Weekendowa rodzina, czyli jak być razem na odległość

Mąż pracuje w innym mieście, dzieci uczą się daleko od domu. Dopiero w sobotę i niedzielę można porozmawiać w cztery oczy, przytulić się i zjeść wspólnie obiad. A jak budować bliskość przez pozostałe dni tygodnia?

Dorota skakała ze szczęścia, kiedy cztery lata temu jej mąż dostał wreszcie pracę. Wtedy nie przejmowali się tym, że Marek zamieszka 200 kilometrów od domu.

Reklama

- Odkąd w naszym miasteczku zamknięto jedyny duży zakład, żyliśmy z mojej pensji - opowiada 45- -letnia nauczycielka. - Gdy więc były kierownik męża zaproponował mu etat, myśleliśmy, że złapaliśmy Pana Boga za nogi. Ale po roku zaczęły się problemy. Marek wracał w piątek wieczorem. Padał na łóżko i sobotę przesypiał. Właściwie przestaliśmy rozmawiać. Potem zaczęły się kłótnie. Ja krzyczałam, żeby nie przyjeżdżał, skoro nie ma zamiaru się udzielać, on obrażony brał fuchy na weekend. Przestraszyłam się, że jeżeli czegoś nie zmienimy, to nasze małżeństwo się rozpadnie. W dodatku córka Ola zaczęła studia w Olsztynie i dom opustoszał.

Rozłąka to już codzienność co siódmej polskiej rodziny, w której jedna osoba pracuje daleko od domu. Wyjazdy "za chlebem" rozwiązują finansowe kłopoty, ale przysparzają nowych. Bo jak być ze sobą blisko, widząc się zaledwie dwa dni w tygodniu albo rzadziej?

- Na pytanie niedowiarków, czy to w ogóle możliwe, odpowiadam "tak"! - mówi psycholog Iza Kurzejewska. - Przecież o tym, czy jesteśmy rodziną, nie decyduje mieszkanie pod jednym dachem. Chodzi o to, czy chcemy dzielić ze sobą życie. Ale nawet na odległość można budować więź przez cały tydzień, nie tylko w sobotę i niedzielę.

Czułe słówka i milczenie

Głównym grzechem rodzin żyjących w oddaleniu jest to, że ich rozmowy w tygodniu ograniczają się do wymiany suchych informacji. Żona mówi, że przyszedł kontroler z gazowni. Mąż uprzedza, że przyjedzie później, a dziecko prosi o przesłanie 100 złotych. Takie rzeczy są ważne, ale nie wystarczają do podtrzymania bliskości. Oprócz tego, że zepsuła się lodówka, powiedzmy, że chcemy się przytulić.

Ludzie, którzy widują się na co dzień, mogą bez słów na różne sposoby pokazać swoje przywiązanie: całują się, obejmują, uśmiechają. W sytuacji, w której brak bezpośredniego kontaktu, a zwłaszcza dotyku, sygnały miłości dobrze jest przekazać wirtualnie. Osoby mające trudności z mówieniem o emocjach mogą wysłać czuły SMS lub zdjęcie. To łatwiejsze od wyznania wprost: "bardzo za tobą tęsknię".

- Nie bójmy się, że podobne zachowania przypominają nastolatków, bo szybko się przekonamy, że bez takich gestów intymność gdzieś się zagubi - radzi Iza Kurzejewska. - Choć mamy zakodowane, że telefon służy do załatwiania pilnych spraw, warto pod koniec dnia rozmawiać nie tylko o tym, co się wydarzyło, ale przede wszystkim o tym, co czujemy. Co nas zabolało, co sprawiło przyjemność, a co rozbawiło? Pytajmy o to samo partnera. Przywiązanie rodzi się między ludźmi, którzy regularnie się sobie zwierzają.

Dorota opowiada, że jedną z pierwszych zmian, które wprowadziła, było zainstalowanie Skype’a. - Namówiła mnie do niego Ola. A potem ja przekonałam Marka. Na początku twierdził, że nie ma czasu na komputer, bo wraca do siebie późno. W końcu trafił do niego argument, że Skype jest za darmo. Od tej chwili dużo się między nami zmieniło. Przez komórkę trzeba gadać, żeby utrzymać kontakt. A ponieważ mój mąż do wylewnych nie należy, więc teraz włączamy ekran i czasem po prostu siedzimy w milczeniu. Patrzymy na siebie, machamy, pijemy razem herbatę. Kiedy Marek przegląda gazetę, czuję się tak, jakby siedział tuż obok mnie na kanapie. A niedawno postawiłam laptop na blacie w kuchni i pokazałam córce, jak zrobić sos do spaghetti.

Sporo par, zwłaszcza jeżeli jedno z nich mieszka za granicą, razem ogląda nawet filmy przy Skypie, a niekiedy zasypia i budzi się przy włączonym ekranie. Tak dają sobie namiastkę fizycznej obecności.

To, że czasowa rozłąka może mieć dobry wpływ na związek, udowodnił pewien eksperyment. Tysiąc par odpowiedziało na zadane przez psychologów pytania na temat swoich współmałżonków. Wymagały one świetnej znajomości drugiej osoby, bo dotyczyły takich szczegółów jak ulubiona zabawka z dzieciństwa. Ku zdumieniu badaczy pary, które żyły na odległość, wiedziały o sobie dużo więcej. Okazało się, że rozmawiały ze sobą średnio dwukrotnie częściej niż małżeństwa mieszkające razem.

Fitness i kino bez poczucia winy

Gdy jedno wymiguje się od rozmowy, drugie podejrzewa najgorsze. Związek na odległość wymaga zaufania i tolerancji. - Osoby zostające na miejscu często są rozgoryczone tym, że muszą radzić sobie same - twierdzi Iza Kurzejewska. - Zapominają, że partner, który wyjechał, też ciężko pracuje, a studiujące dziecko musi sprostać wymaganiom na uczelni i odnaleźć się w nowym środowisku. Dlatego ich chwilowa niechęć do kontaktu nie oznacza, że dzieje się coś złego.

W opanowaniu zazdrości pomaga proste ćwiczenie. Zadręczasz się, bo mąż nie odbiera wieczorem komórki, a wyobraźnia podsuwa ci czarne scenariusze? Pomyśl, że w identycznej sytuacji znalazła się twoja przyjaciółka. Zwierza ci się, że podejrzewa partnera o zdradę, ponieważ on nie oddzwonił. Czy teraz ten argument wydaje ci się równie niepokojący? A może uznasz, że przyjaciółka jednak przesadza? Gdy spojrzymy na swoje obawy z dystansu, wydadzą nam się mniej uzasadnione.

Dorota też na początku wymagała, żeby mąż i córka natychmiast odbierali komórki. - Wystarczyło, że przez pół dnia się nie zgłaszali, a ja już miałam serce w gardle. W rezultacie wykonywałam dziesiątki połączeń, a oni byli wściekli. W końcu umówiliśmy się, że będziemy z góry informować się o swoich planach. Poprosiłam, żeby wysyłali SMS, gdy np. wybiorą się do kina i wyciszą telefony. Teraz nie dobijam się, kiedy Marek ogląda mecz, a Ola wychodzi z kolegami.

- Bardzo przestrzegam przed nadmiernym kontrolowaniem drugiej strony - mówi Iza Kurzejewska. - Ktoś, kto zamierza oszukać, zawsze znajdzie okazję, by to uczynić, szczególnie z daleka od domu. A okazywanie nieufności osłabia związek i zachęca do posiadania sekretów. Zamiast wciąż skupiać się na tym, co dzieje się u partnera albo u dziecka, pozwólmy sobie na odrobinę egoizmu. Doceńmy plusy nowej sytuacji. To okazja do zajęcia się tym, co interesuje nas, ale niekoniecznie naszych bliskich.

Mąż narzekał, że wracasz późno, bo zapisałaś się na fitness? Teraz możesz ćwiczyć bez poczucia winy nawet późnym wieczorem. Wypełniony zajęciami kalendarz to także dobry sposób na zazdrość. Okazywanie nieufności wobec najbliższych osłabia związki na odległość.

To też jest twoje mieszkanie

Gdy jesteśmy w komplecie tylko raz w tygodniu, chcemy, żeby ten czas był wyjątkowy. Gotujemy dla męża i dzieci wymyślne dania, proponujemy różne atrakcje. Staramy się, żeby nic nie zakłóciło naszego bycia razem. Dbałość o samopoczucie bliskich jest ważna. Lecz jeżeli ich powrót staje się wyjątkowym wydarzeniem, zaczynamy traktować rodzinę bardziej jak gości niż domowników. Dlatego ugotujmy dla męża jego ulubioną zupę pomidorową, ale nie wahajmy się poprosić, by coś naprawił. Syn lub córka mogą balować z przyjaciółmi, ale nic się nie stanie, jeżeli następnego dnia pomogą nam w porządkach. W ten sposób damy im do zrozumienia, że oni także tworzą dom i jego atmosferę, a my potrzebujemy ich pomocy.

Do podobnych wniosków doszła Dorota. - Najpierw chciałam rodzinie nieba przychylić. W piątek mieszkanie błyszczało, na stół wjeżdżały pierogi ze szpinakiem, ponieważ Marek narzekał, że kupne mu nie smakują. W sobotę do południa chodziłam na paluszkach, uciszając Olę, bo tatuś śpi. Córkę też traktowałam ulgowo, zwalniając ją ze wszystkich obowiązków. Robiłam tak z wielu powodów.

- Było mi ich żal. Oli, bo bez przerwy się uczyła, ale jeszcze bardziej męża, który przecież nie wyjechał z własnej woli. Pięćdziesięciolatek nie zawiera już tak łatwo znajomości, w Warszawie czuł się obco. Wynajmował ponurą klitkę, a kiedy go namawiałam, żeby gdzieś wyszedł, mówił, że szkoda mu pieniędzy, bo wszędzie jest okropnie drogo. Chciałam też udowodnić, że nigdzie nie będzie mu tak wspaniale jak w domu. Nasłuchałam się od "życzliwych" historii o facetach, którzy w innym mieście znaleźli sobie pocieszycielki. Dlatego witałam Marka w pełnym rynsztunku: wkładałam sukienki, nosiłam buty na obcasach. Częściej chodziłam do fryzjera.

Dorota twierdzi, że rozpuściła rodzinę. - Przyjeżdżali, a ja znajdowałam rozrywki: koncert, kino, pokaz ogni sztucznych. Jednak pewnej soboty, kiedy sąsiedzi zalali nam łazienkę, przejrzałam na oczy. Z sufitu kapało, a Marek nawet nie ruszył się z kanapy. Ola też wyszła, bo była umówiona. Kiedy mąż powiedział, żebym wezwała hydraulika, wściekłam się: "Przecież to też jest twoje mieszkanie!". Od tamtej pory skończyłam z niańczeniem i teraz razem robimy nudne rzeczy, których przedtem starałam się im oszczędzić. Chodzimy na zakupy, mąż i córka sami prasują. Gdy zdarza się awaria, najpierw dzwonię do Marka. Nie zawsze może mi pomóc, ale przynajmniej jest zaangażowany w domowe sprawy. Nie uważa, że to wyłącznie moja odpowiedzialność.

Na kłopoty rozmowa w cztery oczy

Jeżeli w życiu rodziny "na odległość" pojawia się problem, nie zawsze wiadomo, kiedy i jak go rozwiązać. Bo rozumiemy, że lepiej nie poruszać trudnych spraw przez telefon. A z drugiej strony, gdy jesteśmy razem, wolimy nie mówić o przykrych rzeczach. Bo jeżeli zaczniemy zamęczać syna podejrzeniami, że wpadł w złe towarzystwo, może mniej chętnie będzie przyjeżdżał? Albo całkiem uprzykrzymy mężowi pobyt w domu wyrzutami, że w samotności zbyt często zagląda do kieliszka?

Zdaniem psychologów, nie warto ukrywać swoich lęków ze strachu przed reakcją bliskich. Tak samo jak milczeć o tym, że podczas ich nieobecności zaszło coś złego. Poważniejsze kłopoty powinniśmy omawiać jednak w cztery oczy.

- W sytuacji podbramkowej nie należy zwlekać. Ale jeżeli możemy poczekać do spotkania, lepiej tak zrobić - tłumaczy Iza Kurzejewska. - Tuż po przyjeździe dajmy sobie chwilę oddechu, ale zarezerwujmy wystarczająco dużo czasu na rozmowę, ponieważ zawsze należy pilnować, by rozstać się w zgodzie. Gdy rozjedziemy się, nim osiągniemy porozumienie, problemy mogą narastać. Bo im dłużej zamykamy się w złości i żalu, tym bardziej stajemy się sobie obcy. Z reguły po trzech miesiącach trwania konfliktu dochodzi do kryzysu, którego nie załagodzi jedna rozmowa.

Dlatego koniecznie pożegnajmy się bez gniewu. Powiedzmy dziecku, że mu ufamy. A mężowi szepnijmy na do widzenia, że bardzo nam na nim zależy.

Wspaniałe plany na przyszłość

Wspólne planowanie łączy ludzi prawie tak mocno jak uczucie. Nawet mieszkając osobno, poczujemy się zgraną drużyną, jeśli tylko wyznaczymy sobie konkretny cel. Na przykład otwarcie pensjonatu agroturystycznego. Albo stworzenie domu tymczasowego dla zwierząt. Istotne jest, byśmy przez cały okres rozłąki dążyli do czegoś razem. Wtedy będziemy wiedzieli, po co decydujemy się na wyrzeczenia, a to nada naszemu rozstaniu sens.

Postarajmy się, żeby nasze plany były realistyczne. Może zamiast marzyć o podróży dookoła świata, na początek zaczniemy od czegoś prostszego? Na przykład od zorganizowania najbliższego sylwestra w górach? Rozmawiajmy o wspólnej przyszłości. Zwłaszcza o tym, co zamierzamy uczynić, by znowu być ze sobą na co dzień. Nawet gdy przywykliśmy do obecnej sytuacji, traktujmy ją jako przejściową. Mąż może przecież cały czas szukać pracy w naszej lub sąsiedniej miejscowości. Albo ty postanowisz, że przeniesiesz się do niego. Obiecajmy sobie, że za dwa lata będziemy znów pod jednym dachem. I róbmy wszystko, by tego przyrzeczenia dotrzymać.

Bez niepotrzebnych poświęceń

Z obserwacji Doroty wynika, że osoby, które zostają na miejscu, mają skłonność, by poświęcać się dla reszty. - Ja na przykład przez trzy lata nie wyjechałam na urlop - opowiada. - Bo kiedy mąż miał wolne, chciał nacieszyć się domem. I w rezultacie przez dwa tygodnie nie ruszał się ani o krok. On był zadowolony, ale ja coraz bardziej zła i zmęczona. W tym roku zapowiedziałam, że wyjeżdżam, a jeśli Marek chce zostać, to proszę bardzo. Wtedy dopiero powiedział, że jedzie ze mną. Po czterech latach każde z nas ma inny rytm życia i trochę inne potrzeby. On nauczył się zrywać o świcie, bo zaczyna pracę o szóstej, ja mogę dłużej pospać. On ma dosyć wielkiego miasta, hałasu i centrów handlowych, ja wprost przeciwnie. Wytłumaczyłam mu, że też powinien czasem pójść na kompromis. Bo to nie jest tak, że ci, którzy wyjechali, przechodzą piekło, a ja jestem w komfortowym położeniu. Wszyscy musimy dostosować się do zupełnie nowej sytuacji.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje