Wypalenie zawodowe – czy można mu zapobiec?

Dawniej do pracy szłaś z ochotą. Teraz na myśl o poniedziałku czujesz, jak uchodzi z ciebie energia. Co się stało? Prawdopodobnie wzięłaś zbyt dużo na swoje barki. Dowiedz się, jak sobie pomóc.

Objawy przemęczenia mogą pojawić się nagle, choć pracujemy na nie latami. Sygnałami ostrzegawczymi są kłopoty ze zdrowiem i zmęczenie, które nie ustępuje nawet po dłuższym odpoczynku. Najbardziej narażeni na nie są ludzie, którzy codziennie mają kontakt z innymi i pełnią wobec nich funkcje usługowe (m.in.: przedstawiciele handlowi, pracownicy socjalni, lekarze, policjanci). Drugim czynnikiem jest przeciążenie obowiązkami. W Polsce już 25 proc. zatrudnionych cierpi na ten niebezpieczny syndrom.

Obowiązki w szpitalu wykonuję jak robot

Reklama

Karina, 28 lat, pielęgniarka, chce odejść z zawodu

Pielęgniarstwo wybrałam nieprzypadkowo: chciałam czuć się potrzebna, wierzyłam, że pomaganie ma sens. Dzisiaj mogę się tylko śmiać z własnej naiwności. Choć wciąż uważam, że to szlachetne zajęcie, to muszę dodać: nie w tych warunkach, nie za takie pieniądze i nie przy takiej organizacji. Pracuję w systemie 12-godzinnych dyżurów. Dorabiam też prywatnymi zleceniami, bo z pensji nie sposób się utrzymać. Czasem naprawdę mam wszystkiego dość. Jak więc mogę dobrze opiekować się chorymi?

Zobojętniałam na pacjentów

W tygodniu spędzam w szpitalu 60 godzin. Na oddziale mam pod swoją pieczą 15 chorych, nocami dochodzą prywatne dyżury. Pamiętam, że gdy niedawno trafiła mi się wolna sobota, zdałam sobie sprawę, jak rzadko bywam we własnym mieszkaniu. Bez przerwy jestem zmęczona, wysiada mi kręgosłup. Zasypiam w sekundę, ale nie wstaję wypoczęta, najczęściej budzę się z migreną. I ze świadomością, że znów muszę pędzić do roboty. Kiedyś była to myśl, która dodawała mi energii. Teraz marzę o jednym: obrócić się na drugi bok, zawinąć w kołdrę i znowu zasnąć.

Czuję się przytłoczona agresją, która mnie spotyka. Chorzy każdego dnia mi wymyślają, a ich bliscy mają pretensję dosłownie o każdy drobiazg. Nieważne, ile godzin spędzę na podawaniu leków, słaniu łóżek, wyjaśnianiu każdej rzeczy, przygotowaniu do badań, zmienianiu opatrunków, kroplówek. Pacjenci wciąż są niezadowoleni. A na pielęgniarce zawsze można się bezkarnie wyżyć, bo lekarzom większość ludzi boi się zrobić awanturę. Często obrywam za coś, co nie jest moją winą: niesmaczne jedzenie, podartą pościel, zbyt jaskrawe światło. Bywam tak zdenerwowana, że często nie mogę zrobić banalnego wkłucia, bo trzęsą mi się ręce. A po godzinach czekają jeszcze stosy dokumentów do wypełnienia.

Zauważyłam, że obojętnieję na chorych. Ich bezradność nie wzbudza we mnie współczucia tylko irytację. Swoje obowiązki wykonuję jak robot, byle się nikt nie przyczepił. Z przemęczenia zdarza mi się popełniać błędy, ostatnio na przykład pomyliłam leki pacjentów. Na szczęście nie było to groźne w skutkach. Gdyby choć pieniądze mogły mi zrekompensować ten stres! Ale po opłaceniu rachunków na życie zostają mi marne grosze. Jak długo można pracować, nie czerpiąc z tego satysfakcji? Jak w ogóle można tak żyć?

Porada eksperta: Sławomira Rozbicka, psycholog

Bez zawodowej satysfakcji można żyć i pracować bardzo długo... Zależy to od naszej indywidualnej wytrzymałości, charakteru oraz takich czynników, jak wsparcie bliskich, czerpanie radości z innych rzeczy niż praca. Problem tkwi w tym, że przestała się pani godzić na takie życie, a organizm oraz psychika stanowczo domagają się odpoczynku. Najważniejsze teraz to zmniejszenie obciążenia obowiązkami. Może da się zrezygnować z części dodatkowych dyżurów? Rozumiem, że ze względów finansowych takie rozwiązanie wydaje się mało realne. Ale jeśli nie ograniczy pani godzin pracy, to zmęczenie wcześniej czy później da znać o sobie, a jego skutki mogą tym razem być tragiczne. Wówczas możliwość zarobkowania i tak się skończy. Jeśli odpoczynek nie przywróci pani sił, dobrze byłoby rozważyć bardziej radykalne rozwiązanie, np. odejście ze szpitala. Pielęgniarki są zatrudniane w prywatnych placówkach, choćby w domach opieki i przychodniach, gdzie pensje są wyższe niż w publicznej służbie zdrowia. Pani atutem nie jest tylko wykształcenie, ale i młody wiek. On pozwoli na szybkie oraz bezbolesne przekwalifikowanie, gdy tylko podejmie pani taką decyzję.

Wytrąca mnie z równowagi byle drobiazg

Urszula, 33 lata, czuje się przemęczona

Kiedy moja kuzynka wyjeżdżała na stałe za granicę, zaproponowała, że zostawi mi swoją firmę cateringową. Wtedy byłam zachwycona i uznałam, że ta propozycja spadła mi z nieba. Bałam się tylko, że nie będę miała wielu zamówień. Ale o to akurat martwiłam się niepotrzebnie. Problemem jest nadmiar zleceń, a nie ich brak!

Mąż mówi, że nie jestem sobą

Własny biznes oznacza, że jesteś w pracy dwadzieścia cztery godziny na dobę. W takiej firmie sezon trwa okrągły rok, niczego nie można zrobić na zapas. W dodatku przez dwa lata nie udało mi się powiększyć zespołu. Może zabrakło mi szczęścia? Osoby, które zatrudniałam, były albo nieuczciwe, albo miały dwie lewe ręce. Zupełnie nie mogłam na nich polegać. W rezultacie, gdy zbliża się np. okres komunii i świąt, zapędzam do roboty mamę, wszystkie ciotki i kuzynki. Zdarza się, że jestem zmuszona odmawiać nawet stałym klientom. Wprawdzie ryzykuję, że już więcej mnie nie wynajmą, ale nie mogę obsłużyć więcej niż pięć uroczystości tygodniowo.

Rodzina zeszła na dalszy plan, synkiem zajmuje się mąż na zmianę z babciami, bo nawet w weekendy wracam do domu około północy. Zrobiłam się drażliwa, byle drobiazg wytrąca mnie z równowagi. Cierpię na bezsenność i jeżeli uda mi się zdrzemnąć na cztery godziny, wybudzam się nad ranem i zaczynam nerwowo wiercić się na łóżku. Rozmyślam, czy zdążę na czas, czy dostawca przywiezie świeże owoce, czy znowu będę musiała je odesłać. Gryzę się zaległymi fakturami, bo klienci rzadko płacą w terminie. Mąż mówi, że wolał, kiedy pracowałam w biurze. Wprawdzie wtedy ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, lecz przynajmniej miałam więcej czasu dla bliskich. Pewnie nie powinnam się tak zamartwiać, ale już taka jestem, że muszę osobiście wszystkiego dopilnować. Chciałam być niezależna, ale moje życie powoli staje się nie do zniesienia.

Porada eksperta: Iza K urzejewska, psycholog

Nieświadomie trafnie zdiagnozowała pani przyczyny trudnej sytuacji, w której się znalazła. Pierwszą z nich jest nieumiejętność doboru współpracowników i delegowania zadań, drugą - perfekcjonizm. Bardzo możliwe zresztą, że jedno wynika z drugiego. Stawianie sobie wysokich wymagań i potrzeba dopilnowania każdego szczegółu sprawiają, że nie umie pani nikomu zaufać. To jednak jest konieczne, jeśli chce pani dalej prowadzić firmę i pogodzić zawodowe zobowiązania z życiem rodzinnym. Na rynku jest z pewnością wielu dobrych fachowców, więc wysiłek włożony w znalezienie osoby profesjonalnej i uczciwej z pewnością się opłaci. Jeśli ciężko pani zdecydować się na kogoś obcego, może kuzynka lub ciocia, która pomaga w firmie w podbramkowych sytuacjach, stanie się pani stałym współpracownikiem i odciąży panią w obowiązkach?

Coraz częściej myślę: po co mam się starać?

Aneta, 41 lat, nauczycielka, straciła motywację do pracy

Moi byli uczniowie wciąż utrzymują ze mną kontakt. Wielokrotnie słyszałam od nich, że dzięki mnie pokochali książki, że wiele mi zawdzięczają. W momentach kryzysu przypominam sobie ich wszystkie komplementy i miłe słowa. Tylko dzięki takim wspomnieniom nie porzuciłam jeszcze nauczania. Bo ciężkie chwile zdarzają mi się coraz częściej.

Na co komu ortografia?

Od dwóch lat praca przestała mnie cieszyć. Stała się rutyną, sposobem zarabiania pieniędzy. Nie mam sił, żeby robić cokolwiek ponad to, czego wymaga ode mnie program. Kiedyś było zupełnie inaczej. Prowadziłam szkolny teatrzyk i kółko literackie. Zostawałam z uczniami po lekcjach, choć nie płacono mi za nadgodziny. Miałam talent do wyszukiwania zdolnych polonistów, wielu z nich zostawało laureatami konkursów i olimpiad. Nie zapomnę swojego wzruszenia, kiedy dyrektorka liceum odchodząc na emeryturę, wyznała, że uważa mnie za pedagoga obdarzonego rzadkim talentem. "Jesteś nauczycielem z powołania. A uwierz, że takich jest mało".

Nieraz zastanawiałam się, kiedy straciłam swój dar i dlaczego? Może człowiek zaprogramowany jest tylko na określoną ilość wysiłku, a ja wyrobiłam już swoją normę? Cza-sami myślę, że błędem było wzięcie dodatkowych zajęć w liceum dla dorosłych. To wówczas pojawiły się u mnie objawy chronicznego zmęczenia: bóle kręgosłupa i stawów, migreny, niespokojny sen. O nas, nauczycielach, mówi się, że mamy najdłuższe na świecie wakacje. Tylko nikt nie bierze pod uwagę, że nie kończymy pracy wraz z ostatnim dzwonkiem. Ja zawsze miałam co robić: dokształcałam się, ślęczałam nad sprawdzianami, przygotowywałam się do lekcji, kombinowałam, czym je urozmaicić. Do kursów dla dorosłych podeszłam z entuzjazmem, ale szybko zostałam sprowadzona na ziemię. Dojrzali ludzie nie pragną wyzwań. Idą do szkoły, bo kazano im uzupełnić wykształcenie, i największy talent pedagogiczny niewiele tutaj zdziała.

Podczas lekcji odpływam myślami, coraz częściej zerkam na zegarek. Zapominam imion i nazwisk uczniów, zaczęłam mieć kłopoty z koncentracją. Straciłam motywację i zapał. Ogarniają mnie wątpliwości. Uczniowie coraz mniej czytają, większość lektur wydaje im się przestarzała i nudna. Zadają mi pytania, po co wkuwać zasady ortografii, skoro są już programy komputerowe korygujące błędy. Dawniej próbowałabym znaleźć jakieś rozwiązanie. Teraz wzruszam ramionami: po co się starać? W niedzielę wieczorem myślę tylko o bólu głowy, który pojawi się, gdy tylko przekroczę próg szkoły i usłyszę znajomy hałas...

Porada eksperta: Ryszard Lichuta, psycholog

Jedną z przyczyn wypalenia zawodowego jest, oprócz przeciążenia obowiązkami, tzw. niedopasowanie. Pojawia się ono, gdy np. czujemy, że mamy mały wpływ na rzeczywistość lub między pracą a naszymi przekonaniami zachodzi konflikt wartości. Niedopasowanie występuje również w sytuacji, kiedy nasze cechy charakteru i wykształcenie nie odpowiadają wymogom na danym stanowisku. To sprawia, że trudno nam zaangażować się, osiągać dobre wyniki, a w rezultacie nie czerpiemy z pracy zadowolenia. Jeśli chodzi o opisaną przez panią historię, charakterystyczne jest też to, że symptomy zniechęcenia pojawiły się wraz z rozpoczęciem prowadzenia kursów dla dorosłych.

Podejrzewam, że w tym przypadku problemem jest współpraca z grupą dojrzałych uczniów, którzy mają odmienne podejście do nauki niż to, do którego pani przywykła. Sama pani mówi, że nie pragną wyzwań, tylko zaliczenia przedmiotu. Ich niechętna lub obojętna postawa sprawiła, że pani motywacja spadła do zera. Prawdopodobnie należy pani do osób, które do działania potrzebują akceptacji z zewnątrz. Wprawdzie dużo trudniej o takie uznanie w szkole, do której ludzie zapisują się raczej z konieczności niż chęci, ale chyba warto przypomnieć sobie umiejętność twórczego nauczania. Być może oporny materiał stanie się impulsem do szukania kreatywnych rozwiązań? Gdyby nie udało się pokonać frustracji, proszę rozważyć rezygnację z weekendowych kursów. Niedopasowanie bowiem należy zwalczać bardziej radykalnymi środkami niż ograniczanie ilości zajęć. Skupienie się na młodszych uczniach, z którymi dobrze się pani dogaduje, powinno pomóc w powrocie do formy.

Maria Barcz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje