Bądź grzeczną dziewczynką...

Przed laty związałam się z facetem, który zrujnował moje życie. Teraz los znów nas ze sobą zetknął...

- Słuchajcie, pod miastem zdarzył się jakiś poważny wypadek samochodowy, sześć osób rannych, w tym dwie ciężko - dyżurny lekarz odłożył słuchawkę telefonu. - Wiozą ich wszystkich do nas, więc przygotujcie się.

Reklama

Pełna mobilizacja! No to zapowiadała się niezła noc. Ale przyzwyczaiłam się do takich sytuacji przez dwa lata pracy na tym oddziale, więc ze spokojem czekałam na przyjazd karetek.

- Ale młyn - pokręciła głową Asia, starsza pielęgniarka. - Jeszcze się na dobre nie zaczęło, a już jestem zmęczona - westchnęła ciężko.

- Byle do rana, kochana - uśmiechnęłam się do niej. Wiedziałam, że opiekuje się wnukami, a nocami dorabia w szpitalu. - Noc szybko minie... - przerwałam, bo za oknami zawyła karetka. Po chwili przywieźli rannych. Nieprzytomną kobietą i dzieckiem natychmiast zajęli się lekarze, wydając nam polecenia co do pozostałych poszkodowanych. Ja podeszłam do wózka, na którym leżał mężczyzna. Był świadomy, ale straszliwie jęczał. Miał rozciętą nogawkę spodni, a na udzie założony opatrunek, porządnie nasączony już krwią. Zmierzyłam mu tętno.

- Boli siostro, okropnie boli - zajęczał, usiłując na mnie spojrzeć. Zacisnął dłoń na moim przegubie. Czułam, jak jego paznokcie boleśnie wbijają się mi w skórę.

- Spokojnie - powiedziałam łagodnie. - Zaraz dostanie pan zastrzyk znieczulający. Czy jeszcze gdzieś pana boli?

- Wszystko mnie boli, kurde, nie rozumiesz, kobieto?! - ranny mężczyzna krzyknął, unosząc głowę i patrząc na mnie ze złością. - Zróbcie coś, bo nie wytrzymam!

Wtedy dopiero spojrzałam na jego twarz. Zatrzymałam wzrok na jego oczach, pociemniałych z bólu, na wykrzywionych ustach i zamarłam. Nie, to niemożliwe, to nie mógł być on... Nie, to tylko mi się wydaje, upłynęło już przecież tyle lat, odkąd ostatni raz go wiedziałam... Jedenaście, a może już dwanaście... Coś mi się przywidziało... Przymknęłam na moment oczy z nadzieją, że to złudzenie minie... Ale nie, gdy ponownie spojrzałam na twarz mężczyzny, miałam już pewność, że to jest Lipa. Postarzał się trochę, ale wciąż był bardzo przystojny. I to pomimo tego, że leżał na wózku i jęczał z bólu. Eryk, zwany Lipą, moje wielkie szczęście i moje piekło. Przeklinałam go tysiące razy, życząc mu, żeby spotkało go wszystko, co najgorsze... Stałam bez ruchu, jak sparaliżowana. W moim sercu na nowo odżyła nienawiść. Kiedyś był panem mojego życia, teraz ja miałam go w swoich rękach. Ja miałam go ratować, udzielić pomocy... Jemu?! Temu bydlakowi, najgorszemu z najgorszych?! Wiedziałam, że muszę zmienić opatrunek, podłączyć kroplówkę, ale nie mogłam się ruszyć. "Jak ja mam teraz go ratować, skoro tyle razy życzyłam mu śmierci?...", zamyśliłam się. Eryka poznałam na studniówce, dwanaście lat temu. Przyszedł z moją koleżanką, był sporo starszy od nas, do tego wysoki i przystojny. Wpadł wtedy w oko każdej dziewczynie. Jakże czułam się wyróżniona, gdy poprosił mnie do tańca, a potem jeszcze raz i kolejny... Czułam na sobie zawistne spojrzenia koleżanek, zwłaszcza Elki, z którą przyszedł. Ale on chciał się bawić ze mną, a ja byłam w siódmym niebie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje