Znowu poszło o pieniądze...

Ty wypominasz mu, ile miesięcznie wydaje na papierosy i piwo z kolegami. On przypomina, ile ostatnio zapłaciłaś za nowe perfumy i kolejną parę butów. Jedno z was myśli przede wszystkim o finansowaniu uciech, drugie wciąż zamartwia się, czy starczy na zapłacenie wszystkich rachunków.

Do sporów o pieniądze dochodzi w związkach bardzo często. Niektórzy potrzebują nawet paru lat, aby wspólnie wypracować sprawiedliwy sposób dzielenie i wydawania pieniędzy, który uwzględnia potrzeby obojga partnerów.

Reklama

Oszczędność kontra rozrzutność

Kłótnie o wydatki najczęściej zdarzają się w tych parach, w których partnerzy mają odmienny stosunek do pieniędzy i do życia w ogóle. Ten, kto wychodzi z założenia, że "jakoś to będzie" i "raz się w życiu żyje" na pewno nie podlicza drobiazgowo domowego budżetu i nie zastanawia się, jak przeżyć "do pierwszego". Jeśli spodoba mu się coś w sklepie, kupuje. Jeśli ma ochotę wyrwać się gdzieś z domu, wyjeżdża na kilka dni. "Po co martwić się na zapas" - przekonuje, dodając przy tym, że "nam się też od życia coś należy". Trudno potępiać kogoś za to, że chce realizować własne marzenia. Często jednak odbywa się to kosztem drugiej osoby, która - będąc większym realistą - zrezygnuje z własnych potrzeb ze względu na stan domowych finansów. I - absurdalnie - to ona zwykle słyszy od partnera zarzut, że jest małostkowa i ma materialistyczne podejście do życia. Jej zapobiegliwość i oszczędność odbierane są jako "ciułanie grosza". Wytęsknione przez jedno "życie na poziomie" w praktyce często oznacza życie ponad stan, którego obawia się drugie.

Być czy mieć

Ten dylemat będzie wam towarzyszył pewnie nieraz. Dobrze, jeśli już na początku związku ustalicie, co jest dla was najbardziej istotne i do czego będziecie dążyć. Mieszkanie, samochód, dobre ciuchy czy pasje, zainteresowania, marzenia. "Sprawić sobie nowe meble czy wyjechać w upragnioną podróż", "Zostać w domu przed telewizorem czy kupić bilety do teatru", "Opłacić kurs językowy czy wyremontować łazienkę" - takie wybory was pewnie nie ominą. Nie we wszystkim musicie się zgadzać, ale warto czasem pójść na kompromis. Ważne, aby nikt przy tym nie czuł się wykorzystywany. Jeśli bowiem jedno czuje się przymuszone do spełniania zachcianek drugiego i musi rezygnować z własnych planów, to trudno mówić o wzajemnej odpowiedzialności materialnej za związek. Oczywiście, że sprawianie sobie przyjemności jest o wiele bardziej przyjemne niż regulowanie rachunków czy robienie codziennych zakupów. Zanim jednak "pofruwamy w obłokach", najpierw razem "stąpajmy po ziemi".

Kto kogo utrzymuje

"Sporów o pieniądze trudno uniknąć szczególnie w tych związkach, w których jedno zarabia o wiele mniej od drugiego albo nie zarabia wcale. Bywa, że ten, kto utrzymuje rodzinę, rości sobie prawo do dominacji. "Zarabiam, więc wymagam" - pewnie niejedna z kobiet wychowujących w domu dzieci usłyszała te słowa z ust zapracowanego męża. Utrzymanek(-ka) czuje się taką sytuacją upokorzony. Ale bywa też, że żeruje na takim układzie i nie podejmuje żadnych starań, aby to zmienić. Chętnie dzieli pieniądze, na które sam nie zapracował, albo nawet bez żadnych obiekcji wydaje je na własne widzimisię.

Razem czy osobno

Trudno powiedzieć, jaki model dysponowania pieniędzmi jest najlepszy. Jedni zakładają wspólne konto, inni zrzucają się razem na rachunki i codzienne życie, a resztę zostawiają dla siebie. W jednych związkach wspólną kasę trzyma kobieta, w innych - mężczyzna. Ponieważ pieniądze to nierozłączna część życia, warto nauczyć się razem "zaciskać pasa" i razem go "popuszczać".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje