Więzienie za naiwność

- Nie jest tu łatwo, nikomu nie życzę - rozmowa z Agatą przebiega w czasie, kiedy w więzieniu odwiedza ją synek. Około 2-letni chłopiec o mlecznej cerze, ogromnych brązowych oczach, wyraźnie czuje się nieswojo. Wyrywa się matce, w pewnej chwili zaczyna płakać. Ta siłą bierze go na ręce. Agata jest jedną z kilkunastu Polek, które wpadły za przemyt narkotyków i siedzą w południowoamerykańskich więzieniach.

Lima. Stolica Peru. Tu - do bogatych dzielnic trafiają turyści żądni przygód. Peru żyje bowiem z turystki. Na zboczach Andów jednak rozciągają się dzielnice skrajnej nędzy. Slumsy. Pełne przemocy i narkotyków. Peru jest jednym z czołowych producentów kokainy na świecie. Transporty narkotyków trafiają właśnie do stolicy. Podobnie jak ludzie chcący łatwo zarobić pieniądze.

Reklama

Więzienie Santa Monica w Limie. Tutaj trafiają kobiety za próbę przemytu narkotyków. Jest tu kilka Polek. Nie przypuszczały, że za naiwność przyjdzie im tak słono zapłacić. Więzienie to z kamerą odwiedził reporter TOK FM - Darek Zalewski. Marta i Agata* wpadły za przemyt razem. Niedawno na lotnisku w Limie zatrzymano Iwonę. A także Renatę. Wszystkie trafiły do więzienia Santa Monica. Z wyrokami po kilka lat więzienia. Wszystkie mają poniżej 30 lat.

Renata

Zdecydowałam się przyjechać do Peru, żeby zyskać trochę pieniędzy.

Tak naprawdę nie umiem teraz tego wytłumaczyć, co zrobiłam. Najgorsza głupota w moim życiu. W Polsce nie brakowało mi niczego. Co mnie pchało tutaj? Taka ciekawość. I głupota.

Cały czas mam z nimi kontakt (z osobami zlecającymi przemyt - przyp. red.). Telefon. Pomagają mi. Policja próbowała do nich dotrzeć, ale ja policji powiedziałam coś innego, wzięłam to wszystko na siebie. Powiedziałam taką bajkę. Musieli to łyknąć.

No musisz się w sumie przyzwyczaić do więzienia. W ogóle wiedzieć, co robić, jak i w ogóle i nie ufać ludziom. Wcale, bo się zgubisz.

Przegrałam. Nic nie wygrałam. Przegrałam najważniejsze: swoją wolność. Męczy mnie, że się tak zaangażowałam. Chyba to jest moją karą. Miałam się chyba tu obudzić i zobaczyć, co się stało z moim życiem.

Marta

- Poznałyśmy się z Agatą w Londynie. Mieszkałyśmy tam w jednym domu. I tak po prostu znajomi Agaty zaproponowali nam taki wyjazd. Dokładniej - zaproponował nam go Nigeryjczyk - Marta nie chce pokazać swojej twarzy. Za bardzo się wstydzi tego, co kosztowało ją wolność. - To proste. Osoby, które nas tu wysłały, wystawiły nas. Na lotnisku nas złapali. Na komisariacie pokazali nam pewnego e-maila, gdzie były wypisane nasze wszystkie dane. Nasze imię, nazwisko, numer paszportu, to, że będziemy przewozić narkotyki. Także te osoby, które nas wysłały, nas wystawiły.

Jakie Marta ma plany na życie po Peru?

- Jak stąd wyjdę... Na uniwersytecie chcę studiować. Nauczyłam się pewnych rzeczy. Że nie można ufać ludziom - to jest po pierwsze. Nauczyłam się być silniejszą osobą. Byłam bardziej słaba, naiwna. Teraz winię samą siebie tylko za swoją głupotę, że na to się zgodziłam - przyznaje.

Agata

Czarne włosy związane w koński ogon różową gumką. Okrągłe kształty. Obcisła czarna bluzka na ramiączkach, obcisłe ciemne dżinsy. Wyraźny makijaż. Taka sama biżuteria.

- Z Polski wyjechałam bardzo dawno temu. Pracowałam w Londynie, w restauracji. Tam poznałam Nigeryjczyka po prostu. I ten Nigeryjczyk mieszkał w Hiszpanii, w Madrycie. Pewnego dnia do nas dzwoni i pyta, czy byśmy chciały pojechać na wakacje. I przewieźć narkotyki. Wiedziałam, co robię - opowiada o tym, jak dała się namówić na przemyt, który kosztował ją już 18 miesięcy w peruwiańskim więzieniu.

- Pewnego ranka pewna kobieta puka do naszych drzwi i daje nam czarną walizkę. Taką, jak od laptopa. Marta mnie budzi i mówi: zobacz, zobacz, mamy to przewieźć. I ja już sobie wtedy pomyślałam, żeby lepiej tego nie brać, bo na pewno policja będzie wiedziała, że coś jest w środku. Słabo było schowane, wiedziałam, że już jest coś nie tak - mówi.

A jednak, Agata zdecydowała się zostać przemytnikiem. I, jak przeczuwała, wszystko się wydało, na lotnisku w Limie. - Płakałam, zemdlałam na lotnisku, jak mnie policja złapała. Bardzo źle się czułam. Tym bardziej, że byłam w ciąży, nie chciałam urodzić tutaj, chciałam urodzić w Londynie - zapewnia.

Dlaczego zdecydowała się na ten ryzykowny, jak sama mówi, krok?

- Jak się dowiedziałam, że jestem w ciąży, że będę miała dziecko, chciałam więcej pieniędzy, dla siebie i dla małego, żeby pokupować rzeczy do domu, meble...

Rozmowa z Agatą przebiega w chwili, kiedy odwiedza ją synek. Około 2-letni chłopiec o mlecznej cerze, ogromnych brązowych oczach, czarnych loczkach wyraźnie czuje się nieswojo za więziennymi murami. Wyrywa się matce, w pewnej chwili zaczyna płakać. - Khaleb, Khaleb - woła za nim Agata. - Dziecko się wysyła na ulicę, albo do rodziny, a jeżeli ktoś nie ma rodziny, wysyła się do domu dziecka. Mój syn wyszedł na ulicę, bo źle się czuje w środku. Opiekuje się nim taka jedna siostra zakonna.

Pytanie: A gdzie tata Khaleba?

Odpowiedź: W Londynie. Ja dzwonię do niego codziennie. Czeka na mnie. Z tym, że jest teraz taki problem, że on jest w więzieniu, od czterech miesięcy. Za sprzedaż narkotyków. Ale raz jeden wyszedł na ulicę, żeby sprzedać narkotyki, żeby mieć więcej pieniędzy dla mnie. Bo ja go ciągle prosiłam o więcej pieniędzy. No i go złapali. Dostał 5 lat.

Jak wspomina 24-latka, rodzina wini ją za to, że znalazła się w więzieniu na końcu świata. - Przez pierwsze dwa tygodnie matka nie chciała ode mnie odbierać telefonu. Wiedziała, że jestem w więzieniu - mówi. - Jak w końcu odebrała i usłyszała, że to ja, Agata, nie chciała w ogóle rozmawiać. Ale teraz już rozmawiamy. Choć mama mówi, że to wszystko moja wina, że to ja jestem zła. Ale martwi się bardzo o dziecko, no w końcu jest babcią. No i to jest mój pierwszy syn.

Kiedy Khaleb na chwilę odbiega od matki, ta dzieli się swoimi przemyśleniami na temat pobytu w Limie. - Nie jest za dobrze. Nie radziłabym nikomu. Nie radziłabym nikomu przyjeżdżać do Peru. Ciężko tu jest wytrzymać. Człowiek się męczy i psychicznie i fizycznie. Dużo dziewczyn jest takich, że się o wszystko przyczepia. O wszystko. Są konflikty. Wczoraj był taki jeden konflikt, że się dwie dziewczyny biły. Też trzeba uważać co się robi, co się mówi, gdzie się chodzi, z kim się rozmawia. Tworzą się takie grupy, gangi. W takiej grupie jest poczucie bezpieczeństwa. Ale nie jest dobrze, nie jest jak w domu. Z dzieckiem tu nie można być - konkluduje.

- Jak bym tu przyjechała i wiedziała, że nie jestem w ciąży, jakoś bym sobie poradziła przez te dwa lata. Ale, jak mój mały jest teraz z inną rodziną i nawet czasami mnie nie poznaje, że ja jestem mama, to jest ciężko. Wtedy biorę go na siłę i mówię: mama, mama, mama. Brakuje mi go, bardzo mi go brakuje, płaczę po nocach - podkreśla Agata. - Codziennie się modlę do Pana Boga, żeby to już się skończyło. Chcę mieć normalne życie, założyć normalną rodzinę. Zapomnieć o tym, co się stało. Będzie mi bardzo ciężko wytłumaczyć nawet małemu, dlaczego urodził się w Peru, nie wiem, co mu będę mogła powiedzieć. Jak już będzie duży.

Iwona

- To przestępstwo, które popełniłam, popełniłam nieświadomie - Iwona, korpulentna blondynka z mocnym makijażem i rzucającą się w oczy biżuterią wie, że w więzieniu nie znalazła się przypadkowo. - Przyjechałam tu na cztery, pięć dni. Zostanę tu dwa lata - wzdycha. - Zgodziłam się na popełnienie przestępstwa. Miał to być przewóz brylantów. Poznałam Nigeryjczyka, który powiedział, że polecimy do Brazylii po brylanty. Później plany się zmieniły. Szczerze mówiąc, nie myślałam o tym za bardzo...

- Poznałam go na Stadionie Dziesięciolecia, w Polsce. Spotkałam się z nim kilka razy. On tam robił interesy z Polakami. Mówił, że grał w Legii Warszawa. Byłam nawet na jednym treningu z nim. Nie wiem, może występował tam raz, jakoś gościnnie... Najpierw zaproponował mi, żebym wyszła za mąż za jego brata. Ale odmówiłam, powiedziałam, że mam 20 lat, nie chcę sobie psuć życia. Powiedział, ze kupi mi za to samochód. Ale ja na to, że nie, mam swój samochód, jaki jest, taki jest, ale nie potrzebuję nowego.

Iwona wspomina swoje życie sprzed więzienia. - Do Warszawy przeprowadziłam się ze swojej wsi, bo chciałam, żeby coś się działo. Lubię duże miasto, życie w dużym mieście. Pracowałam tam jako niania. Do czasu wyjazdu do Peru.

Jak wpadła?

- Przyjechałam tutaj, do Limy, załatwiłam sobie hotel. Z lotniska zamówiłam taksówkę i pojechałam. Miałam wrócić za pięć dni, ale wyjazd się przeciągał. Kiedy wracałam, w Limie na lotnisku złapali mnie. Miałam w walizce kurtki, w których ukryta była kokaina... W ogóle nie wiedziałam, co ja mam robić, co mam myśleć. Jak ja się tu znalazłam? W ogóle nie mogłam zrozumieć, to było dla mnie nie do pomyślenia, jak on mógł mi zrobić coś takiego (Nigeryjczyk, który namówił Iwonę na przemyt - przyp. red.). Za co?

Pytanie: To był twój facet? Zrobiłaś to, bo się zakochałaś?

Odpowiedź: Nie. Znaczy coś tam do niego miałam. Ogólnie to podobają mi się czarni faceci. On mi zaimponował. Nie wiem czym. Coś mnie w nim kręciło. Otumanił mnie tymi swoimi czułymi słówkami. Mówił, że mam piękne oczy i takie tam... Zrobiłam to dla niego. Ogólnie to mam narzeczonego, jesteśmy już ze sobą cztery lata. Ale w pewnym momencie coś się zaczęło psuć i zaczęłam spotykać się z tym Nigeryjczykiem, czego teraz żałuję. Ale chłopak wszystko mi wybaczył i czeka teraz na mnie, kiedy tu jestem...

Aresztowanie i więzienie to, według Iwony, najgorsze doświadczenie w jej życiu. - Pamiętam, jak wzięłam telefon i zadzwoniłam do rodziny. Pamiętam tylko taki szloch mojej mamy: Boże, dziecko, co ty zrobiłaś? Wtedy dopiero mnie tak ścisnęło, że nie mogłam się uspokoić...

I co teraz?

- Martwię się tym, że tu jestem, ale, jak mówię, ja już swoje łzy wylałam. Jestem jakby wypłukana z uczuć. Tak, w ten sposób to przyjmuję. Jeszcze o tym wszystkim zapomnę może kiedyś. Ja i moja rodzina. O tym, co się tutaj wydarzyło. Że byłam w ogóle w więzieniu.

Codzienne życie za kratkami

Warunki w więzieniu Santa Monica, gdzie przebywają Polki, nie są najgorsze. Skazane kobiety mogą cały dzień spędzać na świeżym powietrzu. Mogą też w miarę swobodnie się poruszać. Nie wolno im jednak łączyć się w pary czy grupy. Każdy przejaw bliskości kończy się pobytem w izolatce. Na miejscu jest sala taneczna, kosmetyczka i fryzjer. Największym problemem w peruwiańskich więzieniach, również i w tym, jest jednak korupcja. Strażnicy w ten sposób wykorzystują więźniów. Ale kupić za to można tu niemal wszystko. Największym skarbem są karty telefoniczne. To dzięki nim jest szansa na jakikolwiek kontakt z rodziną...

Narkotykowy biznes

W tej chwili tylko w Peru jest około 30 Polaków w więzieniach, w tym kilka Polek. Tylko w 2008 r. w więzieniach na całym świecie - za przemyt środków odurzających - przebywało ok. 400 Polaków. W samym Peru 30 osób, w sąsiednim Ekwadorze kolejnych kilkanaście.

Według danych Interpolu, ponad dwadzieścia tysięcy młodych Polaków wybrało zawód narkotykowych kurierów. Są wśród nich licealiści, studenci, młodzi pracownicy naukowi, nauczyciele, bezrobotni absolwenci.

Za przemyt narkotyków grozi w Singapurze kara śmierci. W Tajlandii czy Ameryce Południowej dostaje się od kilkunastu do kilkudziesięciu lat więzienia. Od kwietnia 2002 roku w Tajlandii przemytnicy narkotyków są rozstrzeliwani podczas publicznych egzekucji transmitowanych przez telewizję.

Z danych Interpolu wynika, że Polacy - obok Rosjan, Słowaków i Chorwatów - są kurierami najbardziej poszukiwanymi przez narkotykowe gangi. Chętnych werbuje się prawie wyłącznie wśród młodych wykształconych ludzi, bo nie wzbudzają podejrzeń, a w razie kłopotów potrafią improwizować.

Najczęściej narkotyki przemyca się w specjalnie uszytych żakietach i marynarkach bądź przykleja plastrami do ciała. Jedna osoba może w ten sposób przewieźć jednorazowo 5-7 kg towaru. Część kurierów połyka torebki bądź kapsułki z narkotykiem. Za przewiezienie kilograma kokainy z Ameryki Południowej polscy kurierzy otrzymują 8-10 tys. zł. Za przemyt kilograma kokainy z Polski do Europy Zachodniej płaci się 3,5-4 tys. zł.

Łatwi przemytnicy

Według policji, w ostatnich latach coraz częściej gangi wykorzystują do przerzutów turystów. Mechanizmy działania przestępców opisuje Darek Zalewski, reporter TOK FM, który spędził w Ameryce Południowej kilka miesięcy, rozmawiając z Polakami więzionymi w tamtejszych zakładach karnych.

- Scenariusze ich działania są różne. Przedstawiciele gangów proszą o przewiezienia paczki, pieniędzy czy biżuterii, albo podrzucają narkotyki do bagażu. W czasie gdy służby graniczne łapią drobnego przemytnika, bokiem przechodzi większy - opowiada reporter radia TOK FM. - Może wyskoczy taka okazja: polecisz na wycieczkę i zabierzesz przy okazji dla mnie torbę. Tak to działa.

Polski konsul honorowy Tomasz Morawski, który pomaga więźniom w stolicy Ekwadoru, Quito uważa, że "jednorazowych przemytników" łatwo rozpoznać. Jak mówi, Polacy przyjeżdżają z nowym, nietkniętym paszportem, bez znajomości hiszpańskiego czy angielskiego, nie mają tu rodziny, mają za to bilet powrotny za kilka dni. Każdy policjant od razu wie, że takiego człowieka trzeba zatrzymać, bo najprawdopodobniej przewozi narkotyki w żołądku albo bagażu.

Jak twierdzi Darek Zalewski, najpopularniejszym sposobem na przemyt kokainy jest połykanie kapsułek. Ten "sposób" wskazuje również konsul Dariusz Latoszek, który zajmuje się więźniami w Peru. Jak mówi, to bardzo niebezpieczne, bo kiedy kapsułka pęknie, grozi to śmiercią. Konsul wyjaśnia,  że przemytnicy uważają, że to dobry sposób, bo trudno go wykryć. Narkotyków nie wyczuje pies, ale za to kapsułki widać przy prześwietleniu RTG. Dlatego tacy ludzie są wystawiani przez grupy organizujące przemyt po to, by obok mógł przejść niezauważony większy ładunek. - Dramatycznie wzrasta liczba takich więźniów - zauważa konsul - To przerażające, ale każdy robi to świadomie. Nie spotkałem się z sytuacją, gdy ktoś nie wie, że przemyca narkotyki.

Aneta Zadroga

*imiona bohaterek zostały zmienione

------------------------

Przemytnicy coraz bardziej pomysłowi

Meksykańskie gangi kopały już podziemne tunele i wynajmowały łodzie do przerzucania narkotyków przez granicę z USA. Ostatnio przestępcy znaleźli zupełnie nowy sposób - paczki z marihuaną szmuglują drogą powietrzną. Piloci ultralekkich samolotów, tzw. mikrolotów, przypominających proste motolotnie, zrzucają towar na pola uprawne lub porośnięte krzewami pustynie wzdłuż południowowschodniej granicy Stanów.

Siedzący w otwartym kokpicie piloci - niektórzy uzbrojeni - jedną ręką trzymają drążek sterowniczy, drugą zaś podnoszą zasuwkę i zrzucają 115-kilogramowy ładunek. Paczka głośno uderza o ziemię. Jedyny ślad po kolejnym udanym przemycie to krater w piasku.

Na początku, w 2008 roku zorganizowano parę takich przerzutów w Arizonie, dziś to powszechny proceder od Teksasu po kalifornijską Imperial Valley. Niedawno ultralekkie samoloty, podejrzane o przewożenie narkotyków, widziano nawet w okolicy San Diego. W ostatnim roku fiskalnym, zakończonym 30 września, ultralekkie samoloty wykonały 228 kursów - to niemal dwukrotnie więcej niż rok wcześniej. Do kwietnia tego roku służby graniczne naliczyły już 71 takich pirackich lotów.

Ultralekkie samoloty latają nocą przy wyłączonych światłach, w ciągu kilku minut potrafią pokonać granicę, zrzucić ładunek i wrócić do Meksyku. Wzmożona aktywność ultralekkich samolotów to niepodważalny dowód na to, że przemyt narkotyków drogą lądową jest coraz trudniejszy. Władze zauważyły zagęszczenie lotów wkrótce po tym, jak wzdłuż południowowschodniej granicy z Meksykiem wzniesiono mur, uniemożliwiający przemyt przez pustynię samochodami terenowymi.

Źródło: Los Angeles Times

 

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.
Dowiedz się więcej na temat: kara więzienia | Peru | narkotyki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje