Zdrowe nawyki, które mogą zaszkodzić

Chcemy żyć długo i nie chorować. Mieć figurę nastolatki, wyglądać pięknie bez względu na wiek. Dlatego robimy wszystko, żeby być w formie – fizycznej i psychicznej. Ale w tym dążeniu może czaić się pułapka.

Psycholodzy przekonują, że nawet korzystne dla zdrowia i ciała zachowania mogą szkodzić. Bo jeśli człowiek koncentruje się na jednej czynności, zaniedbując inne sprawy, konsekwencje mogą być poważne. Zamienia się ona bowiem w rodzaj obsesji, z której nie umiemy zrezygnować, nawet jeśli w nadmiarze zaczyna nam zagrażać. Specjaliści radzą - reaguj bez zwłoki. Im dłużej będziesz ignorować groźne objawy, tym trudniej będzie ci odzyskać równowagę.

Trening z gorączką to tylko kwestia wprawy

Reklama

Ola, 27 lat, nie chce zrezygnować z fitnessu

Gdy mówię, że zrzuciłam 25 kilogramów, nikt mi nie wierzy. Dlatego noszę przy sobie swoje stare zdjęcia, by ludzie zobaczyli, jak ćwiczenia mogą zmienić ciało. Dawniej przypominałam worek na pękatych nóżkach, dziś mam smukłą talię, wyrzeźbiony brzuch i ani grama zbędnego tłuszczu. Jestem dumna ze swego wyglądu, ale bliscy mnie krytykują. Twierdzą, że uzależniłam się od wysiłku fizycznego.

"Coś kłuło mnie w sercu"

Długo nie wierzyłam, że mogę kształtować swoją sylwetkę. Uznałam, że jestem okrągła po mamie, a walka z genami jest przecież bez sensu. Cztery lata temu przyjaciółka namówiła mnie na aerobik z elementami salsy. Początki były okropne! Poruszałam się jak słoń, uciekałam przed wzrokiem instruktorki do ostatniego rzędu. Wytrwałam tylko dlatego, że wykupiłam karnet na pół roku. Ale gdy przyszło lato i weszłam na wagę, zobaczyłam, że ubyło mi pięć kilo! Zaczęłam nosić bardziej obcisłe sukienki, wszyscy mnie komplementowali. Po wakacjach zapisałam się dodatkowo na ABS, ćwiczenia wzmacniające mięśnie brzucha i pośladków. Efekty przekroczyły wszelkie wyobrażenia. Nie dość, że dalej chudłam, to dostałam energetycznego kopa.

Przestałam mieć napady senności, pozbyłam się czarnych myśli. Po raz pierwszy patrzyłam na siebie z przyjemnością. W weekendy zapisałam się na step dla zaawansowanych i wkrótce ćwiczyłam już trzy godziny dziennie. A podczas choroby przekonałam się, że można trenować nawet z gorączką. No cóż, wszystko jest kwestią wprawy. Doba stała się za krótka dla moich sportowych planów. Pod ich kątem planowałam urlopy, nudził mnie każdy, kto nie umiał rozszyfrować skrótów: TBC, BBS i ABF. Zaczęli się tym jednak martwić moi rodzice, bo uznali, że ćwiczenia stały się moją obsesją. Ale lekceważyłam ich narzekania, bo wyglądałam i czułam się świetnie. Do czasu.

Dwa miesiące temu zaczęły mi puchnąć stawy, coś kłuło mnie w sercu. Lekarz zalecił zawieszenie treningów. To był koszmar, chodziłam poddenerwowana, nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Dobiła mnie dopiero diagnoza: przetrenowanie. Na szczęście znalazłam coś, co pozwoli mi wrócić do formy. Joga astanga idealnie modeluje sylwetkę i nie wymaga morderczego wysiłku. Bo nie wyobrażam sobie rezygnacji z czegoś, co mnie uszczęśliwiło i przywróciło wiarę w siebie.

Porada eksperta

Sławomira Rozbicka psycholog, www.wsparcie- psychologiczne.pl:

Dzięki fitnessowi odzyskała pani poczucie panowania nad swoim życiem. Udowodniła sobie i światu, że jest silna. Nagrodą był podziw i uwaga otoczenia. Jednak coś wymknęło się spod kontroli. Bliscy pierwsi zauważyli nie tylko zmianę wyglądu, ale i zachowania. Pani dostrzegła to dopiero, gdy ciało odmówiło posłuszeństwa.

Aktywność fizyczna poprawia nasz stan psychiczny, stąd jej zaniechanie bywa frustrujące. Opisane objawy (zły humor, irytacja) są powszechnym zjawiskiem zwanym efektem odstawienia. Jednak w pani przypadku przerwa wydaje się konieczna, ponieważ przestała się pani liczyć się z możliwościami organizmu.

Z jednej skrajności - przekonaniu o swojej nieatrakcyjności, przeszła pani w drugą - poczucie mocy i kontroli. Może warto pogodzić się z diagnozą lekarską, zaakceptować ograniczenia. Dobrze obserwować, w jakim stopniu joga wpływa na pani życie poza salą ćwiczeń. Czy zbliża panią do ludzi, czy oddala? Proszę nie lekceważyć sygnałów ostrzegawczych, które wysyłają organizm i otoczenie. Trzymać się grafiku zajęć. I postarać się znaleźć nowe zainteresowania, żeby nie uzależniać swego samopoczucia wyłącznie od jednej pasji.

Wciąż potrzebuję wsparcia, by czuć się dobrze

Ada, 38 lat, nie umie przerwać terapii

Wzeszłym miesiącu psychoterapeutka oznajmiła, że nasza współpraca dobiegła końca. Jej zdaniem mogę już radzić sobie sama. Początkowo byłam zadowolona, ale kiedy wróciłam do domu, ogarnął mnie niepokój, którego nie doświadczałam od dawna. W nocy nie zmrużyłam oka, czułam, jakbym rano miała wyruszyć w niebezpieczną podróż. Psychoterapeutka się myli. Wciąż potrzebuję naszych spotkań!

"Sesje stawiają mnie na nogi"

Przeżyłam w przeszłości podobną sytuację. Na pierwszą terapię trafiłam, ponieważ kilka lat temu w moim życiu nastąpił ciąg katastrof. Prawie jednocześnie zostawił mnie mąż, a mama śmiertelnie zachorowała. Na domiar złego w biurze zlikwidowano mój etat. Całkowicie się rozsypałam i dopiero terapia postawiła mnie na nogi. Zebrałam się wreszcie na odwagę, by podjąć rozmowy kwalifikacyjne (przedtem ucieka-łam z nich parę razy) i szybko dostałam nową pracę. Przestałam tęsknić za swoim byłym, mogłam rozmawiać o nim bez płaczu. Na terapię chodziłam sumiennie dwa razy w tygodniu z samego rana. Po niej nabierałam takiej siły, że pracowałam bez zmęczenia do wieczora, a złośliwości szefa spływały po mnie jak woda po kaczce.

Czułam, że mój stan poprawia się z miesiąca na miesiąc. Po dwóch latach mój ówczesny terapeuta stwierdził jednak, że zrobił już dla mnie wszystko, co mógł. Wtedy wytrzymałam aż cztery miesiące, zanim znów zgłosiłam się do specjalisty. W moim życiu wprawdzie nie działo się nic złego, ale brakowało mi naszych rozmów. Przyzwyczaiłam się, że na bieżąco omawiam z drugą osobą to, co mnie spotyka, analizuję przeszłość. Bez sesji czułam się opuszczona i samotna. Teraz znów informacja, że psychoterapeutka chce zakończyć leczenie, kompletnie wytrąciła mnie z równowagi. Nie wyobrażam sobie życia bez wsparcia. Czy mam znów udać się do innego terapeuty?

Porada eksperta

Dominika Miodońska - psychoterapeuta www.skilltofeel.com

W dobrej psychoterapii pacjent przyjmuje jej koniec jako naturalną kolej rzeczy, czując się przygotowanym do wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. Świadomość zbliżającego się rozstania może oczywiście budzić u niego naturalne obawy. Dlatego że jej istotą jest m.in. więź, która powstaje między nim a terapeutą. Jeśli jednak pacjent traktuje sesje jak ochronę przed rzeczywistością, a specjalista tego nie zauważy i nie zareaguje, łatwo o uzależnienie. Czujność prowadzącego jest tutaj kluczowa.

Wydaje mi się, że mogła pani przenieść na terapeutę emocje, których doświadczała pani w stosunku do ważnych osób. Natomiast brak wewnętrznej zgody na przerwanie terapii oznacza, że może ma pani jeszcze coś istotnego do przepracowania. Proszę podnieść ten temat na następnym spotkaniu. Inaczej opuści pani gabinet z niedosytem. I trafi do kolejnego specjalisty.

Nie zabijasz i nie jesz kogoś, kogo naprawdę kochasz

Paulina, 44 lata, jest weganką wbrew zaleceniom lekarza

Moi rodzice byli weterynarzami. Wszyscy w miasteczku wiedzieli, że nie zostawią żadnego stworzenia bez pomocy, więc pod naszą furtkę ciągle podrzucano kocięta i stare schorowane psy. Już jako mała dziewczynka bardzo przeżywałam, kiedy zwierzętom działa się krzywda. Gdy podczas wakacji w górach gospodarz, u którego wynajmowaliśmy pokój, chciał zabić króliki, dostałam histerii. Rodzice odkupili je, by mnie uspokoić. Po maturze zrezygnowałam z mięsa. Potem wyeliminowałam z menu inne produkty pochodzenia zwierzęcego. Nie jesz kogoś, kogo kochasz, prawda?

Dlatego od 12 lat jestem weganką. Z jednym wyjątkiem - w kuchni używam jajek. Szczęśliwie wyszłam za mąż za człowieka, który ma takie same poglądy, więc nie musiałam gotować podwójnie. Udało się też przekonać do naszej filozofii dzieci. Zawsze starałam się zrekompensować im, że nie jadają niektórych deserów ani hamburgerów. Dbałam o to, żeby potrawy były kolorowe, ładnie podane i urozmaicone. Czasem odnosiłam małe sukcesy, gdy w menu znajomych pojawiały się dania mojego pomysłu, np. owocowy gulasz. Ale choć z czasem przestałam nawet chodzić do restauracji, bo z trudem znosiłam zapachy z kuchni, nie nawracałam nikogo siłą. Nauczyłam się unikać dyskusji o tym, czy moja dieta jest zdrowa, czy nie. Puszczałam mimo uszu argumenty, że Linda McCartney propagowała wegetarianizm, a zmarła na raka. Miałam świadomość, że postępuję właściwie.

"Zdrowie albo ideały"

Pół roku temu poślizgnęłam się na schodach. Upadek nie wyglądał groźnie, ale okropnie bolał mnie nadgarstek. Prześwietlenie wykazało złamanie w kilku miejscach. Ortopeda stwierdził zaawansowaną osteoporozę. Powiedział, że moje kości są kruche jak u osiemdziesięciolatki i postraszył, że takie zaniedbanie może doprowadzić do poważnych problemów z kręgosłupem, a nawet śmierci. Dodał, że muszę natychmiast zmienić dietę. Tym bardziej że oprócz niedoboru wapnia i białka, cierpię także na niedobór witaminy B12.

Kazał mi jeść nabiał, zupy i galaretki na mięsie, które odbudują kolagen. Moje protesty skwitował: "Proszę wybierać: zdrowie albo ideały". Tylko że ja nie umiem zmienić nawyków, choć się starałam. Nie chodzi nawet o poglądy, ale o obrzydzenie, które czuję, ilekroć próbuję przełknąć choćby kawałek sera. Zaciska mi się gardło, mam odruchy wymiotne. Mąż mielił mięso i robił z niego pastę do kanapek, ale w takiej formie też nie potrafię się do tego zmusić. Chyba wolę męczyć się z chorobą, niż się przestawić.

Porada eksperta

Ryszard Lichuta psycholog, www.wsparcie- psychologiczne.pl

Rzeczywiście, trudno jest zmienić nawyki żywieniowe, a jeszcze trudniej ideały. Jednak w pani historii niepokojące jest to, że w imię przekonań ryzykuje pani kwestię najważniejszą - zdrowie. Na jednej szali stawia pani poważne komplikacje z kręgosłupem, a nawet zagrożenie życia, na drugiej niejedzenie np. sera. Rozumiem obrzydzenie, które można odczuwać, jedząc mięso. Ale skoro zrobiła pani wyjątek dla jajek, proponuję przekonać się też do nabiału. Dziś na szczęście mamy już duży wybór producentów, więc warto zaopatrywać się u tych, którzy prowadzą ekologiczne gospodarstwa.

Jeśli stwierdzi pani, że kategorycznie nie chce mięsa w jadłospisie, dobrze byłoby wybrać się do dietetyka, który doradzi w sprawie suplementacji składników np. witaminy B12. Namawiałbym też do zastanowienia się nad konsekwencjami pani decyzji. Troska o innych nie powinna wykluczać troski o samą siebie. Pani zdrowie nie musi być wcale okupione ofiarą ze zwierząt. Jeśli nie godzi się pani na ich cierpienie, proszę również nie godzić się na własne. Rezultaty pani wyborów mogą też dotknąć najbliższych - pogorszyć ich jakość życia.

Rodzina na pewno martwi się tą sytuacją. Proszę zwrócić uwagę, że mąż próbuje panią wspierać (np. wymyślając sposoby przemycenia mięsa do menu). Dlatego warto dać sobie szansę i podjąć wysiłek zdrowienia. Zastanawiam się, czy wymienione objawy - zaciskanie gardła i wstręt nie są spowodowane czynnikami psychologicznymi. Te reakcje przypominają mechanizm zaburzeń odżywiania. Dobrze byłoby pójść do specjalisty, aby ocenił, czy jest pani w stanie samodzielnie uporać się z tym problemem.

Tekst: Maria  Barcz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje