Wybaczanie rodzicom uzdrawia nas samych

"Mama nie uczyła mnie postępować z mężczyznami", "Tata nigdy mnie nie przytulał"... Za swoje klęski często obwiniamy rodziców. Dla własnego dobra lepiej z tym skończyć!

Katarzyna Troszczyńska: Zapytam wprost. Czy powinniśmy wybaczyć rodzicom ich błędy?

Reklama

Olgierd Benedyktowicz: - Oczywiście. Powinniśmy rozliczyć się z nimi, wybaczyć i żyć dalej - bez zbędnego bagażu wspomnień czy ran. A pierwszym krokiem do wybaczenia jest przyjrzenie się sobie. Zadajmy sobie pytanie: dlaczego jestem, jaka jestem. Co myślę o miłości, sukcesie, przyjaźni, innych ludziach? Skąd się biorą moje poglądy typu: "mężczyźni zawsze zawodzą", "nie należy wyskakiwać przed szereg"? Nie żyjemy w próżni, rodzina dała nam duchowy spadek. To są nasze przekonania, hierarchia wartości, uprzedzenia i oczywiście lęki. Jedna z moich pacjentek żaliła się, że nie dostała awansu. Otrzymała go koleżanka, która pracuje w firmie od niedawna. Moja pacjentka mówiła: "Nie potrafię niczego osiągnąć, stoję w miejscu". Spytałem: "Ale co panią powstrzymuje, by porozmawiać o tym z szefem?". Była zdziwiona, że w ogóle wpadło mi do głowy takie rozwiązanie. I nagle olśnienie: "To dlatego, że mama we mnie nie wierzyła! Gdy postanowiłam zdawać na prawo, powiedziała, że po co mi to? Przecież nie dam rady! Wciąż powtarzała: uważaj. Przez nią taka jestem".

Często mówimy: "Przyciągam nieodpowiednich facetów, bo tata mnie nie kochał", "Nie potrafię walczyć o swoje, mam to po mojej mamie".

- Krytykujemy swoich rodziców, choć nie zawsze rozumiemy, jak wpływa na nas na przykład fakt, że mama była podporządkowana ojcu. Kobiety, które zwracają się do mnie o pomoc, cierpią, lecz nie zawsze wiedzą dlaczego. Często się skarżą: "Matka wciąż się czepia", "Ojciec nigdy mnie nie przytulił, zawsze wolał brata". Jest w nich złość, a jednocześnie potrzeba, żeby tym rodzicom imponować. Tymczasem dobrze jest zrozumieć, że jesteśmy już dorośli i nie musimy nikomu imponować. Inne kobiety to te "świadome". Wiedzą, jakie matka lub ojciec popełnili błędy w ich wychowaniu. I co więcej, są przekonane, że odcięły się od przeszłości. "Dawno postanowiłam, że nie będę żyła jak matka" - mówi czterdziestoletnia pracoholiczka. Nie widzi, że wybrała skrajność, która niszczy ją, podobnie jak matkę. Towarzyszą im te same emocje: brak spełnienia, tęsknota. Córka ma ciągle żal, że matka nie pokazała jej, kim jest silna kobieta. Bo zapędzała do kuchni, przekonywała, że najważniejsze to dobry mąż. A gdy córka dorosła, wyrzucała jej: "Poświęciłam dla ciebie wszystko". Inna pacjentka opowiada, że boi się szefa. W jego obecności jest zastraszoną podwładną bojącą się pisnąć słówko. "Mój tata był despotą. Z szefem czuję się jak z ojcem. Łamie mi się głos, gdy z nim rozmawiam" - tłumaczy. Oczywiście, jako terapeuta rozumiem te uczucia, ból zranionego dziecka. Ale jako psycholog wiem, co się kryje za takim mówieniem.

To, że lubimy stawiać się w roli ofiary?

- Tak, bo wtedy nie my jesteśmy odpowiedzialni za swoje problemy, tylko oni - nasi rodzice. Mamy pretekst do ciągłego usprawiedliwiania się: "Nie umiem, nie znam się". Przez nich boję się zmian, kocham za mocno lub za mało, nie radzę sobie w pracy, bliscy mnie wykorzystują. To obrona przed dorosłością. Kotwica, która pozwala stać w miejscu. Bo tak jest bezpiecznie. A zmiana nawyków wymaga wysiłku oraz ciężkiej pracy.

Co zatem należałoby zrobić?

- Trzeba powiedzieć sobie uczciwie: "Jestem za siebie odpowiedzialna". To ja wybrałam niewłaściwego partnera, to ja zawalam terminy. Gdy to sobie uświadomimy, nie mamy już innej drogi - musimy się zmienić.

Kiedyś usłyszałam, że dopiero gdy przebaczymy rodzicom, staniemy się naprawdę samodzielni.

- Nie przebaczając, wciąż jesteśmy z nimi związani. Jak dzieci. Jedna z moich pacjentek wciąż narzeka, że mama ją ograniczała. Nie pozwalała spotykać się z chłopakami, wybrała jej kierunek studiów. I co dzieje się teraz? Ta kobieta wciąż tę matkę oszukuje. Zapewnia, że jej związek jest dobry, chociaż dowiedziała się, że mąż ma kochankę. Mówi, że nie leci samolotem na wakacje, bo mama panicznie boi się latania. Zachowuje się jak nastolatka. Żeby nie denerwować mamy, nie wysłuchiwać pretensji. Wciąż jest małą dziewczynką. Gdy spotykam się z takimi sytuacjami, radzę: noś w torbie dużą kokardę, atrybut kilkulatki. Jeśli znów zachowasz się jak dziecko, wyjmij ją i przyjrzyj się jej dokładnie. Pomyśl: "Czy chcę ją nosić? Czy pragnę czuć się jak osoba, która nie ma na nic wpływu, a inni wchodzą mi na głowę? Coś tu nie gra, mam przecież już dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat. Czy chcę się nad sobą użalać i nie być dla nikogo partnerem?".

Ale trudno jest przebaczyć przemoc, alkoholizm, zaniedbywanie. Można sobie mówić: "Powinnam!". Lecz jak to zrobić?

- Przebaczanie jest także trudne, bo niewybaczanie wbrew pozorom czasem daje siłę. Jesteśmy źli, wściekli. A złość pomaga radzić sobie z bólem. Pozwala odciąć się od dużo trudniejszych emocji. Użalanie się nad sobą to coś zupełnie innego niż przeżycie żalu, a potem pójście dalej. Czym to się różni? Żeby mogło być dobrze, najpierw musimy poczuć się źle. Naprawdę źle. Musimy poczuć smutek. Gdy będziemy go maskować wiecznym obwinianiem kogoś innego, utkniemy w miejscu. Wybaczenie to odpuszczenie. Zaakceptowanie przeszłości: "Było jak było, dziś już niczego nie zmienię". To nie jest jednorazowy akt, jak pójście w góry i wykrzyczenie na szczycie: "Przebaczam". To zwykle długi proces. 

Wiele z nas marzy, by rodzic nas przeprosił. Myślimy, że dopiero wtedy będziemy mogli wybaczyć.

- To byłaby sytuacja idealna. Tyle, że często niemożliwa. Bo któreś z rodziców nie żyje lub w inny sposób jest nieobecne. A nawet jeśli do przeprosin dochodzi, z doświadczenia wiem, że rzadko przynoszą zamierzony skutek. Jeżeli powiemy rodzicom, co uczynili źle, spojrzą na nas zaszokowani: "Słuchaj, ale o co ci chodzi? Nie chodź już na żadne terapie, tylko w głowie ci mącą". Albo inaczej: "To ja taką podłą matką byłam? Przecież chciałam dobrze!". To typowe reakcje. Często tłumaczę: nie biegnie się do siedemdziesięcioletniego tatusia i nie oznajmia mu się, że nam zrujnował życie, bo on ma inną optykę. Zwyczajnie nie zrozumie. Chciał dobrze, a i jego też wychowano w taki sposób.

Czasem matka oburza się: "Jak możesz? Ja babci nie potrafiłabym czegoś takiego powiedzieć, nie przeszłoby mi to przez gardło".

- Bo to akurat prawda. Skłonność do szukania winy w rodzicach narodziła się stosunkowo późno, dopiero w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Wtedy ukazała się słynna książka psychoterapeutki Susan Forward "Toksyczni rodzice", która stała się biblią dla ludzi nieszczęśliwych i pogubionych. Nasi dziadkowie, pradziadkowie nie zajmowali się takimi rzeczami jak rozliczenia wewnątrz rodziny. Rodzicom, nawet tym bardzo chłodnym, należały się wdzięczność, szacunek i posłuszeństwo. To też oczywiście nie było dobre, bo bez końca powielało się te same błędy. Świadomość pozwala przerwać zaklęty krąg. Zmieniać się wobec swoich dzieci.

Podobno nic tak nie pomaga jak próby zrozumienia. Znajoma przebaczyła mamie po tym, gdy po jej śmierci przeczytała jej pamiętniki. Okazało się, że ta też całe życie walczyła z chłodem swojej mamy. To koleżance przyniosło ulgę. Zobaczyła w matce małą dziewczynkę. Zrozumiała, z czego wynikało jej zachowanie.

- Dla dziecka matka jest albo dobra, albo zła. Ocenia ją po czynach: mama krzyczy, zabrania, głaszcze, nie pozwala. Dorastając, rozumiemy, że nie poświęcała nam czasu, bo dbała o dom i jeszcze ciężko pracowała, żebyśmy mieli z czego żyć. Jeśli rozumiemy jej motywację, jest nam lżej. Tak samo z alkoholem. Jeśli zobaczymy w ojcu ofiarę nałogu - łatwiej przebaczymy. Oczywiście, rana wciąż w nas jest. Ale już tak nie szarpie, nie dokucza. Bo dochodzi do nas, że dorośli opiekunowie byli bezradni, pełni wątpliwości. Warto poznać historię rodziny. Jak rodzice byli traktowani w dzieciństwie, co ich bolało. O to warto pytać. Tylko nie w stylu: "Czy dziadek cię bił?", lecz: "Opowiedz mi o babci. Co najlepiej pamiętasz z dzieciństwa, co lubiłaś, a czego ci zabraniano"...

Powiedział pan kiedyś, że rozumiemy rodziców naprawdę wtedy, gdy same zostajemy matkami.

- Bo tak jest. Kobieta w ciąży postanawia, że własnemu dziecku zadośćuczyni wszelkie krzywdy. Ma poczucie, że coś zaczyna się od nowa, że dostaje od losu niepowtarzalną szansę. Obiecuje sobie: "Będę inna, dobra, czuła, zawsze stabilna". Niestety, życie brutalnie weryfikuje te marzenia. Nagle nie potrafimy się opanować i dajemy się ponieść emocjom. Krzyczymy na syna i córkę. Manipulujemy, mówiąc na przykład: "Przytul się do mamusi. Nie chcesz? Oj, mamusi jest bardzo przykro, zaraz będzie płakać". Albo po przyjściu z prawłacy jesteśmy tak zmęczeni, że zamiast pobawić się z dzieckiem, włączamy mu bajkę i uciekamy do swojego pokoju. Wtedy zapala się czerwone światełko: "Boże, identycznie robiła moja matka". Albo rzeczywiście postępujemy inaczej. Tylko co z tego? Wpadamy w drugą skrajność i również popełniamy błędy, tyle że inne.

- Córka despotycznego tyrana stanie się matką, która próbuje być najlepszą koleżanką. Pozwalając na wszystko, da zbyt dużo wolności. I potem dziecko będzie rozrabiać w szkole albo będzie wolało spędzać czas z mamą niż z przyjaciółmi w swoim wieku. W gabinecie pedagoga szkolnego taka matka usłyszy: "On nie ma kolegów, bo pani mu ich zastępuje. Tak nie powinno być". Obciążające, prawda? W dodatku nie wiemy, co się stanie z naszym dzieckiem w przyszłości, o co będzie miało pretensje. A przecież tak bardzo chciałyśmy być idealne...

Dlaczego nam nie wychodzi?

- Bo widzimy nagle, jakim wyzwaniem jest macierzyństwo. Jak nasze doświadczenia, temperament czy sytuacja życiowa nam je utrudniają. Pocieszające jest to, że nigdy nie jest za późno na pracę nad sobą. Zawsze jest dobry moment na stawanie się mądrzejszym rodzicem i człowiekiem. Im jesteśmy lepsi, tym więcej ciepła i zrozumienia mamy dla innych. Zawsze powtarzam pacjentom, że rodzice ich kochali. Nawet jak mówili: "Nie idź na te studia, nie dasz rady". Przecież w tym zdaniu zawiera się ogromny lęk matki o to, czy jej córka będzie szczęśliwa. Nawet jeśli matka podcinała skrzydła, to jej motywacją najczęściej były miłość i troska. Szkoda, że tak bardzo niefortunnie wyrażona.

Możemy zawsze powiedzieć sobie: "Ona kochała mnie tak, jak potrafiła".

- Na początku boli nas, że mamie brak było wyczucia, ale z czasem pojawi się akceptacja. Przebaczając, dostrzegamy dobre rzeczy. Kiedyś powiedzielibyśmy: "Ona zmuszała mnie do ćwiczenia gam całymi dniami". Dziś powiemy: "Dzięki niej jestem zdyscyplinowana i gram na fortepianie". Czasem warto podziękować rodzicom naprawdę. To ma uzdrawiający wpływ nie tylko na relację z nimi, ale na nas samych.

A metoda pisania listu do rodziców?

- Istnieją rzeczywiście techniki terapeutyczne zalecane przez psychologów, które pomagają uporządkować emocje. Jedną z nich jest list np. do ojca. Opisujemy w nim fakty: zachowania taty z przeszłości, nasze uczucia, które się z tym wiązały, oraz to, jak wpłynęły na nasze życie. Chodzi o chłodną analizę relacji rodzic - dziecko. "Byłeś krytyczny, zdystansowany, nie doceniałeś mnie. Dlatego wciąż czuję, że nie zasługuję na szczęście. Bez przerwy poszukuję akceptacji". Potem dla równowagi piszemy drugi list. I to będzie trudne, bo jego celem jest wyliczenie pozytywnych rzeczy. Skrzywdzonemu dziecku wydaje się to prawie niemożliwe?

- Uwierzmy, że każdy dostał coś dobrego. Ojciec wymagający od nas aktywności, marzący, by jego córka stała się kimś, sprawił, że jesteśmy wysportowane, znamy języki obce. Napiszmy więc: "Dzięki tobie jestem ambitna, dobrze pływam, jeżdżę na nartach, uprawiam wspinaczkę". Albo: "Dzięki tobie robię karierę". A jeśli już w żaden sposób nie potrafimy napisać niczego dobrego, spróbujmy znaleźć "anioła" z dzieciństwa: ciocię, życzliwą sąsiadkę, nauczycielkę, mamę przyjaciółki. Osobę, która pomagała nam we wszystkich trudnych momentach. Chodzi o to, żeby definitywnie zrezygnować z wygodnej roli ofiary. Dla kogoś przecież byłyśmy ważne, skoro nas wspierał. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że to niełatwe. Ale proces przebaczenia jest próbą zmiany spojrzenia. Powiedzenia: "Bolało mnie, że piłeś, ale dzięki temu wyrosłam na zaradnego i samodzielnego człowieka. Umiem dbać o innych, jestem empatyczna".

Wysyłamy taki list?

- Nie, raczej nie. Bo może wywołać taki rozczarowujący efekt jak rozmowa w cztery oczy, o czym wspominałem wcześniej. Ale to indywidualna sprawa, więc proponuję zdać się na własny instynkt. Niektórzy terapeuci z powodzeniem stosują też technikę dwóch krzeseł. Można ją wypróbować w domu. Na początek spisujemy na kartce listę zarzutów. Potem ustawiamy naprzeciwko siebie dwa krzesła. Usiądźmy na jednym, a na drugim wyobraźmy sobie tatę albo mamę. Odczytajmy zarzuty na głos, wyrzućmy, co nam leży na sercu. Unikniemy konfliktu, rozgoryczenia, a jednocześnie skonfrontujemy się z naszymi zarzutami.

Dlaczego ta metoda działa?

- Dorastamy, przechodząc ten bolesny proces: od uświadomienia sobie, czego rodzice nam nie dali i jak to na nas wpływa, po akceptację. Teraz jednak nadchodzi pora, by znaleźć dorosły sposób na zaspokojenie niezrealizowanych w dzieciństwie potrzeb. Jeśli brakowało nam poczucia bezpieczeństwa, budujmy sami lub z pomocą bliskich poczucie stabilizacji. Unikajmy nieprzewidywalnych ludzi i sytuacji, szukajmy spokoju. Widzi pani, na czym polega różnica? Mała dziewczynka się użala. Otoczenie próbuje jej pomóc, ale ona bez przerwy wiąże się z tym samym typem toksycznego mężczyzny, który zaciąga długi, porzuca pracę. Nie można na nią liczyć. Z terapii ucieka. Dorosła kobieta postępuje inaczej: bierze sprawy w swoje ręce, zostawia mężczyznę, który ją rani. Zrywa z pseudoprzyjaciółmi, na których nie może polegać. Albo próbuje to uczynić i zapisuje się na terapię lub warsztaty. A jeżeli mieszka w małym miasteczku, czyta poradniki napisane przez ludzi, którym udało się przezwyciężyć nawyki. Działa bez względu na to, jak wielka krzywda ją spotkała.

Czy gdy wybaczymy rodzicom, zmieniają się nasze relacje z przyjaciółmi, współpracownikami, partnerem życiowym?

- Oczywiście. Przestaniemy bać się szefa, a nawet jeśli on uruchomi w nas dawny mechanizm, zapanujemy nad tym. "Spokojnie, to tylko praca. Nie muszę czekać na jego pochwały. Są miłe, ale czy idą za nimi czyny, np. podwyżka?". Gdy kobieta "dorasta", nie daje sobie mydlić oczu. Zaczyna postępować asertywnie, a to działa na innych. Tak naprawdę nikt nie szanuje małych dziewczynek w ciele dorosłych kobiet. Rodzicom wybaczamy przede wszystkim po to, żeby żyło nam się lepiej i łatwiej.





Dowiedz się więcej na temat: córka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje