Wojna o wszystko – oblicza kobiecej rywalizacji

Psychologowie i socjologowie biją na alarm – Polki robią się agresywne. A najczęściej kierują swoją złość wobec własnej płci. Co sprawia, że zaczynamy traktować siebie jak wrogów niemal w każdej życiowej sytuacji?

Dwa lata temu świat obiegła wiadomość, że Polki są najbardziej sfrustrowanymi kobietami na świecie. Tak stwierdziła prof. Phyllis Chesler, badaczka z Nowego Jorku. Okazuje się, że chociaż w większości przypadków nie używamy siły fizycznej, to jesteśmy mistrzyniami agresji słownej.

Reklama

Niedawno spostrzeżenia Amerykanki poparła socjolog Agata Stanisz. Okazało się, że nie dość, iż nie przepadamy za innymi kobietami, to na każdym kroku otwarcie konkurujemy z koleżankami z pracy, sąsiadkami, a nawet przyjaciółkami i członkami najbliższej rodziny.

Mój styl życia nie pasuje do osiedla superkobiet

Kasia, 36 lat, nie potrafi dogadać się z sąsiadkami

- Nie chciałam się tu przeprowadzać, ale mąż się uparł. Bo jego wspólnik zachwalał, że to wspaniałe osiedle, i że świetny z niego dojazd do ich kancelarii – opowiada Kasia, mama czwórki dzieci.

- No to mamy segment na eleganckim przedmieściu! Czuję się tutaj jak w klatce z drapieżnikami. Moja mama mawiała: „Chłodno, sztywno, ale z bukietem w ręku”, i tak tu jest. Gdy poszłam do sklepu w dresie, już następnego dnia mąż usłyszał, że odstaję od reszty.

Kasia różni się od innych mieszkańców nie tylko sposobem ubierania. Jako jedyna nie pracuje i zajmuje się domem. - Jesteśmy najliczniejszą bandą w okolicy. Tu po urodzeniu jednego dziecka czym prędzej wraca się do korporacji. A ja, choć skończyłam prawo, wybrałam rodzinę. Maciek dobrze zarabia, ale żyjemy bez luksusów. Nie możemy pozwolić sobie na narty w Alpach.

Tymczasem na takich wyjazdach integrują się sąsiedzi. Gdy tłumaczymy wprost, że nas na to nie stać, panie uśmiechają się z politowaniem. A potem syczą mi za plecami, że ciemnogród, zacofanie i ciekawe, kiedy będę znowu paradować z brzuchem.

Kasia na osiedlu zamieszkanym przez superkobiety czuje się obco i źle. – Żadna z nich nie odzywa się pierwsza. Na moje „dzień dobry” chłodno kiwają głowami. Zapraszają się na grilla, imieniny, ale nas wykluczyły z życia towarzyskiego. Słyszę tylko powtarzane przez „życzliwych” opinie, że nasze dzieciaki są hałaśliwe, a ja jestem nierobem i snuję się całymi dniami po domu. A one nie wychodzą z domu bez makijażu i markowej torebki w ręku. Nie wiem, skąd ta niechęć. Czasami odnoszę wrażenie, że gram w „Gotowych na wszystko”, poziom obłudy jest podobny.

- Ostatnio usłyszałam, że powinnam o siebie dbać, bo mam przystojnego męża, w końcu ktoś mi go zabierze. Nawet nie mogę  takiej babie powiedzieć, co o niej myślę, bo stwierdzi, że chciała dobrze, a ja nie potrafię współżyć z kulturalnymi ludźmi. No jeśli tak wygląda kultura, to rzeczywiście nie potrafię!

Zwiewne złośnice

Polki coraz rzadziej zachowują się jak anioły. Według CBOS, 61 proc. z nas uważa, że jesteśmy dużo agresywniejsze niż 15 lat temu. Widoczne jest to zwłaszcza w pokoleniu dziewcząt urodzonych w latach 90. Wyśmiewanie nielubianych koleżanek, nieodzywanie się do nich, zastąpiły ataki fizyczne: popychanie, szarpanie za włosy, a nawet pobicia.

Jednak prawdziwym problemem jest kobieca agresja w tzw. białych rękawiczkach. Do repertuaru takich zachowań należy m.in. publiczne opowiadane o czyimś niewłaściwym zachowaniu, porażkach, kłopotach osobistych czy gafach. Mówienie o tym z troską, udawaną życzliwością albo z lekką drwiną to przykład zawoalowanego werbalnego ataku, w którym specjalizują się kobiety.

Często niepostrzeżenie dla osób postronnych, bo tylko ofiara rozumie kontekst wypowiedzi i wie, że te słowa miały zranić. Kobiety wolą działać z ukrycia, gdyż nie chcą otwarcie występować jako agresorki. Bo prowokatorka naraża się na rewanż, a co gorsza postępuje wbrew przyjętym normom społecznym, według których atrakcyjna, podziwiana kobieta powinna być łagodna i delikatna.

Ukryta agresja jest, jak przyznają badane, najszybszym i często jedynym sposobem rozładowania napięcia. Winą za to obarczają życie w permanentnym stresie. Ponad 56 proc. Polek mówi, że codziennie odczuwa rozdrażnienie. Zaś z badań marki Kalms z 2013 roku wynika, że aż 67 proc. Polek doświadcza silnego napięcia w każdym tygodniu, reagując nań bezsennością i niechęcią wobec otoczenia, która w końcu domaga się ujścia.

Powodem zmartwień są niezapłacone rachunki, kredyty, kłopoty z dziećmi. A na pierwszym miejscu wysiłki połączenia pracy zawodowej z prowadzeniem domu.

Profesor Zbigniew Lew-Starowicz uważa, że odkąd mężczyźni stracili dawną patriarchalną pozycję w społeczeństwie, kobiety przestały mieć wspólnego wroga. Nie występują przeciwko mężczyznom, bo boją się, że ich reakcja mogłaby być stanowcza i ostra. Wolą uderzyć w inne kobiety, bo dobrze wiedzą, jak je zranić.

Jak powstrzymać wybuch złości?

Co robić, gdy czujesz, że za chwilę stracisz zimną krew? Poznaj techniki panowania nad swoimi emocjami.

1. Empatia, empatia i jeszcze raz empatia! Spróbuj się postawić w sytuacji innej kobiety. Co mogło spowodować, że zachowuje się w taki sposób? Chce cię zdenerwować czy wyładować gromadzony od dawna gniew, a ty akurat stanęłaś jej na drodze? Zapytaj spokojnie, czy wszystko u niej OK. To powinno ją rozbroić, pod warunkiem że w twoim głosie nie będzie ironii ani złości.

2. Jeśli czujesz narastającą wściekłość... Zapytaj siebie: „O co naprawdę mi chodzi?”. Znajdź prawdziwe źródło frustracji, np.: „Mąż i dzieci nie okazują mi szacunku” lub: „Za mało zarabiam”. To pomoże ci podjąć skuteczne działania, by to zmienić. Złość może być świetnym nauczycielem, jeśli ją przeanalizujemy, zamiast jej ślepo ulegać.

3. Jeżeli czujesz, że „strzelił ci bezpiecznik”... Weź głęboki oddech, policz wolno do dziesięciu. Przerwij rozmowę i wyładuj swoją wściekłość w samotności. Podrzyj na strzępy papierowe ręczniki w biurowej toalecie albo przebiegnij się po schodach tam i z powrotem. Idź na spacer, pojedź na basen. Dzięki temu nie tylko wyładujesz negatywne emocje, ale unikniesz poczucia winy, które będzie cię męczyć, jeśli zaatakujesz w złości kogoś innego.

Koleżanki z działu uprzykrzają mi życie

Patrycja, 27 lat, współpracowniczki ją mobbingują

- Nienawidzę tych bab! Gdy rok temu przyszłam do firmy, byłam pełna dobrej woli, uśmiechnięta i gotowa do ciężkiej pracy. Dziś budzę się ze ściśniętym żołądkiem, łykam tabletki na uspokojenie, a wchodząc do biura, czuję, jakbym wchodziła na ring – Patrycja opowiadając o koleżankach z działu, zaciska zęby i mruży oczy, jakby czekała na cios. –  Szukam nowej roboty, bo dłużej nie wytrzymam!

A miało być tak pięknie. Pracę w marketingu firmy farmaceutycznej pomogła Patrycji znaleźć kuzynka. Ale, zastrzega, nie przyjęto jej po znajomości. Skończyła studia marketingowe, miała doświadczenie PR, zna biegle dwa języki. Jej entuzjazm i pomysły spodobały się szefowi, dostała etat na okres próbny, po trzech miesiącach umowę przedłużono na czas nieokreślony.

– Już wtedy było źle. Ale myślałam, że jak w wojsku, nowa musi zapłacić frycowe. Lecz gdy zobaczą, że jestem w porządku, przestaną się czepiać – wzdycha Patrycja, która w ciągu pół roku nabawiła się problemów ze snem, schudła siedem kilogramów i wygląda jak cień dawnej siebie.

– Na początku było niby miło. „Chcesz kawy?”, „Uważaj młoda, papiery spadły ci z biurka”, „Patunia, zrób za mnie podsumowanie, odwdzięczę się, skarbie”... Cukrowanie trwało około miesiąca. Musiały zrobić rozpoznanie, a gdy tylko uznały, że uwierzyłam w ich dobre intencje, z życzliwych cioć zmieniły się w wiedźmy. I takie już zostały.

„Nie mam czasu cię niańczyć”

Patrycja przez dwa tygodnie prosiła jedną z koleżanek o zestawienie pilnie potrzebne jej do raportu. – Kłamała mi prosto w oczy, że zapomniała zabrać dokumentów z domu, że laptop jej padł, że szef kazał zmienić parametry. Codziennie nowa wymówka, a inne prychały śmiechem za moimi plecami.

W jej dziale pracuje siedem kobiet. Wszystkie starsze i bardziej doświadczone. Ale nie ma mowy, żeby któraś podzieliła się z Patrycją wiedzą. Nie tylko nie ułatwiają jej wykonywania obowiązków, ale wręcz je utrudniają.

– Gdy proszę o pomoc, słyszę: „Nie mam czasu cię niańczyć”. Podejrzewam, że wyczyściły mi kontakty ze służbowego telefonu. Po trzech miesiącach „zginął” mi też zeszyt z namiarami klientów. W ogóle często coś znika z mojego biurka, a magazynierka powiedziała, że trzeciego zszywacza nie wyda. I ponieważ tyle gubię, rzeczy będę musiała kupować sobie sama.

O ile chowanie zszywaczy można uznać za głupie wybryki, to torpedowanie efektów pracy Patrycja nazywa wprost mobbingiem.

– Celowo ośmieszyły mnie przed zarządem. Nie dały mi skończyć prezentacji, zakrzyczały, że źle ją przygotowałam. Wciąż biegają do szefa na skargę, zrzucają na mnie winę za niepowodzenia i zawalanie terminów.

O uwagach wypowiadanych za plecami na temat tego, z kim spałam, żeby dostać etat, nie chce mi się nawet wspominać – Patrycja nie wierzy, że coś się zmieni. – Jedna zrobiła mi awanturę o to, że za głośno skrzypię flamastrem po papierze, a to przeszkadza jej myśleć. Kiedy w upał przyszłam w mini, cały dział przewracał oczami, a potem usłyszałam, że chyba pomyliłam biuro z plażą. Jak się  o tym opowiada, to może śmiesznie brzmi, ale spędzam z nimi osiem godzin dziennie i cały czas czekam spięta, do czego się za chwilę przyczepią i co nagadają szefowi. Nie mam już siły.

Praca? Tylko nie z kobietą!

Chociaż w firmie potrafimy się do siebie miło uśmiechać, za plecami trzymamy naostrzony nóż – taki obraz wyłania się z badań. Nie tylko plotkujemy złośliwie o współpracownicach, ale podkradamy im pomysły, zakładamy „getta” biurowe, gnębimy i donosimy na nielubiane koleżanki.

Aż 91 proc. kobiet wykonujących różne zawody stwierdziło, że największych szykan i aroganckiego traktowania doświadczyły w pracy ze strony własnej płci. Dlatego blisko 1/3 Polek, gdyby tylko mogły wybierać, absolutnie nie zgodziłoby się na szefa-kobietę, a tylko 17 proc. z nas jest gotowych dobrowolnie współpracować z przedstawicielkami płci pięknej. A kiedy już zmuszone jesteśmy dzielić firmową przestrzeń, zaczynamy być agresywne.

Tutaj najczęściej spotkamy się z trzema typami żeńskich wojowniczek. Pierwsza to pozornie miła, naprawdę zaś dwulicowa plotkara. Druga zwana jest „snajperką”, ponieważ ukryta w biurowym tłumie po cichu podrzuca „minę”, która ma unicestwić ofiarę. Trzecia działa niczym sabotażystka. Nie przekazuje celowo poleceń zwierzchnika, nie informuje o ważnych wydarzeniach czy po kryjomu chowa lub niszczy cudze dokumenty.

Na szczęście nie wszyscy badacze widzą w nas tylko biurowe harpie. Jako kobiety potrafimy być solidarne i nawiązywać silne więzi emocjonalne. Wiele zależy od tego, jakie standardy panują w firmie i jakie zachowania tolerują przełożeni. Okazuje się, że zamieniamy się w łagodne baranki, jeśli tylko znikają znienawidzone przez nas struktury hierarchii.

O wiele wydajniejsze jesteśmy na egalitarnych stanowiskach, w tzw. strukturach płaskich, kiedy każdy ma swoją funkcję, a o większości spraw decyduje się w sposób demokratyczny. Wtedy między współpracowniczkami panuje równość, a nawet zażyłość, bo przecież generalnie zależy nam na dobrych relacjach, także w pracy.

Opinia eksperta: Matka czy bizneswoman?

Czy Polka w biurze zachowuje się jak na wojnie?

Dorota Wiśniewska-Juszczak: - Z badań, które robiłam na potrzeby raportu „Kobiety i władza w biznesie” z dr hab. Beatą Krzywosz-Rynkiewicz, wynika, że budując zawodową pozycję, często sięgamy po twarde, męskie zachowania. Widać to zwłaszcza wśród menedżerek średniego szczebla.

- Panie dopiero zaczynające pracę i te na szczytach władzy są bardziej empatyczne, nie wywierają aż takiej presji. Być może dlatego, że na średnim szczeblu jest najbardziej tłoczno, więc panuje tam największa rywalizacja. Ale przez swoją twardość kobiety trochę przegrywają. Od nich oczekuje się jednak miękkości, tzw. inteligencji społecznej. Ostre zawodniczki tracą wiarygodność, bo przekroczyły pewną normę.

Z obserwacji socjologów wynika, że jesteśmy podenerwowane w pracy i w domu. A nasza agresja nasila się od kilkudziesięciu lat.

- Przez wieki piastowałyśmy tylko jedną rolę – matki i żony. Druga – profesjonalistki – pojawiła się stosunkowo niedawno. Jako matki powinnyśmy być łagodne, czułe i empatyczne. Jako bizneswoman natomiast silne i skuteczne, nastawione na cele, mniej na ludzi.

Jak pogodzić te role, skoro nawzajem się wykluczają?

- Matki pracujące każdego dnia przeżywają swoiste dylematy. Chcą być profesjonalne, rozwijać się, robić karierę, awansować. Ale z drugiej strony widzą, że to negatywnie wpływa na ich dzieci. Że przez pracę są mniej uważne na potrzeby rodziny, że wyrabiają w sobie cechy, które wcale nie sprawdzają się w domu.

- To może rodzić ich frustrację i być powodem gniewu, który znajduje ostateczne ujście w agresji. Zwłaszcza w złości wobec tych kobiet, które przyjmują tylko jedną rolę – są matkami albo postawiły wyłącznie na karierę. Ponieważ usiłujemy sobie wytłumaczyć, że podjęłyśmy jedyną słuszną decyzję, reagujemy złością na te, które poszły naszym zdaniem na skróty.

Pobyt u rodziny męża kosztuje mnie wiele zdrowia

Hanna, 43 lata, teściowa okazuje jej niechęć

- Łagodność i uległość są coraz mniej cenione jako atrybut kobiecości. Jak tłumaczą socjologowie, panowie coraz częściej poszukują przebojowych kobiet, które będą umiały lepiej zadbać o interesy rodziny niż oni sami.

- Każdy wyjazd do matki męża powoduje, że mam nerwy w strzępach. Nie mogę spać, dostaję rozstroju żołądka. Oczywiście, teściowa narzeka, że pewnie nie smakują mi jej obiady, więc zmuszam się do jedzenia, a to tylko pogarsza sytuację – Hanna krzywi się na samo wspomnienie.

– Dla teściowej i szwagierek gotowanie jest jak religia. Pół życia spędzają w kuchni, pichcąc w hurtowych ilościach. Ja od 22 lat nie jadam mięsa. Gdy teściowa się o tym dowiedziała, zrobiła wielkie oczy i zapytała, czy mam zamiar przekabacić jej syna na przeżuwanie trawy. To była nasza pierwsza scysja, do której wracamy niemal przy każdym posiłku. Bo ona zawsze usiłuje przemycić w potrawach dla mnie, a to smalec, a to skwareczkę albo kawałek siekanego kurczaka. A gdy zwracam jej uwagę, mówi, że martwi się o moje zdrowie, tylko ja oczywiście tego nie doceniam.

Z pierwszego związku Hanna ma 16-letniego syna. I to też jest powód do kłótni. – Wojtek po pytaniach teściowej, co robiła mamusia, że tatuś ją zostawił, odburknął, żeby dała mu spokój. Awanturę o to, że źle wychowałam dziecko, słyszało całe miasteczko.

- Już na pierwszej wizycie teściowa odniosła się do mnie wrogo. Ani razu się nie uśmiechnęła. Mąż musiał wysłuchiwać, że wziął rozwódkę z dzieckiem, a tyle panien na niego czekało. I że nawet dziecka mu nie urodzę, bo jestem za stara. Obie siostry męża także okazują jej jawną wrogość: – Klony matki. Próbowałam do nich dotrzeć, bo wydawało mi się, że z racji podobnego wieku lepiej się dogadamy.

- Gdy zaproponowałam im pójście na kawę, usłyszałam, że tak nie uda mi się rozbić jedności rodziny. Hanna usiłowała przekonać teściową, że jej synowi nie dzieje się krzywda. Dlatego zaprosiła ją na kilka dni do siebie. – Nic jej się nie podobało. Ostentacyjnie zażywała rapacholin, że niby moje sałaty szkodzą jej na wątrobę. Jeśli już się do mnie odzywała, to była to wyłącznie krytyka.

- Kto to widział malować ściany na szaro jak w więzieniu?! Dlaczego nie mamy firanek? U schludnej gospodyni zawsze są firanki! Wojtek lubi gry komputerowe, a one rozwijają agresję! Czy chcę mordercę wychować?... Po tygodniu byłam wykończona.

- Na święta wprawdzie musimy ją odwiedzać, ale zawsze mogę czymś się wykręcić i wcześniej wyjechać. Mąż tłumaczy, że matka zmieniła się po śmierci ojca. On miał na nią kojący wpływ, a teraz zgorzkniała i czepia się wszystkiego. Zaciskam zęby i myślę, że to nieszczęśliwy człowiek. Ale czemu jest dla mnie taka okropna?

Wojna domowa

Dr Agata Stanisz z Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM zbadała ponad 100 polskich rodzin, a wyniki swojej pracy opublikowała w książce „Rodzina. Made in Poland”. Stworzyła w niej m.in. teorię „antysiostrzeństwa”.

Według niej sfera domowa (zwłaszcza macierzyństwo) to pole zaciętej żeńskiej rywalizacji. Najsilniejsze tarcia występują w rodzinach wielopokoleniowych, a stronami konfliktu są kobiety pochodzące z różnych domów. O ile napięcia między matkami i córkami łagodzone są przez miłość i zażyłość, to tych składników brakuje w relacjach między synowymi a teściowymi czy żonami braci.

I tu właśnie zaczyna się cicha walka o to, kto jest lepszą matką, kucharką czy żoną. Z książki dr Stanisz wyłania się dość ponury obraz Polek, z których wiele oświadcza wprost, że „inne kobiety są głupie, zazdrosne, marudne i preferują relacje z mężczyznami”.

Rzeczywiście, zachowujemy się lojalniej wobec mężczyzn niż wobec siebie, nawet w sytuacjach, kiedy to działa na naszą niekorzyść. Niezwykle surowo oceniamy własną płeć, jednocześnie panom wybaczając wiele grzechów. Jesteśmy wobec siebie mało tolerancyjne.

Nie potrafimy akceptować różnic – osoby inne od nas od razu skreślamy, bo najlepiej czujemy się w towarzystwie tych, które ubierają się, myślą i postępują podobnie. Może jednak czas się przekonać, że inna nie znaczy gorsza i obca. Może warto dowiedzieć się, czy możemy się od siebie czegoś nauczyć, zamiast wciąż ze sobą rywalizować?

Nauczmy nasze córki kobiecej solidarności

Olivia: Dlaczego mężczyźni potrafią się wspierać, a kobiety ze sobą walczą?

Joanna Roszak: - Nie jest tak, że mężczyźni się popierają, podczas gdy kobiety tylko rywalizują. Mężczyźni również konkurują na wielu płaszczyznach. W skali mikro wszczynają bójki na ulicy, a w makro – wywołują wojny. Jednak faktycznie, mają większą skłonność do wspierania „swojaków”, tworząc tak zwane „boys’ clubs” czy „republiki kolesi”.

- Może to wynikać z faktu, że przez lata nauczyli się, iż tak jest po prostu łatwiej przetrwać. Taka strategia przynosi więcej korzyści np. w postaci awansu zawodowego, możliwości czerpania z doświadczeń tych, którzy dotarli wyżej, wymiany przysług.

Co w takim razie powinnyśmy przekazać córkom, żeby nauczyć je kobiecej solidarności?

- Przede wszystkim powinnyśmy uczyć nasze dzieci, niezależnie od tego, czy są chłopcami, czy dziewczynkami, szacunku do samych siebie. Tego, że są wartościowe i kochamy je za samo istnienie, a nie dlatego, że spełniają nasze oczekiwania. Nie powinnyśmy narzucać im tradycyjnych ról związanych z płcią, bo sztywny podział świata na „kobiecy” i „męski” jest szkodliwy i ograniczający.

- Ucząc syna, że „chłopaki nie płaczą”, hodujemy potworka, który będzie wstydził się pokazywać emocje. Wpajając córce, że nie powinna być zdecydowana i zasadnicza, bo kobiety są ugodowe i miłe, możliwe, że komplikujemy jej dorosłe życie.

- Może się zdarzyć, że nie dokona potem wyborów zgodnych ze swoimi przekonaniami. A swe niezadowolenie może skierować w stronę tych kobiet, które w przeciwieństwie do niej ośmieliły się być wolne i żyć po swojemu. W ten sposób będzie usiłowała „karać” je za swoje rozczarowania i niepowodzenia.

- Presja środowiska, jego oczekiwania to potężne narzędzia wpływu. Postarajmy się, by dzieci umiały być wobec nich krytyczne. A pozytywny wizerunek samej siebie najlepiej zabezpiecza nie tylko przed nadmierną samokrytyką, ale też przed wyładowaniem frustracji na innych.

Dr Joanna Roszak - psycholożka ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie

Dowiedz się więcej na temat: wojna | Nie | O | Sia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje