Chcę żyć na własny rachunek

Złota klatka może wydawać się atrakcyjna, ale tylko z zewnątrz...

Często zastanawiam się, jak ułożyłoby się moje życie, gdybym tamtego wieczoru nie poszła do nocnego klubu. Miałam dwadzieścia parę lat, dyplom wyższej uczelni w kieszeni, pracę w rodzinnej firmie i... żadnego pomysłu na przyszłość. No i jeszcze narzeczonego z przydziału, którego znałam od dzieciństwa.

Reklama

Już nasi rodzice przed wieloma laty uradzili, że ja i Waldek się pobierzemy. Nie zastanawiałam się, czy to dobry pomysł, bo to działo się jakby poza mną. Nie kochałam Waldka, ale wtedy nie miałam dość siły, żeby przeciwstawić się jego i moim rodzicom. Waldek chyba też nie pałał do mnie gorącą miłością, bo w dzień i w nocy myślał jedynie o firmie i jej rozwoju. Marzył często, jak to będzie, kiedy za parę lat przejmiemy interes. Tylko to było dla niego ważne. Firma spędzała sen z powiek obu naszym rodzinom. Wszyscy pilnowali interesu, a do mnie mieli tylko pretensje, że się nie przykładam do pracy, a przecież firma zapewniała dostatek całej naszej i Waldka rodzinie.

Pracowali od rana do nocy, a ja nie chciałam tak żyć... Miałam jedyną przyjaciółkę, Dagmarę, z którą od pierwszej klasy szkoły podstawowej byłyśmy nierozłączne. Ona wiedziała, że nie znoszę pracy w naszej firmie. Przez to ciągłe gadanie o interesach często ogarniał mnie smutek i poczucie beznadziei. Dagmara mówiła, że powinnam trochę wyluzować i namawiała mnie na wyjście do klubu.

- Zrobię cię na bóstwo, Julka, - obiecywała. - Zabawisz się i zapomnisz o zamówieniach, które musisz wysłać!

- To nic nie da. Daj mi spokój - broniłam się.

- Siedzisz stale w domu - nie dawała za wygraną. - Ile ty masz lat? Kiedy będziesz korzystać z życia?

Wzruszyłam ramionami, ale Dagmara tym razem nie dała się spławić. W końcu więc zgodziłam się. Dagmara zrobiła mi zabójczy makijaż i superfryzurę. Po dobrej godzinie byłyśmy gotowe do wyjścia. Wyglądałam ponoć wystrzałowo. Pojechałyśmy taksówką do ekskluzywnego nocnego klubu. Na początku czułam się nieswojo i byłam skrępowana. Przerażała mnie głośna muzyka i swobodny styl bycia innych dziewczyn. Jednak po dłuższej chwili trema mi przeszła i zaczęłam tańczyć z innymi.

Do naszego stolika przysiadł się Patryk, dobry znajomy Dagmary, który w tym klubie pracował jako didżej. Był wysoki i przystojny, miał ujmujący uśmiech. Patryk zrobił na mnie sympatyczne wrażenie. Rozmawiałam z nim w taki sposób, jak bym go znała od dawna. Jednak Patryk nie mógł z nami zbyt długo siedzieć. Przecież był w pracy. Dlatego zaproponował mi spotkanie na drugi dzień w pubie. Zgodziłam się, bo stwierdziłam, że spotkanie z nim na pewno będzie ciekawsze, niż siedzenie w firmie nad rozliczeniami.

- Chyba nie żałujesz, że przyszłaś? - zapytała Dagmara, gdy zaczęłyśmy się zbierać do wyjścia.

- Jasne, że nie. Dobrze, że mnie namówiłaś. Było wspaniale, naprawdę - puściłam do niej oko. - Wiesz, umówiłam się na jutro z tym didżejem, Patrykiem.

- No, no - mruknęła Dagmara. - Cicha woda brzegi rwie... A Waldi?

Ale ja tylko wzruszyłam ramionami. Od tej pory zaczęłam spotykać się z Patrykiem. On był zupełnie inny niż Waldek, bardziej spontaniczny i wesoły. Przy nim mój narzeczony był po prostu nudny. W naszej firmie spędzałam kilka godzin dziennie, ale bez większego zaangażowania. Trochę musiałam udawać, że te wszystkie sprawy związane z zakupem materiałów i produkcją mnie interesują, ale nie była to prawda, bo tak naprawdę było mi się wszystko jedno. Któregoś dnia ojciec wezwał mnie do siebie na dywanik.

- Julka, nie pracujesz tyle, co kiedyś - rzucił z niezadowoleniem i dodał, jakby mówił do dziecka: - To nieładnie... Wygląda na to, że się obijasz. A przecież widzisz, jak my wszyscy się staramy i ile czasu poświęcamy naszej firmie. Zmieniłaś się... Naprawdę nie rozumiem, co się z tobą dzieje.

- Tato, ale poza firmą też jest jeszcze jakieś życie - zauważyłam cierpko. - Nie potrafię się aż tak poświęcać, jak wy...

Zapanowała cisza, a ojciec był wyraźnie zaskoczony moją postawą.

- Wiele poświęciłem naszej firmie - powiedział po chwili. - Żebyśmy mogli żyć na takim poziomie, jak teraz. Dla dobra nas wszystkich ty też, moja panno, musisz wziąć się do roboty i to od zaraz.

- To wszystko? - zapytałam rozdrażniona i z poczuciem krzywdy. "Co to jest, do diabła, jakiś obóz pracy czy co?", myślałam i z trudem się hamowałam, żeby nie powiedzieć, co naprawdę myślę. Ale powstrzymałam się. Dopiero wieczorem zwierzyłam się Patrykowi ze swoich problemów.

- Wszyscy wymagają ode mnie bezwzględnego posłuszeństwa - skarżyłam się. - A ja przecież nie znoszę tej pracy.

- To jest, niestety, cena za luksus, w którym żyłaś do tej pory - zauważył trzeźwo Patryk. - Teraz musisz pokazać rodzinie, że jesteś odpowiedzialna i pracować, pracować i pracować...

- Ale ja tak nie chcę! - rzuciłam wściekła. - Chcę cieszyć się życiem, a nie harować od rana do wieczora. Mam tego dosyć! Dłużej tego nie wytrzymam!

- Nikomu nie jest lekko, Julka - Patryk wzruszył ramionami.

- Mnie też jest czasem ciężko...

- Ale ty jesteś wolny. Nie tak jak ja. Cały dzień słyszę tylko o rodzinnej firmie i jak powinnam się przykładać do pracy...

Powoli zaczęłam dojrzewać do myśli o wyjeździe z naszego miasta. W końcu podjęłam decyzję i postanowiłam zacząć życie na własny rachunek. W tajemnicy przed rodziną znalazłam pracę w innym mieście. Musiałam zostawić w końcu to wszystko, żeby nie zwariować. Postawiłam ich przed faktem dokonanym. Rodzice i Waldek zaniemówili, kiedy powiedziałam im, jakie mam plany.

- Chcę żyć na własny rachunek - powiedziałam stanowczo. - Wyjeżdżam na jakiś czas. Nie mogę żyć pod wasze dyktando, po prostu nie mogę...

Waldek nie próbował mnie nawet zatrzymać. I to miał być mój mąż? Kilka dni później wyjechałam i zaczęłam nowe życie. Podjęłam nową pracę i zamieszkałam w pokoiku u starszej pani. Na początku bardzo tęskniłam, nawet za naszą firmą. Tutaj wszystko było mi obce i czułam się bardzo samotna. Oczywiście utrzymywałam kontakt z rodzicami. Oni zamartwiali się o mnie i namawiali mnie do powrotu, ale byłam nieugięta. Chciałam stanąć na własnych nogach i przekonać się, jak to jest żyć samodzielnie. Z Patrykiem również się kontaktowałam. Tylko Waldek obraził się na mnie i nawet nie zadzwonił, ale wcale mi na tym nie zależało. Pewnego dnia dostałam SMS-a od Patryka. Pisał, że właśnie do mnie jedzie. Boże! Jak ja się ucieszyłam.

- Tęskniłem za tobą, Julka - powiedział ciepło, zaraz po przywitaniu - Nawet nie wiesz, jak bardzo. Chyba rozejrzę się za pracą w tym mieście. Mam nadzieję, że istnieją tu jakieś nocne kluby... Uśmiechnęłam się z zadowoleniem.

- Pewnie, jest ich kilka. Od tej pory Patryk jest zawsze przy mnie. Nawet jak pracuje do późna, to i tak czuję jego obecność i wsparcie. To dzięki niemu stałam się bardziej pewna siebie i... bardzo zadowolona z życia. Cieszymy się sobą i co najważniejsze, tak ułożyliśmy swoje życie, że mamy czas na wszystko, na pracę i na przyjemności. Rodzice wciąż pytają mnie, kiedy wrócę do domu, a ja odpowiadam, że jeszcze nie nadszedł ten czas. Zresztą nie wiem, czy kiedykolwiek nadejdzie. Wprawdzie teraz zarabiam mniej niż dawniej, ale czuję się wolna i szczęśliwa. Znam życie w złotej klatce i zdecydowanie nie chcę do niej wracać.

Julia I., 28 lat

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje