Dziś prawdziwej miłości już nie ma

Wieczorem zadzwoniła moja przyjaciółka, Ula.- Aśka, mogę do ciebie zajrzeć jutro po wykładach? - spytała wesoło. - Dostałam od Magdy zaproszenie na ślub i... chciałam ci je pokazać!

- Jasne, przyjdź. Niedługo tylko my dwie będziemy pannami - westchnęłam. - Ale co cię tak śmieszy?

Reklama

- Też się uśmiejesz, gdy zobaczysz! - Ula prychnęła śmiechem i się rozłączyła.

Obie studiowałyśmy, ja prawo, Ula ekonomię. Wbrew wszystkiemu, co się głupio gada o studentach, miałyśmy mnóstwo nauki. Do tego każda z nas dorywczo pracowała przy różnych fuchach, bo inaczej człowiek by się nie utrzymał.

Następnego dnia Ula wpadła zziębnięta i mokra, ale uśmiechnięta.

W ręce trzymała wielki arkusz sztywnego brystolu i machała nim radośnie!

- Aśka, myślałam, że padnę, jak to czytałam - aż zanosiła się śmiechem.

- Dlaczego miałaś "paść"? - śmiałam się zdziwiona. - Po prostu kolejny ślub i już!

- E...tam...! To zaproszenie jest wyjątkowe! - Ulka zaczęła się rozbierać w korytarzu. - Daj, kobieto, jakieś ciepłe skarpety, bo przemokłam - poprosiła.

Zrobiłam kawę, podałam jej koc, żeby się nim okryła. Dopiero wtedy Ula rozwinęła gruby arkusz papieru i zrobiła minę natchnionego poety. Po namyśle jednak odrzuciła koc i stanęła pośrodku pokoju w teatralnej pozie.

- Trudno, to trzeba czytać po staroświecku - orzekła - tak jak w niegdysiejszych czasach herold czytał zgromadzonej gawiedzi edykty królewskie!

- Odbiło ci? - zaczęłam się śmiać. - Po co ten cały cyrk?

- To nie cyrk, to teatr! - odpowiedziała Ula ze śmiertelnie poważną miną, odchrząknęła znacząco i zaczęła czytać:

- "Teatr umyślnie utraconej wolności..." - grzmiała donośnie - "...zaprasza szanowną panią na... przedstawienie pod tytułem..."

- Ulka, daj spokój - przerwałam jej nieco zniesmaczona. - To nie jest śmieszne, gdy sobie robisz wygłupy ze ślubu koleżanki! Jeszcze ktoś pomyśli, że jej zazdrościsz.

- Ale ja nie robię wygłupów, tylko czytam - broniła się Ula. - Czy to moja wina, że sama Magda ze swojego ślubu robi teatr?

Znowu odchrząknęła i czytała dalej:

"...pod tytułem: "Wyczekiwana zmiana stanu - sztuka w III aktach" - tym razem Ulka nie wytrzymała i ryknęła śmiechem.

- Oj, Ulka, ciężko przesadzasz - to już naprawdę uznałam za głupie wyśmiewanie się. - Dawaj mi ten papier, sama przeczytam! - i chciałam wziąć jej z ręki to zaproszenie.

- Nic nie przesadzam, słuchaj dalej - Ulka odskoczyła do tyłu i podniosła rękę z zaproszeniem jeszcze wyżej.

"Premiera Roku Pańskiego dwa tysiące dziesiątego, dwudziestego siódmego marca! Obsada: w rolach głównych..."

- Ulka! - wkurzyłam się na serio. - Przestań! Dla Magdy to życiowe wydarzenie, a ty sobie kpiny urządzasz!

- Żadne kpiny, Boże broń - Ula podsunęła mi tekturkę prawie pod nos. - Sama zobacz!

Wzięłam ten sztywny papier i... szczęka mi opadła!

"...w rolach głównych - czytałam - Panna Młoda: Magdalena..., Pan Młody: Janusz..., w pozostałych rolach udział biorą: Rodzice Narzeczonych, Goście, Duchowieństwo, Orkiestra, Kelnerzy i Gapie..."

Ręka z zaproszeniem mi opadła i popatrzyłam bezradnie.

- Ulka - zapytałam cicho - co to ma być? Kelnerzy, gapie... dla kelnerów to normalna praca, a gapiów nie będzie! Bo niby gdzie? W lokalu! Czy jeszcze w kościele? No, ale tam jeszcze nie będzie kelnerów... Prawdziwy teatr!

- No, po prostu ślub...! - ironicznie odpowiedziała koleżanka. - Dobrze, że uwzględnili duchowieństwo...

- To rzeczywiście chore - westchnęłam i czytałam dalej:

- "Akt I: Dla ducha... ...Państwo Młodzi ochoczo ślubować sobie będą: Miłość, Wierność i Uczciwość Małżeńską, założą obrączki oraz wysłuchają marsza weselnego Mendelssohna

w kościele pod wezwaniem... "

Przerwałam i westchnęłam.

- Boże, ratuj - powiedziałam cicho. - To prawdziwy teatr! Na głowę im padło ze szczęścia, czy co? - spojrzałam bezradnie na Ulkę, która tylko kiwała głową.

- Cała Magda - rzeczowo wyjaśniła moja przyjaciółka. - Ona uwielbia teatralne efekty! Pewnie myśli, że to fajne i że wszyscy jej zazdroszczą! Zresztą, zobacz dalej! - Ulka miała minę szyderczą.

- "Akt II: Dla ciała" - przeczytałam - "po ceremonii zaślubin przed Bogiem... odbędzie się przyjęcie weselne w... "

- Jak znam Magdę - wtrąciła Ula - to będzie trzydniowe wesele na trzysta osób.

- "Akt III: Noc poślubna" - czytałam dalej - "bez udziału widowni..."

Ręka z tym wielkim arkuszem mi opadła. Z wrażenia, rzecz jasna.

- A niby co mieliby robić na oczach widowni? - spytałam skrzywiona. - To nie wieki średnie, a ona nie wychodzi za mąż za króla, z którym musi dokonać aktu "skonsumowania" małżeństwa na oczach całego dworu - jęknęłam.

- Jak to... na oczach dworu? - zdziwiła się Ulka, która była zielona z historii.

- No, czytałam o tym i widziałam na filmach - wyjaśniłam rzeczowo. - Król z nowo poślubioną królową musiał "to" zrobić przy wielu świadkach, najważniejszych dworskich figurach, tylko za muślinową zasłonką. Żeby później nie było wątpliwości co do legalnego pochodzenia jego potomka.

- Przy świadkach? Obrzydliwość! - Ulka aż się wzdrygnęła. - To ja już wolę normalnego faceta, a nie królewicza z bajki.

- Tak było naprawdę, ale to stare dzieje, prehistoria, a dzisiaj... w zaproszeniu na ślub pisać o nocy poślubnej? Przecież i tak wszyscy wiedzą, że oni tę noc "poślubną" mieli już dawno "przedślubnie", no nie? Dwa lata mieszkają razem.

Obie ryknęłyśmy śmiechem.

Potem zrobiłam kolejną kawę i podałam ją z wafelkami.

- Miałam nie jeść słodyczy - westchnęłam. - Zaraz mi wejdzie w biodra.

- Jedz, jedz i się nie martw - zaśmiała się Ula. - Do wesela schudniesz!

- Jakiego wesela? - zdziwiłam się. - Magdy? Przecież nie jestem zaproszona.

- Do twojego własnego wesela! - zaśmiała się Ula.

- Własnego... - powtórzyłam z ciasteczkiem w ręce i na chwilę ucichłam. - A wiesz, Ula, właściwie to jeszcze nie myślałam o własnym weselu, ale teraz... jak przeczytałam to cudactwo, to ja nie chciałabym czegoś takiego - powiedziałam poważnie.

- Ja też nie - dodała Ulka.

Chyba się rozmarzyłyśmy, bo obie zamilkłyśmy na dobrą chwilę.

- Wiesz, Aśka - pierwsza odezwała się Ula - ja nieraz myślałam o tym i wiem, że nie chciałabym żadnego wesela. Moi rodzice mieli skromniutki ślub, po którym wyruszyli w podróż poślubną w Tatry.

A na ślubie byli tylko najbliżsi, rodzice, rodzeństwo i garstka przyjaciół. No i do dzisiaj wspominają, jak było wspaniale.

- Z pewnością było wspaniale - przytaknęłam. - Bo nie liczy się fura gości i ciekawskich gapiów, tylko sama ceremonia, atmosfera, nastrój, wzruszenie... A przede wszystkim prawdziwe uczucia. Miłość, zaufanie, szacunek do siebie nawzajem i ta wewnętrzna szczera potrzeba bycia razem. I wiara, że to wszystko już na całe życie. A nie tylko rok, dwa, a jeśli się nie uda, to szybki rozwód i... następny, proszę!

Uśmiechnęłam się zmieszana.

- Ale się roztkliwiam - powiedziałam do Uli. - Jak bohaterka romantycznych powieści! A jestem przecież nowoczesną dziewczyną.

- Nie masz się czego wstydzić - odpowiedziała Ula. - Sto lat temu czy teraz, chyba każda normalna kobieta marzy o prawdziwej miłości, pięknym wzruszającym ślubie i kochającej się rodzinie. Tak było, jest i będzie. A te wszystkie cudactwa i wygłupy to może tylko dla zatuszowania naszych prawdziwych uczuć?... - zamyśliła się. - Bo szczerze kochać to chyba dzisiaj już nie w modzie, no nie?

- Nie wiem, może tylko z wierzchu nie w modzie? - odparłam i obie westchnęłyśmy ze smutkiem.

Joanna J., 27 l.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje