Zalety życia bez smartfona

Nie rozstajesz się z laptopem, twoje dziecko wciąż surfuje po sieci. Jak odnaleźć równowagę w cyfrowym świecie, radzi William Powers, amerykański dziennikarz, autor bestsellera "Wyloguj się do życia".

Zuzanna O’Brien: Co rozumie pan, pisząc, że z internetu należy mądrze korzystać?

Reklama

William Powers: - Jeżeli odczuwasz ciągłą potrzebę łączności z wirtualnym światem, a zaniedbujesz normalne kontakty, to znaczy, że balans między twoim życiem w sieci a tym prawdziwym, został zachwiany. Dobrze byłoby zacząć od ograniczenia czasu spędzonego na Facebooku na rzecz rozmów twarzą w twarz. Skupieniu się na ludziach, którzy są obok. Zauważeniu, że kwiaty zakwitły nie tylko na zdjęciach wysyłanych przez znajomych. Nieustanny cyfrowy strumień jest atrakcyjny, ale dla własnego dobra powinniśmy go czasem opuszczać. Dlatego że przytłacza, kradnie czas. Chociaż stwarza iluzję bliskiego obcowania z ludźmi, sprawia, że jesteśmy samotni, a nasze relacje stają się powierzchowne.

Nie lepiej w takim razie całkiem zrezygnować z mediów społecznościowych?

- Uważam, że człowiek, który się od nich zupełnie odcina, wiele traci. To wspaniały wynalazek, który wywiera ogromny wpływ na politykę, kulturę, przepływ informacji. Poznałem tam fascynujących ludzi, z którymi nigdy nie miałbym szans zetknąć się osobiście. Problem zaczyna się, kiedy obojętniejesz na bodźce płynące z zewnątrz. Pierwsze, co robisz rano, to logowanie się. Na spacerze z ukochanym robicie sobie zdjęcia po to, by natychmiast pochwalić się nimi w sieci. Gdy przerywasz rozmowę ze znajomymi, żeby sprawdzić pod stołem, ile zebrałaś "lajków". I kiedy zacierają się granice między tym, co prywatne, a tym, co udostępniasz obcym ludziom. Ja nigdy nadmiernie nie eksponowałem prywatności, ale wielu młodych ludzi, z którymi rozmawiałem, miało z tego powodu przykrości. Pamiętajmy, że to my kontrolujemy swoją obecność w sieci. Od nas zależy, czy komputer pozbawi nas przeżyć, których wirtualny świat nie zastąpi.Dawno temu słynny myśliciel Ralph Emerson powiedział, że aby być szczęśliwym i produktywnym, trzeba zignorować tłum i wsłuchać się w głosy, które słyszymy w samotności. To wciąż aktualne.

Na temat złego wpływu sieci na koncentrację i kreatywność napisano już sporo. Pan to potwierdza?

- Niestety, tak. Sposób, w jaki obcujemy z informacjami na ekranie, wprawia nas w stan wiecznego rozkojarzenia. Gdy czytam długi tekst w gazecie, mało co jest w stanie mnie rozproszyć. Gdy czytam go na ekranie, mój wzrok i uwaga odciągane są przez poboczne linki, reklamy czy wiadomości o przychodzących e-mailach. Kiedyś miałem na desktopie otwartych kilka konkurujących ze sobą okien i robiłem parę rzeczy jednocześnie. Skakałem od jednego zadania do drugiego, żadnego nie kończąc na czas.

Wystarczy narzucić sobie czasowe ograniczenia?

- Pomocne będą różne triki ułatwiające abstynencję. Wyjdź na spacer bez smartfona. Wybierz się na wakacje tam, gdzie ciężej nawiązać cyfrowe połączenie. Ale ważniejsze jest znalezienie wewnętrznego dystansu. Odcinaj się od zakłóceń. Postaraj się zawęzić liczbę osób, z którą się kontaktujesz przez sieć, i stron, które przeglądasz. Obserwuj tylko wybrane programy telewizyjne i blogi. Jeżeli musisz popracować, odłącz bezprzewodowy internet, używaj laptopa do pisania. W domu nie stawiaj elektronicznych gadżetów na honorowym miejscu. Przypomnij sobie przyjemność z obcowania z ładnymi rzeczami, których nie trzeba podłączać do prądu.

Kiedy zorientował się pan, że internet negatywnie wpływa na pana rodzinę?

- Razem z żoną pracujemy w domu, więc większość dnia spędzamy przed komputerem. Zauważyłem, że nawet kiedy kończyliśmy robotę, kolejne godziny spędzaliśmy na Facebooku lub Twitterze. Siedzieliśmy tyłem do siebie, prowadząc dyskusje w wirtualnym świecie, ale nie rozmawiając ze sobą. Nasz ośmioletni wtedy syn przychodził ze szkoły i od razu rzucał się do iPada. W weekendy też każde z nas zerkało w stronę komputera i smartfona. Żeby odpowiedzieć na e-mail, coś sprawdzić... Rozchodziliśmy się, a w salonie zostawał samotny pies. I wreszcie pewnego dnia dotarło do mnie, że nie chcę tak żyć. Mam obok siebie dwie najbliższe mi osoby, a zamiast cieszyć się każdą wspólną chwilą, oddalamy się od siebie coraz bardziej.

Co pan zaproponował? Pozbycie się modemu?

- Ze względu na naszą pracę nie byłoby to możliwe. Zaproponowałem żonie i synowi odstawienie internetu. W piątek wieczorem wyłączaliśmy modem, a włączaliśmy go dopiero w poniedziałek rano. Ten eksperyment miał trwać najpierw cztery tygodnie, żebyśmy mogli się przyzwyczaić. A trwał rok.

To nie brzmi jak radykalne posunięcie.

- Mimo to, na początku czuliśmy się jak na przymusowym odwyku. Było dziwnie pusto. Właśnie to poczucie pustki dało nam do myślenia. Uświadomiło, jak przebywanie w sieci skrzywiło nasze rodzinne relacje. Idąc za ciosem, umówiliśmy się z żoną, że tylko raz na dobę będziemy zaglądać na media społecznościowe w celach towarzyskich. Nasz syn mógł spędzać z iPadem pół godziny dziennie, co do minuty. Żadnego rodzica, który ma w domu dzieci przyssane do tych gadżetów, nie zdziwi, że jego zachowanie i koncentracja niemal natychmiast uległy poprawie. A po pięciu tygodniach powiedział: "Tato, nie mogę się doczekać, aż zrobimy razem coś fajnego". Serce mi stopniało z radości, ale poczułem wstyd. Bo to my, dorośli, doprowadziliśmy do tej sytuacji.

W książce podkreśla pan, że rewolucje technologiczne nie są niczym nowym. A strach przed nimi jest stary jak... Sokrates.

- Dziś szybkość postępu jest tak zawrotna, że myślimy, że nigdy w historii człowiek nie miał podobnych dylematów. A tymczasem już Sokrates czuł się przytłoczony rozwijającą się w Atenach kulturą dyskusji i debat. Narzekał, że ciągle ktoś od niego czegoś chce i nie pozwala mu się skupić. Teraz nas to śmieszy, ale w epoce Gutenberga też bito na alarm, że ludzie nie uporają się z szokiem informacyjnym po wprowadzeniu taniego druku. Jak widać, poradziliśmy sobie z tym śpiewająco. I z dzisiejszym przymusem obecności w sieci też sobie poradzimy. Bo skoro sami go sobie narzucamy, sami też możemy się go pozbyć.

Myśli pan, że za kilka lat te lęki też będziemy traktować jak anachronizm?

- Sam jestem ciekawy, co przyniesie przyszłość. Książkę o tym, jak uwolnić się od niszczącego wpływu internetu, napisałem trzy lata temu, ale biorąc pod uwagę tempo, w jakim zaskakują nas nowe media, być może za dziesięć lat sam będę się z niej śmiał. Moim zdaniem wszystko sprowadza się do umiaru i dostrzegania świata poza ekranem komputera. My, dorośli, jeszcze pamiętamy, że pójście do kina czy na basen z kolegami to frajda, ale dzieci trzeba tego nauczyć. Przeszkoliłem syna z bezpieczeństwa w sieci. Pokazuję mu różnice między czatem a konwersacją twarzą w twarz. Wie, co to są internetowe trolle, hejterzy. Ma świadomość, że z każdym napotkanym w wirtualnym świecie problemem może zwrócić się do nas i że większość z nich jest... no właśnie, wirtualna, a nie rzeczywista.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje