okazja, aby wyjść z tego drugiego rzędu.

Sztuka "Jego", którą wystawiają w teatrze Rampa, jest o depresji młodego człowieka, który stracił ojca, autorytety i zupełnie pogubił się w życiu. Nie wie co zrobić, co wybrać, którędy iść. - Wszyscy czujemy, że to o nas, o naszym pokoleniu, dlatego udział w tym projekcie jest dla nas taki ważny. Mamy poczucie, że nie pracujemy dla kogoś, tylko dla siebie - tłumaczy.

Przy tym projekcie Karolina spotkała osoby, których nie widziała od dzieciństwa. Z małych dzieci wyrośli dojrzali tancerze. - Na początku było nam trudno, patrzyliśmy, kto jak tańczy, jakoś nie mogliśmy się zgrać - wspomina Karolina. - I wtedy zdarzył się wypadek. Bartek zwichnął kostkę. Miał operację, było jasne, że nie będzie mógł wystąpić. Załamaliśmy się, przecież to wszystko był jego pomysł, to on był motorem tego projektu! Ale to nas zbliżyło, postanowiliśmy dać z siebie wszystko. Właśnie dla niego!

Mój zespół to przyjaciele

Przygotowania do spektaklu zbiegły się z sesją egzaminacyjną. "Będzie dobrze, trzymamy kciuki" - takie SMS-y dostawała Karolina od członków zespołu. - Nie udało się, zawaliłam. Nie żałuję, nadrobię to. Za to wsparcie, jakie wtedy dostałam - nieocenione! Przychodzą na próby późnym wieczorem, wychodzą nocą, rano wracają do swoich zajęć. Wiedzą o sobie prawie wszystko: kiedy dzieci są chore, kto pokłócił się z żoną, mężem, chłopakiem. - Powinniśmy zostawiać problemy za drzwiami, ale nie zawsze się to udaje. Zdarza się, że komuś puszczą emocje, popłyną łzy.

- Tuż przed premierą bywało ciężko, atmosfera fatalna, wytykanie błędów, obgadywanie... Ale zrozumieliśmy, że tylko jako zespół możemy odnieść sukces. I chyba tak się stało! Mamy już za sobą dwa przedstawienia na deskach teatru Rampa, kolejne przed nami! - mówi z dumą Karolina.

W kuchni bywa nerwowo, ale umiemy się dogadać

U nas pewnie jest tak, jak w innych pracach, i żartujemy, i się kłócimy. Ale w kuchni nie ma miejsca na obrażanie się, bo tylko współpracując ze sobą możemy zapewnić gościom obsługę na wysokim poziomie.

Moja przygoda z gotowaniem zaczęła się od tego, że nie miałam na siebie pomysłu - opowiada szczerze Justyna Kędzior (33 l.), kucharka w restauracji "Gościniec Oycowizna" w Lesznowoli pod Warszawą. - Skończyłam szkołę podstawową i zupełnie nie wiedziałam, co chciałabym robić w przyszłości. To mama przekonała do mnie do gastronomii: "To dobry zawód, o zatrudnienie nietrudno, ludzie przecież zawsze będą jeść!" - tłumaczyła. Dałam się namówić, skończyłam technikum gastronomiczne. Czy żałuję? - Justyna chwilę się waha. - To bardzo trudna praca, stresująca, między ludźmi i z ludźmi. Gdy zespół w kuchni jest zgrany, wszystko idzie gładko, ale gdy coś poważnie zgrzyta, zaczynają się schody.

Szef już nie musi nas pilnować

- W "Oycowiźnie" pracuję prawie trzy lata. Szef kuchni sprawia wrażenie groźnego, ale tak naprawdę wcale się go nie boimy. Zresztą najczęściej ma rację, gdy o coś się wścieka - uśmiecha się Justyna. - Czasem bywa nerwowo, całkiem jak na planie "Top Chef" czy "Hell's Kitchen". W chwilach napięcia zdarzają się krzyki, przekleństwa. Największe problemy personalne są pomiędzy kuchnią i kelnerami. To dwa zespoły, które niemal w każdej restauracji toczą ze sobą tradycyjną wojnę. - Kelnerzy podchodzą do "wydawki", czyli miejsca, gdzie wydawane są posiłki i chcą mieć wszystko, na już - opowiada Justyna. - Ich jest kilku, obsługują zazwyczaj 3-4 stoliki, a my przecież musimy ugotować dla całej sali. Wszystko musi iść po kolei, nie możemy nikogo faworyzować. Rozumiemy, że oni działają pod presją, mają bezpośredni kontakt z gośćmi, którzy mają swoje wymagania. Ale czasem trudno rozładować napięcie.

W kuchni jest kilka stanowisk: kuchnia zimna (przystawki), grill plus stanowiska do smażenia, dodatki (frytki, sałatki, kopytka), stanowisko zup. I wydawka. To właśnie tutaj pracuje Justyna. To ona "składa" danie w całość i przekazuje je odpowiedniemu kelnerowi. - Wszystko trzeba zgrać w czasie, więc np. pytam kucharza na grillu: "Kiedy będą polędwiczki?". A on mi na to: "Za pięć minut!". Ja wtedy zamawiam: "Dodatki za pięć minut proszę!". I tak po kolei. Wszystko musi się zgadzać, danie musi mieć dobrą temperaturę i zostać podane od razu po przygotowaniu - wyjaśnia Justyna.

Szef kuchni sprawdza, czy wszystko idzie zgodnie z planem, np. czy są odpowiednie zapasy produktów. - Kiedyś denerwował się bardziej, bo zespół był nowy. Dziś już nie musi nam niczego tłumaczyć, bo wiemy co robić. Sami się pilnujemy i zwracamy sobie uwagę. Chyba to docenia, bo wychodząc do domu, podaje każdemu rękę i mówi: "Dobra robota". Tak jest codziennie, to bardzo miłe - uśmiecha się Justyna.

Miłość i przyjaźń od kuchni

To w kuchni Justyna poznała swojego męża (na zdjęciu obok stoi po prawej stronie). To było jeszcze w poprzedniej pracy, w restauracji w centrum Warszawy, bardzo eleganckiej. Pracowała tam 9 lat i wiele się nauczyła. Przede wszystkim tego, że podstawą jest dobra organizacja i podział obowiązków.

Gdy zaczęła pracę w "Oycowiźnie", mąż wkrótce przeszedł za nią. - Jak nam się razem pracuje? Bardzo dobrze! Ale staramy się nie przenosić pracy do domu i odwrotnie... Nasze ostatnie rozmowy na temat restauracji kończą się w samochodzie, gdy wracamy do domu. Potem staramy się już tylko odpoczywać - opowiada Justyna.

Nie tylko z mężem pracuje jej się dobrze. - Jest część zespołu, która zna się od początku i trzymamy się razem. W kuchni rozmawiamy bardzo rzeczowo, każdy zna menu na wyrywki i wie, co z czym się podaje. Porozumiewamy się hasłami. Ale czasem dla rozluźnienia wygłupiamy się, żartujemy z siebie. To bardzo ważne, szczególnie, gdy pracy jest naprawdę dużo i napięcie rośnie.

19 komunijnych przyjęć w 1 dzień

- Najbardziej sprężamy się podczas wesel, komunii, chrzcin i imprez firmowych. W maju pobiliśmy rekord, w ciągu jednego dnia zorganizowaliśmy 19 komunii! - mówi z dumą Justyna. - W takiej sytuacji każdy deser czy przekąska muszą być opisane, całość posegregowana, praca podzielona, jaka grupa gości ma jakie menu, który kelner jest przypisany do jakiego stołu, o której godzinie jest przyjęcie, jaki zespół kucharzy przygotowuje potrawy. Recepta na sukces? Lata praktyki, zgrani ludzie z doświadczeniem i pełna mobilizacja personelu - tłumaczy.

W "Oycowiźnie" jest stałe menu ustalone przez właściciela i szefa kuchni. - Mamy bardzo szczegółowe przepisy na to, jak przygotować kluski, ile mąki, soli, jakie przyprawy, w jakiej proporcji. Ale często sami doprawiamy do smaku, po swojemu. Nie wiem do końca, czy szef o tym wie... - śmieje się.

W domu Justyna z mężem nie gotują. - Czasami chodzimy do restauracji, ale ja nie mogę się powstrzymać, automatycznie oceniam, jak pracuje kuchnia. Podchodzę do tego z życzliwością, wiem, jaka to ciężka praca - przyznaje.





Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje