Miłość nie do przyjęcia

Skończyłam dwadzieścia cztery lata, obroniłam pracę magisterską i wróciłam do rodzinnego miasta, by uczyć w szkole języka Szekspira. W środowisku zawodowym nie zamierzałam szukać męża. Chyba żeby sam się trafił. Ale się nie trafiał.

W końcu wypatrzyłam go na ulicy, koło przychodni lekarskiej sąsiadującej z moją szkołą. Przystojny, niebrzydki, dobrze ubrany.

Reklama

Widywałam go trzy razy w tygodniu. Zawsze o tej samej porze. Często wpadał do pobliskiej kawiarni. Paląc papierosa, wypijał kawę, przerzucał jakieś konspekty i wychodził. Wiem, bo wchodziłam tam za nim. Siadałam we wnęce, twarzą do niego - chciałam, żeby mnie zauważył i zapamiętał. Nie wiem, czy zauważył, bo najmniejszym gestem tego nie zdradzał.

Chodziłam tak za nim blisko trzy miesiące.

Któregoś dnia wyszłam ze szkoły z naszą polonistką. Julia jest singielką i prowadzi bardzo barwne życie towarzyskie. Opowiadała mi o jakimś arcyciekawym spotkaniu. Gubiłam się w szczegółach, bo z uwagą wypatrywałam mojego "znajomego''.

Wreszcie go zobaczyłam. Zmierzał ku przejściu dla pieszych.

- Popatrz, Julio, jaki przystojny facet - zagadnęłam.

- Znam go. Jest lekarzem w przychodni, obok naszej szkoły. Szkoda, że już przeszedł. Mogłybyśmy pójść z nim na kawę.

Serce podeszło mi do gardła. Jest szansa na poznanie "znajomego''!

- Myślisz, że mogłybyśmy... wprosić się na kawę?

- Oczywiście! Adam to miły człowiek. Kiedyś cię z nim poznam.

"A ja się postaram, żeby nadarzyła się ku temu okazja", pomyślałam. Postanowiłam częściej wychodzić z pracy z Julią.

Tamtego dnia deszcz padał od samego rana. Po południu też lało niemiłosiernie. Pomyślałam, że chyba dziś "randkę'' z Adamem sobie odpuszczę. Ale gdy go zobaczyłam w drzwiach kawiarni, weszłam tam za nim. Rozglądałam się za jakimś wolnym miejscem. A takie były przy stoliku, przy którym siedział Adam.

- Zapraszam... - mężczyzna ręką wskazywał fotel obok siebie.

Podziękowałam i usiadłam. Jeszcze nigdy nie piłam kawy tak szybko. Nagle do kawiarni wpadła przemoczona Julia. Podeszła do naszego stolika i opadła na drugi wolny fotel.

- To wy się znacie!? - zdumienie walczyło na jej twarzy z niedowierzaniem. - Przecież mówiłaś... - i urwała w połowie.

Zamarłam. Tak niewiele brakowało,

a wsypałaby mnie jak nic!

- Trochę się znamy - uśmiechnął się Adam. - Często widujemy się na ulicy i w tej kawiarni.

A jednak mnie zauważył!

Adam wstał i przedstawił mi się.

Julia mówiła jak nakręcona. Bardzo mi to odpowiadało, wciąż byłam skrępowana. Facet niby mi się nie przyglądał, ale dwa razy złowiłam jego spojrzenie. Słuchał z uwagą szczebiotania Julii. Mówiła o spotkaniu u wspólnej znajomej.

- Adam, może zabierzemy Ewę do Anny?

Stanęło na tym, że "byłoby miło'' i że zdzwonimy się jeszcze.

Pożegnaliśmy się, gdy wreszcie przestało padać.

- Do zobaczenia... - powiedział chłopak, uśmiechając się do mnie.

- Uważaj - ostrzegała mnie Julia. - Adam nie będzie łatwą zdobyczą. Tajemniczy jest, coś ukrywa...

Któregoś dnia, zupełnie przypadkowo zobaczyłam go w kawiarni na drugim końcu miasta. Nie był sam. Towarzyszył mu przystojny mężczyzna. Stali w szatni i rozmawiali.

Nie widziałam Adama przez kolejne cztery dni. Pojawił się piątego z propozycją weekendowego wypadu za miasto w gronie jego przyjaciół.

- Julia też się pojawi. Liczymy na ciebie. To fajni ludzie, zobaczysz, będzie miło.

Faktycznie było miło. Adam zachowywał się uroczo i wyraźnie mnie adorował.

Spotykałam się z nim coraz częściej. Dzwonił do mnie, umawialiśmy się do kina, teatru, na wernisaże... Poznał mnie z resztą swojego towarzystwa.

I tak bywaliśmy tu i tam, i chodziliśmy jak zaprzyjaźnione ze sobą... rodzeństwo. Już blisko rok! Zaczynało mnie to powoli wkurzać. Byłam nim zainteresowana, jak mężczyzną. Moim mężczyzną. Przyjaciel, owszem, przyjaźń to cenna sprawa, ale ja byłam zakochana w nim po uszy. Chciałam, żeby i on mnie kochał.

Ciekawa byłam, co o tym myśli Julia.

- A mówiłam ci - wpadła w mentorski ton.

- Niejedna sobie na nim zęby połamała.

A ja traciłam już cierpliwość i byłam coraz bardziej rozdrażniona.

Pewnego razu zadzwonił do mnie i powiedział, że musi ze mną poważnie porozmawiać. Umówiliśmy się na następny wieczór.

Po tym telefonie nie mogłam w nocy zasnąć. Zastanawiałam się, o co mu chodzi, czy chce mnie o coś zapytać? Poważna rozmowa mężczyzny z kobietą może dotyczyć tylko dwóch spraw. Na zerwanie to nie wygląda. Dzwoni, zaprasza na imprezy... Poznał mnie ze swoimi przyjaciółmi. Gdyby nie miał poważnych zamiarów, nie robiłby tego. Więc chyba zdeklaruje się wreszcie. Ale dlaczego dotąd nawet mnie nie pocałował? Coś mi w tym wszystkim nie grało.

Rano wyglądałam jak siedem nieszczęść. Z trudem dociągnęłam do ostatniej lekcji. Adam miał przyjść za pięć godzin, więc postanowiłam się przespać po powrocie do domu. Zerwałam się z pościeli godzinę przed jego przyjściem. Zdążyłam się odświeżyć i ogarnąć mieszkanie, gdy stanął w drzwiach. Taszczył ogromny bukiet białych róż. Pierwszy raz przyniósł kwiaty! "Więc jednak... to będą oświadczyny!", ucieszyłam się. Ale Adam dał mi kwiaty i wszedł do pokoju.

Przyniosłam kawę. Nasza rozmowa niezbyt się kleiła. Mówił o ciężkim dniu w pracy, że miał dużo pacjentów. Napomknął coś o pogodzie, że ma padać. "Co ty mi, chłopie, o deszczu! Do rzeczy, do rzeczy, kochany!", ponaglałam go w duchu.

Jakby czytał w moich myślach.

- Ale przecież nie o deszczu chcę z tobą porozmawiać - powiedział.

I zamilkł. Pomyślałam, że ma tremę. I popatrzyłam na niego z czułością. Siedział, nerwowo zaciskając palce.

"Sama będę musiała się oświadczyć, bo on nigdy nie wyduka tych kilku słów", pomyślałam.

Wzięłam głęboki oddech.

- Adam, ja wiem, co chcesz mi powiedzieć. Też cię kocham. Chcę być twoją żoną - wyrzuciłam z siebie jednym tchem.

Większego zdumienia i... przerażenia nie widziałam nigdy w niczyich oczach.

- To nie tak... Ewo. To nie tak...

- Co nie tak! Kocham cię i chcę być twoją żoną - powtórzyłam podniesionym głosem. - Nie rozumiesz, co powiedziałam?!

- To ty nie rozumiesz. Nigdy nie będziesz moją żoną, bo ja... nie mogę być mężem żadnej kobiety - zamilkł na chwilę. - Jestem gejem - wyrzucił z siebie te słowa jednym tchem.

- Co?! - zapytałam zaskoczona.

- Jestem gejem - powtórzył. - Mogę być tylko z mężczyzną. I byłem jeszcze do niedawna. Widziałaś nas wtedy w kawiarni.

Pociemniało mi w oczach, cała drżałam. Nagle zaczęłam się histerycznie śmiać. "On jest gejem?! Akurat on jest gejem! Dobre sobie", krzyczałam w myślach.

Adam przyniósł z kuchni szklankę wody mineralnej.

- Wypij szybko, dużymi łykami - polecił, podając mi ją.

Nie mogłam utrzymać szklanki w trzęsących się dłoniach. Zęby dzwoniły o szkło.

Rozpłakałam się. Adam objął mnie. Wiedziałam, że to tylko współczucie, ale było mi dobrze. Trwaliśmy tak w ciężkiej ciszy. Oddychałam jego zapachem, chłonęłam jego ciepło, słuchałam jego serca. "Boże", myślałam, "a mogłoby być tak pięknie. Jak w raju przed wypędzeniem. Adam i Ewa. Tymczasem to Ewę przegnano z raju.

I zrobił to Adam! Ale ja nie pozwolę się tak po prostu zbyć! Przecież go kocham i będę o niego walczyć... z nim samym", postanowiłam. Wysunęłam się z jego ramion, wyprostowałam, podniosłam głowę, szukając jego oczu.

- Adam, spróbujmy. Może się uda? - zaczęłam. - Musi nam się udać.

- Gdybym nie był gejem... Ale jestem i nic tego nie zmieni. To nie angina, na którą wystarczy antybiotyk. To nawet nie jest choroba. Natura sobie ze mnie zakpiła i taki przyszedłem na świat. Ja to wiem. Jestem lekarzem.

- A próbowałeś kiedyś być z kobietą? - zagadnęłam.

- Nie. Bo wiem, że to niczego nie zmieni. Ale wiem, że wielu próbowało i wiem, jakie to były dramaty. Raz tylko podjąłem małą próbę. I dotyczyła ona ciebie. Gdy Jerzy wyjechał do Anglii, zacząłem częściej spotykać się z tobą. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Pamiętasz wypad za miasto? Adorowałem cię, przytulałem, całowałem we włosy. Oni wszyscy pomyśleli wtedy, że jesteśmy parą i myślą tak do dziś. Nie wiedzą, że jestem gejem. Nie było potrzeby o tym mówić. Tobie powiedziałem, bo jestem ci to winien. Ale poza przyjaźnią nie mogę ci dać nic więcej.

Zamilkł. W ciszy słyszałam bicie swojego serca. Biło jak dzwon na trwogę.

- Teraz jestem sam - Adam mówił dalej - ale to najprawdopodobniej wkrótce się zmieni. Nie potrafię tak żyć...

- Adam, daj nam szansę. Kocham cię...

- żebrałam o miłość. - Przecież możemy spróbować. Będę dobrą żoną.

- Ewa, nie wiesz, co mówisz! Nic z tego nie będzie, zrozum. Nie zmienię swojej natury. Przykro mi - mówiąc to, wstał i zaczął zbierać się do wyjścia.

- Zobaczymy się jeszcze? - zapytałam,

stojąc w otwartych już drzwiach.

- Jeśli... Jeszcze chcesz... Przecież się lubimy. Ale nieprędko. Wyjadę na miesiąc do Hamburga. Od roku pracuję nad doktoratem i chciałbym tam zająć się badaniami. Ale zadzwonię do ciebie... - skinął głową.

- Jasne. Przecież się lubimy - powtórzyłam za nim jak echo i zamknęłam drzwi.

Następnego dnia nie poszłam do pracy. Spałam cały dzień i całą noc. Przebudzenie okazało się bolesne. Nie było już Adama! Zostałam sama z tą moją niepotrzebną nikomu miłością. Zastanawiałam się, co z nią zrobić.

"A może jest gdzieś jakieś składowisko złamanych serc? Wysypisko miłości zranionych, zbędnych, wyśmianych... Może brakuje tam tylko takiej, jak moja - miłości nie do przyjęcia?", pomyślałam, ocierając płynące po policzkach łzy.

Ewa O., 26 lat

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje