Bez piersi nie jestem kobietą

Poczułam na plecach dotyk. Napięłam mięśnie i zacisnęłam zęby, żeby nie przyjąć pieszczoty, której nie chciałam. Której się bałam...

- Śpisz, Beata? - zapytał cichym, chrapliwym głosem Jędrzej.

Reklama

Wstrzymałam oddech i to mnie chyba zdradziło.

- Ejże, kochanie... - przygarnął mnie do siebie mocniej.

Poczułam, jak bardzo mnie pragnie. Ja też go pragnęłam.

- Beata... - wymruczał mi do ucha, delikatnie gryząc jego koniuszek. - Wiesz, jak strasznie się stęskniłem?

Skrzyżowane na klatce piersiowej ramiona przycisnęłam mocniej do okaleczonego ciała. Jakże siebie w tej chwili nienawidziłam. Za te obrzydliwe blizny, za swój strach i niemoc, żeby go przezwyciężyć.

- Beata... - palce Jędrzeja zacisnęły się na moich palcach.

Nie. Nie mogłam.

- Daj mi spokój! - krzyknęłam, podrywając się z łóżka. - Nie rozumiesz, że ja nie chcę?! Nie chcę! Nie chcę! - wyskoczyłam z pościeli i zatrzasnęłam za sobą drzwi do łazienki.

Usiadłam na brzegu wanny, odkręciłam wodę. Już nawet nie miałam siły płakać, więc po prostu wbiłam wzrok w podłogę...

Krzywdziłam człowieka, który mnie kochał. Wiedziałam to, wiedziałam, jakie to niesprawiedliwe. Nie potrafiłam się jednak przemóc. Moje ciało mnie zdradziło. Teraz ja zdradzałam Jędrzeja i samą siebie. Na złość temu cholernemu ciału, którego nie chciałam, którego nienawidziłam, o którym nie potrafiłam nawet myśleć, że jest moje. Bo to nie byłam ja. To był ktoś obcy...

Guzek w lewej piersi wyczułam podczas radosnego seksu z Jędrzejem. Na wakacjach, dwa lata temu.

- Coś tu mam - nakierowałam jego dłoń.

- Najpiękniejszą pierś na świecie - nie od razu wyczuł zgrubienie pod skórą.

- Daj spokój, to nie są żarty, o tutaj...

- Faktycznie. Pewnie jakiś tłuszczak, czy jak to tam się nazywa... Nie przejmuj się.

Do końca turnusu tłuszczak urósł i zaczął boleć pod naciskiem palca. Po powrocie do Warszawy poszłam do ginekologa. Lekarz długo i w skupieniu badał pierś, potem zabrał mnie na USG. Od razu podejrzewał, że to zmiana nowotworowa.

- I co teraz? - opadłam na krzesło.

- Trzeba wyciąć i zbadać. Jak najszybciej, pani Beato.

- Ale...

- Proszę być dobrej myśli.

Byłam, bo w końcu nikt w mojej rodzinie nigdy nie chorował. Babcia dopiero co obchodziła dziewięćdziesiąte urodziny, a matka niedawno po raz trzeci wyszła za mąż. A ja? Czułam się zdrowo, miałam plany, miałam Jędrzeja...

Po pobraniu próbki do badań mój mężczyzna uważnie przyglądał się bliźnie na mojej piersi. Zawsze mi powtarzał, że mam najpiękniejszy biust na świecie.

- Ładna nawet - stwierdził z uśmiechem. - Twój znak szczególny.

- Dość gruba, mogliby ładniej zszyć - narzekałam.

I pomyśleć, że naprawdę byłam niezadowolona! Po wyniki zapomniałam nawet pójść, tak bardzo nie dopuszczałam do siebie złego scenariusza. Ale lekarz zadzwonił na komórkę.

- To rak, pani Beato...

Cały świat zawirował mi przed oczami. Jakaś kobieta podtrzymała mnie, bo byłam akurat na ulicy.

- Co teraz? - zapytałam.

- Natychmiastowa operacja.

- Operacja? - powtórzyłam.

- Mastektomia.

To nie wydawało mi się realne. O takich rzeczach co najwyżej czytałam w gazetach, ale też nie poświęcałam im zbyt wiele uwagi. To przecież spotykało inne kobiety. Ale na pewno nie mnie... Jędrzej, który zastał mnie we łzach, podszedł do sprawy zadaniowo.

- Trzeba wytępić skurczybyka i już.

- A moja pierś?

- Jest jeszcze druga. A co wolisz: nie żyć z piersią czy żyć bez niej? Ja tam wolę, żebyś żyła - uśmiechnął się.

Spojrzałam na niego jakoś inaczej. Już nie jak na mojego chłopaka, ulubionego kumpla, najlepszego kochanka, ale jak na zbawiciela nieomal. Skoro się z tym pogodził, oznaczało, że tak powinno być i że muszę to zrobić i żyć dalej. Koniec, kropka. Nie taki diabeł straszny.

Łatwo powiedzieć. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jaki to ból, jaki wysiłek dla ciała, wyrównać taką stratę.

Bolało mnie wszystko. Plecy, brzuch, ramię, ręka. A potem bolało w środku. Cała dusza cierpiała, kiedy spojrzałam w lustro po ostatecznym zdjęciu opatrunku. Do tej pory wolałam nawet nie zerkać. Nie chciałam oglądać tego pobojowiska. Teraz już musiałam.

Nauczyłam się tak stawać przed lustrem, żeby widzieć tylko pierś, a nie bliznę po piersi. Wtedy dopiero czułam się kobietą. Wypadanie włosów to była pestka, nawet tak bardzo mi nie przeszkadzało. Zawsze miałam cienkie, krótko ostrzyżone włosy, a kobiety z onkologii pocieszały, że odrosną bujniejsze i sto razy ładniejsze.

- Widzisz, zawsze jest jakiś plus - mówił Jędrzej.

- Ale kochasz mnie jeszcze?

- Kocham! - zapewniał.

- Ale tak... bez piersi? - upewniałam się.

- Jest jeszcze druga. I nie mów takim zbolałym głosem, bo się jeszcze obrazi. No, już się naburmuszyła, trzeba ją pilnie przytulić... - wkładał mi dłoń pod bluzkę.

Miałam protezę, więc w ubraniu nic nie było widać, ale rozebrana strasznie się wstydziłam. Uważnie obserwowałam reakcję Jędrzeja na moje oszpecone ciało. Nie dawał nic po sobie poznać. Było jak dawniej. No może nie do końca... Czasem miałam wrażenie, że kocha się ze mną bardziej dla mnie niż dla siebie, ale nie komentowałam tego, bo po prostu potrzebowałam bliskości. Dzięki Jędrzejowi, jego dotykowi czułam się lepiej, tak kobieco.

Zwalczyłam chorobę, poczułam radość. Brałam leki, pilnie się rehabilitowałam i cieszyłam na ślub, bo Jędrzej poprosił mnie o rękę. Moje ciało mnie zdradziło, ale mu wybaczyłam i zaufałam ponownie. Nie miałam tylko pojęcia, że mój organizm to notoryczny zdrajca...

Z prawą stroną było szybciej. Pewnie dlatego, że została sama, więc i Jędrzej, i ja poświęcaliśmy jej dużo więcej uwagi.

- Coś się stało? - zapytałam, kiedy dłoń mojego ukochanego zatrzymała się nagle.

- Nie jestem pewien...

Coś ścisnęło mnie w gardle. Strach.

- Pokaż... - brutalnie odsunęłam rękę Jędrzeja. - Jezu, nie... - jęknęłam.

- Guzek? - zapytał przerażony Jędrzej.

- Tak... - załkałam.

Od tego momentu spodziewałam się najgorszego, choć Jędrzej usiłował wykrzesać ze mnie choćby strzępki optymizmu.

- Musisz myśleć pozytywnie.

- Nie mogę! Nie mogę, rozumiesz?! Już raz myślałam i nic z tego wyszło! Więc nie mów mi o pozytywnym myśleniu! Mi ono nie pomaga! - krzyczałam na niego, jakby to on był winien.

Historia zatoczyła koło. Znów mój ginekolog. Znów to samo skupienie i zmarszczone brwi lekarza. Znów rak. I znów to straszne słowo: mastektomia. Potem operacja, ból, opatrunki, zdjęcie szwów. I to spojrzenie w lustro. Zemdlałam wtedy, a kiedy się ocknęłam, nie chciałam żyć. To nie było moje ciało, to nie byłam ja.

- Kocham cię - powtarzał mi niemal co dnia Jędrzej. - I bierzemy ślub, jak tylko wydobrzejesz.

- Po co? Po co chcesz się żenić? Z litości?

Naprawdę nie wiedziałam, po co przy mnie trwa, czemu chce ślubu. Moja klatka piersiowa wyglądała teraz jak dzieło doktora Frankensteina. To nie był widok dla żadnego mężczyzny.

Żyłam. Lekarze mówili, że jestem silna i że będzie dobrze. Nie znaleźli żadnych przerzutów, a przecież dokładnie szukali. Znowu straciłam włosy, znowu zaczęłam ćwiczyć, znowu brać leki, tyle że teraz jeszcze więcej. Żyłam. Ale chyba tylko nienawiścią do samej siebie.

- Nie odpychaj mnie - prosił Jędrzej, bo to właśnie robiłam.

Mściłam się na nim, na matce, stałam się nieprzyjemna, obcesowa, zamknęłam się w sobie. Im bardziej pragnęłam bliskości, tym mocniej to pragnienie w sobie dusiłam. Czułam, że ktoś taki jak ja nie zasługuje na nic dobrego. Wolałam zostać sama. W tym obcym, zdradzieckim ciele, które nie powinno oglądać świata i którego nie powinien oglądać świat.

Odmawiałam sobie prawa do radości, do przyjemności, do miłości. Mściłam się na Jędrzeju, bo nie zasługiwał na moje ciało. Ono mu się nie należało, bo był na nie za dobry i za piękny. Szalałam z rozpaczy.

- Jesteś moją ukochaną... - twierdził Jędrzej. - I ja wszystko wytrzymam, tylko pogódź się z tym, co się stało, błagam...

- Jak? Jak mam się pogodzić?

- Może terapia? Zaledwie kilka razy rozmawiałaś z psychologiem.

Fakt. Nie miałam sił się otworzyć.

- Nie chcę terapii - zapierałam się.

- A czego chcesz? - pytał.

- Nie wiem... Daj mi spokój...

- Widzisz? Sama sobie nie poradzisz, a ja mimo najszczerszych chęci nie potrafię ci pomóc, kochanie.

Nie rozumiałam, po co on mi to robi.

Mijały miesiące. Wróciłam do pracy z nową, gęstą fryzurą. Koleżanki nie mogły się nachwalić, ale ja w każdym słowie czułam fałsz. Ciekawe, co by mówiły, gdybym stanęła przed nimi nago?

"Najpiękniejszy biust na świcie", w uszach wciąż brzmiały mi słowa Jędrzeja. On najbardziej kochał moje piersi. Więc co pozostało? Nic...

Nie wiem, jak długo siedziałam w łazience. Kiedy wyszłam, ujrzałam światło w pokoju. Jędrzej pakował coś do walizki.

- Koszule? Po co je pakujesz w środku nocy? - zapytałam zdumiona.

- Wyprowadzam się, Beata.

- Co?! - tego się nie spodziewałam.

Przecież miał wszystko wytrzymać.

- Jestem już bezsilny. To nie może trwać. Nie w ten sposób...

- No jasne! - dawno nie płakałam, ale teraz z oczu polały się łzy. - Nie ma piersi, nie ma miłości!

Zmienił się na twarzy i potwornie blady ruszył ku mnie.

- Czy ty nie rozumiesz, że świat nie sprowadza się do twoich cycków?! Nie masz ich i już! To straszne, fakt! Też żałuję, bo były śliczne, tylko że ja kochałem cię za twoją radość, inteligencję, poczucie humoru, fantazję! Nie za piersi!

- Kochałeś? - to wydawało mi się najważniejsze.

- Tak, i kocham nadal. Ale to nie działa w jedną stronę. Pamiętasz jeszcze, kiedy ostatni raz się kochaliśmy?

Nie pamiętałam.

- Nie mogę pojąć, że w ogóle tego chcesz... - rzucił, a ja osunęłam się na kolana.

Wiedziałam, że jeśli Jędrzej odejdzie, skończy się wszystko. Do tej pory marzyłam o tym, żeby ukarać się jeszcze bardziej, ale teraz, kiedy miało się to stać faktem, zdałam sobie sprawę, że tego jednego nie przeżyję.

- Zostań! Kocham cię tak bardzo... - załkałam głośno.

Jędrzej przypadł do mnie i mocno przytulił. Potem odnalazł ustami moje usta, potem rozpiął koszulę, a potem dotknął blizn... Pozwoliłam mu na to wszystko... Pokonałam strach...

Beata F. 31 l.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje