Dziewczyna narkomana

Ludzie na mój widok milklii odsuwali się, jakbym była trędowata...

Nigdy nie wierzyłam, że zwykła plotka może zniszczyć komuś życie. Aż do momentu, gdy ta prawda sprawdziła się w moim życiu... Ten koszmar trwa już ponad trzy lata i sama nie wiem, jak walczyć z kłamstwem, które rujnuje mi nerwy i zdrowie. Gdy wchodzę do osiedlowego sklepu, czuję niechęć sprzedawczyni i innych klientów.

Reklama

W szkole moje dziecko nie może się bawić z innymi, bo rodzice niektórych uczniów zabronili im kontaktów z Pawłem. Najgorzej jest jednak w przychodni. Kiedy idę tam na comiesięczny zastrzyk, a nawet na zwykły przegląd zębów, personel na mój widok wkłada od razu jednorazowe rękawiczki i maseczki. Brakuje mi już sił, żeby tłumaczyć wszystkim razem i każdemu z osobna, że nie jestem nosicielką wirusa HIV!

Czasem przypominają mi się czasy, kiedy jeszcze żyłam normalnie. Byłam wtedy anonimową mieszkanką jednej z podwrocławskich miejscowości. Moje życie wcale nie było usłane różami - brak pieniędzy, przewlekła choroba, dziecko, które musiałam samotnie wykierować na ludzi - nie było mi łatwo. Prawdziwy problem zaczął się dopiero, gdy w rejonowej przychodni los zetknął mnie z młodą lekarką, Bożeną N.

O ironio, na początku nasze spotkanie odbierałam nawet jako coś w rodzaju szczęśliwego trafu. Od wielu lat choruję na astmę oskrzelową i jestem zmuszona do częstego korzystania z usług służby zdrowia. Wiele godzin spędziłam w kolejkach pod lekarskimi gabinetami, biegłam bladym świtem do przychodni, żeby się zarejestrować, wysłuchiwałam kwaśnych uwag pielęgniarek, że im nie płacą za robienie pacjentom zastrzyków po godzinach, gdy tylko spóźniłam się dziesięć minut na zabieg...

Bożena N. Była inna. Młoda, pełna zapału, uważnie słuchała swych pacjentów i starała się im pomóc, nie szczędząc czasu. Nie przypuszczałam, że kiedyś gorzko pożałuję, że się mną tak troskliwie zajęła.

- Astma to ciężka i kosztowna choroba - powiedziała mi lekarka, kiedy pierwszy raz mnie badała. - Na pewno nie jest pani łatwo pracować i leczyć się jednocześnie.

- Pracuję tylko dorywczo - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Większość czasu pochłania mi zajmowanie się dziećmi.

- O, a więc pani jest mężatką - uśmiechnęła się. - Wobec tego powinna pani namówić partnera, żeby przejął większość obowiązków. W tym stanie naprawdę nie powinna się pani przemęczać.

- Nie mam męża - powiedziałam krótko, ale głos mi przy tym trochę zadrżał. Ona, jakby wyczuła moje napięcie, położyła swoją dłoń na mojej ręce.

- Przepraszam - powiedziała. - Nie miałam nic złego na myśli, po prostu nie wiedziałam... Widzę, że coś leży pani na sercu. Może lepiej się pani poczuje, gdy mi o tym opowie? Wie pani, każdy lekarz jest trochę psychologiem-amatorem.

Sama nie wiem dlaczego, ale poczułam, że rzeczywiście mam ochotę jej opowiedzieć o swoim trudnym życiu. Być może to, co przeżyłam, miało jakiś wpływ na rozwój mojej choroby?

- No więc - zaczęłam - ojciec moich dzieci był narkomanem...

Potem opowieść potoczyła się już sama. Opisałam jej, jak na początku wierzyłam, że Tomek zerwie z nałogiem, potem walczyłam z nim o to i zmuszałam do leczenia. Kiedy jednak straciłam nadzieję, postanowiłam, że najważniejsze jest ocalić dzieci i siebie przed jego złym wpływem. Rozstaliśmy się, choć nadal pozwalam mu odwiedzać maluchy. Na szczęście ma tyle przyzwoitości, że nigdy nie pokazuje im się "na haju". Nie mogę całkowicie zerwać z nim kontaktu, bo dużo zawdzięczam jego rodzinie. To oni pomagają mi finansowo, a w zamian nalegają, żeby nie odwracać się do Tomka.

- Ty i dzieciaki, to najlepsza rzecz, jaka mu się w życiu zdarzyła - tłumaczy mi jego matka. - Jeśli was straci na zawsze, nie będzie już dla niego ratunku.

Dlatego, choć wstydzę się, że moje dzieci mają takiego ojca, nie mogę się uwolnić od etykietki "kobieta narkomana".

- Cieszę się jedynie z tego, że nie dałam się wciągnąć w jego środowisko, choć ludzie plotkowali na potęgę. Zwłaszcza, gdy widzieli ślady tych wszystkich zastrzyków na moich rękach - zakończyłam tę historię, a lekarka popatrzyła na mnie uważnie.

Wtedy nie wzięłam sobie tego do serca, ale potem zdałam sobie sprawę, że mogła źle zrozumieć moje słowa.

- Z powodu choroby przysługuje pani renta inwalidzka - doradziła mi jedynie. - Jeśli pani chce, mogę wypisać pani skierowanie na komisję kwalifikacyjną i przekażę do ZUS-u pani dokumentację.

Strasznie się wtedy ucieszyłam. Renta byłaby jakimś rozwiązaniem, a w mojej sytuacji każdy grosz się liczył. Uzyskanie świadczenia okazało się prostsze, niż myślałam. Na komisji w ZUS-ie lekarz zbadał mnie pobieżnie, posłuchał, jak pracuj moje serce, obejrzał wyniki specjalistycznych badań, że od lat cierpię na astmę i kazał poczekać na orzeczenie. Nikt mnie o nic więcej nie pytał, w miesiąc potem otrzymałam pierwszy przekaz - czterysta pięćdziesiąt złotych. Dla mnie to była fortuna! Wydawało mi się, że szczęście nareszcie się do mnie uśmiechnęło. Ale już wkrótce nad moją głową znów zaczęły się gromadzić czarne chmury. Najpierw zauważyłam, że sąsiadki z klatki schodowej starają się mnie omijać z daleka i na mój widok szepczą coś sobie do ucha. Na początku się tym nie przejmowałam, bo nigdy nie miałam u nich dobrej opinii, a przecież nie mogę każdemu tłumaczyć, że jestem porządnym człowiekiem. Podobne sytuacje zaczęły się jednak zdarzać także w naszym sklepiku.

- Coś pani dziś marnie wygląda - zaczepiła mnie kiedyś ekspedientka. - Może powinna pani zrobić jakieś badania...

- Dziękuję za troskę, ale nic mi nie jest - odpowiedziałam zdziwiona. - To tylko ataki astmy tak mnie męczą.

- A więc tak się to teraz nazywa. Astma... - usłyszałam jakiś nieżyczliwy szept za plecami. Gdy się szybko obróciłam, jakieś dwie kobiety udały, że oglądają coś na półkach. Szybko wyszłam ze sklepu, ale doszło mnie, co mówią do sprzedawczyni.

- Takie to powinno się w szpitalu zamykać, a nie pozwalać im chodzić między ludźmi. Czy to człowiek wie, czego dotykała? Ja tam na pani miejscu bym ją pogoniła, bo jeszcze straci pani klientów.

Zamurowało mnie. "O co im chodzi? Różne dziwne rzeczy ludzie mówią o narkomanach, ale żeby to było zaraźliwe, to pierwsze słyszę", pomyślałam. Bomba wybuchła, gdy w pół roku po przyznaniu renty, dostałam wezwanie z ZUS-u na rutynową kontrolę lekarską. Zanim zaczęło się badanie, lekarka, którą widziałam po raz pierwszy w życiu, zaczęła wypytywać o moje życie prywatne.

- Czy nadal zażywa pani narkotyki?

- Dlaczego pani sądzi, że jestem narkomanką? - zapytałam, zaskoczona sposobem, w jaki zadała to pytanie.

- Bardzo proszę, aby zechciała pani odpowiedzieć. To musi się znaleźć w pani dokumentacji.

- Może chodzi pani o te ślady ukłuć na rękach - powiedziałam. - Z powodu astmy od wielu lat biorę często zastrzyki. Nawet sąsiedzi z tego powodu plotkują o mojej narkomanii.

- Ja, proszę pani, nie zajmuję się plotkami - stwierdziła sucho. - Tylko czytam pani dokumentację lekarską. To tam właśnie znajduje się zapis o tym, że zażywa pani narkotyki i że może być pani nosicielką wirusa HIV.

Byłam w szoku. Zupełnie nie wiedziałam, jak się zachować. Gdy próbowałam wykrztusić jakieś wyjaśnienie, dostałam ataku duszności. Szybko wyszłam z gabinetu. Kilka dni potem dostałam z ZUS-u zawiadomienie, że mam zrobić test na obecność wirusa HIV w organizmie. Choć prawie się popłakałam z bezsilnej złości, poszłam i zrobiłam to badanie. Wynik był oczywiście negatywny. Powoli zaczęło mi świtać w głowie, skąd się bierze to wrogie nastawienie do mnie.

Ktoś musiał rozsiewać jakieś okropne plotki o mojej rzekomej chorobie. Nic dziwnego, że ludzie w to wierzyli, skoro nawet w dokumentach lekarskich znalazło się to "podejrzenie". "Dopóki tego nie wyjaśnię do końca, będzie się to za mną ciągnąć do końca życia", pomyślałam i postanowiłam załatwić sprawę raz na zawsze. Na początek zażądałam wglądu do swoich akt w ZUS-ie. Tam wyczytałam, że na podstawie tzw. wywiadu środowiskowego stwierdzono u mnie narkomanię i podejrzenie o nosicielstwo HIV-a.

- Od kiedy ustalacie takie fakty na podstawie rozmów z sąsiadami? - wściekałam się w gabinecie kierownika inspektoratu ZUS.

- To przecież karygodne niedbalstwo, a na dodatek czysty fałsz!

- Pani się myli. Nie opieramy się na wywiadzie, ale przede wszystkim na lekarskich badaniach - tłumaczył się.

- Nikt z komisji, która przyznała mi rentę, nawet nie zapytał o narkotyki czy HIV! Skąd więc to podejrzenie?

- Być może sama pani o tym wspomniała, a teraz tego nie pamięta - zasugerował cierpko. - Ludzie mówią różne rzeczy, żeby tylko dostać wyższą rentę.

- Mam tego dość! - krzyknęłam. - Najpierw mnie oczerniacie, a teraz jeszcze zarzuca mi pan oszustwo.

- Proszę się nie denerwować - próbował załagodzić. - Spróbuję sprawdzić, jak ta informacja trafiła do pani akt. Po kilkunastu minutach wrócił zadowolony i uśmiechnięty.

- No, wszystko się wyjaśniło. Tę informację przekazała nam wraz z pani dokumentacją lekarka z przychodni rejonowej, doktor Bożena N.

- Ale to nieprawda! Ja mam wyniki badań. Mogę zaskarżyć was do sądu.

- Radziłbym, żeby pani nie nagłaśniała tej sprawy, bo może się pogrążyć - odpowiedział sucho.

- Pan chyba żartuje! Czy można poczuć się jeszcze gorzej?

Wyszłam z gabinetu z mocnym postanowieniem, że ja im jeszcze pokażę. Szybko okazało się, że nie będzie to proste, bo lekarze popierają się nawzajem. Najpierw dyrektor przychodni wykręcał się od ukarania lekarki za to, że wpisała do moich akt nieprawdziwą informację.

- Zrobiła to w dobrej wierze - powiedział mi tylko. - Każdy się może pomylić...

Ostatecznie, kierownik przychodni nie ukarał lekarki. Poszłam więc do prokuratury. Tam doradzono mi, żebym zwróciła się do sądu i zażądała odszkodowania za naruszenie dóbr osobistych.

- Prywatnie doradzę pani jednak, żeby pani się tak nie miotała - westchnął prokurator - Z lekarzami pani nie wygra.

- Przynajmniej spróbuję! - rzuciłam. Zapożyczyłam się na adwokata. Wzięłam nawet pieniądze od matki Tomasza.

- Po co ci ten proces? - narzekała. - Moje dzieci dość wycierpiały za to, że mają ojca narkomana. Nie pozwolę, żeby miały problemy, bo ktoś uznał ich matkę za nosicielkę HIV - odrzekłam twardo. W pozwie domagałam się piętnastu tysięcy złotych, a nawet wymieniłam nazwiska osób, do których dotarły plotki na mój temat. Gorzko się jednak zawiodłam na wymiarze sprawiedliwości.

- Nie ma dowodów, że przykrości jakie panią spotkały w związku z informacją o rzekomym nosicielstwie HIV spowodował przeciek z ZUS-u - uzasadniła sędzina, oddalając moje powództwo. Nie przesłuchano żadnych świadków, a ci, którzy się stawili, mówili, że nie pamiętają, skąd usłyszeli o mojej rzekomej chorobie. Pewnie, przecież wszyscy korzystają z pomocy lekarzy, więc kto się odważy im narazić?

- Czy nie mogłaby pani przedstawić jakichś bardziej przekonujących faktów? - zapytała pod koniec procesu sędzina.

- Jeśli chodzi o to, żebym przyprowadziła tu za rękę osobę, która ostrzegała przede mną i moimi dziećmi mieszkańców mojej dzielnicy, to nie potrafię tego zrobić - odpowiedziałam z goryczą. - Wiem tylko, że dzięki czyjejś nadgorliwości, moje życie zmieniło się w piekło.

Choć od tego momentu minęło kilka miesięcy, słowa, które wtedy wypowiedziałam, są nadal aktualne. Gęsta sieć plotek i niechęć wciąż prześladuje moją rodzinę. Niedawno z atakiem duszności trafiłam do szpitala. Pielęgniarka, która robiła mi dożylny zastrzyk, przypadkowo ukłuła się brudną igłą. Wpadła w panikę, że mogła zarazić się wirusem HIV. Choć zapewniałam ją, że jestem całkiem zdrowa, błagała mnie o zrobienie testu. Zgodziłam się, bo chciałam oszczędzić jej strachu. Zastanawiam się, czy tak będzie już zawsze i ile czasu minie, zanim ludzie znajdą sobie inny temat do plotek?

Magda I., 32 lata

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje