Gospoda pod Byczym Rogiem

Zepsuło mi się auto, a wokół szalała burza. Poszłam szukać pomocy i wtedy spotkałam tę niezwykłą parę.

Jasna cholera! - zaklęłam, kręcąc gałką milczącego radia.

Reklama

Nie znosiłam prowadzić w ciszy, zwłaszcza kiedy szyby zalewały strugi deszczu, pioruny waliły dosłownie metry od samochodu, a drogę przed sobą widziałam jedynie w rozbłyskach błyskawic. Nagle auto zaczęło łagodnie zwalniać i zrozumiałam, że wysiadła elektryka. Zjechałam na pobocze szosy i zaciągnęłam ręczny hamulec. Drżącymi rękami wyjęłam komórkę, by wezwać pomoc. Brak zasięgu. Dookoła szalała burza, a ja byłam sama gdzieś na środku Mazur, na drodze z rzadka porośniętej wysokimi drzewami. Wysokie drzewa?! Nie wolno pod nimi stać w czasie burzy! DUM! Piorun trzasnął obok samochodu. Zaczęłam krzyczeć w panice.

  - Tam musi być jakaś cywilizacja - mamrotałam, nerwowymi ruchami zdzierając kraciasty koc z tylnego siedzenia.  

Nakryłam się nim i zaczęłam przedzierać się przez strugi deszczu. Dookoła panowały ciemności, rozjaśniane jedynie metalicznymi błyskami rozwścieczonego nieba. Koc przemókł w mgnieniu oka, a ja grzęzłam w błocie. Zaczęłam płakać ze strachu, zimna i bezradności. Dlaczego nie mijał mnie żaden samochód? Gdzie ja w ogóle byłam? Marsz wydawał mi się wiecznością, ale nie mogłam się przecież zatrzymać. "Jeśli w ciągu godziny gdzieś nie dojdę, to umrę na tej szosie z wycieńczenia", pomyślałam z rozpaczą i w tym momencie zobaczyłam przed sobą światła. Za grupą wysokich świerków było widać niski, bielony budynek, z którego okien sączył się migotliwy, ciepły blask.

Kiedy podeszłam bliżej, ujrzałam rzeźbioną balustradę i kuty szyld nad drewnianymi drzwiami: Gospoda pod Byczym Rogiem. Byłam uratowana!    

- Dobry wieczór! - zawołałam.

- Witajcie! - z kuchni wyszła starsza, siwa kobieta w długiej, kolorowej spódnicy i białym fartuchu. - Aleście przemoczeni! Siadajcie przy ogniu, to się wysuszycie.

Zdjęła mi z ramion ciężki od wody koc i rozwiesiła na balustradzie ganku, żeby ociekł. Podeszłam do kominka, a właściwie paleniska na środku pustej sali, i rozejrzałam się dookoła. Burza musiała uszkodzić transformatory w okolicy, bo w lokalu nie było prądu. Wszędzie stały lampy naftowe, dające to migotliwe światło, które zobaczyłam przez okno. Gospoda była urządzona w tradycyjnym stylu: drewniane stoły i ławy pokryte skórami, na ścianach poroże i trofea myśliwskie. Nawet ładnie.   

 - Zdejmijcie te mokre suknie i owińcie się tym - gospodyni wręczyła mi wielką płachtę materiału.

Okryłam się nią i zsunęłam pod spodem bluzkę i spódnicę. Z ulgą też zrzuciłam mokre baleriny i stanęłam boso na suchych, ciepłych deskach podłogi.

- A teraz strawa i napitek - kobieta przyniosła gliniany kufel, znad którego unosiła się para. - Grzane piwo. Najlepsze na taką pogodę - oświadczyła.

Pociągnęłam łyk napoju i poczułam, jak po moim ciele rozlewa się cudowne ciepło. Gdy gospodyni przyniosła talerz z gorącym bigosem i kilkoma pajdami domowego chleba ze smalcem, myślałam, że rozpłaczę się ze szczęścia. Zjadłam wszystko do ostatniej okruszynki, dopiłam piwo i poczułam się senna. Zerknęłam w okno. Burza już ucichła, padał tylko drobny deszcz, a niebo nad horyzontem zaczynało jaśnieć. Zegar na ścianie wskazywał za pięć czwarta. "Zdrzemnę się trochę, a potem zadzwonię po pomoc", postanowiłam.

Właścicielka lokalu, czy może kucharka, nie pojawiła się już więcej, więc odsunęłam talerz i kufel, po czym wyciągnęłam się na pokrytej owczą skórą ławie. Zanim zapadłam w sen, pomyślałam jedynie, że to trochę dziwne tak spać w przydrożnej karczmie, ale było mi wszystko jedno.

Obudziłam się kilka godzin później. Lampy już nie płonęły, za to wnętrze gospody zalewało światło słońca wpadające przez okna. Z kuchni dobiegał brzęk talerzy i wesoła piosenka, śpiewana ciepłym barytonem. Moje ubrania wiszące na oparciu ławy były suche, podobnie jak buty. Ubrałam się, po czym podeszłam do lady, żeby złożyć zamówienie. Zanim jednak dotknęłam kontuaru, z kuchni wyłonił się niski staruszek z tacą. Poczułam zapach jajecznicy na cebuli.    

- O, panienka już wstała! - zawołał na mój widok. - Zanim ruszy w dalszą drogę, musi podjeść i sił nabrać!    

- Dziękuję. Przepraszam, że zasnęłam...

Staruszek machnął tylko ręką i zniknął za kuchennymi drzwiami. Nadal byłam jedynym gościem gospody. Spałaszowałam ze smakiem jajecznicę i wypiłam kubek kawy. Krótsza wskazówka zegara zbliżała się do dziesiątej. Najwyższy czas uregulować rachunek i zadzwonić po pomoc. Odruchowo rozejrzałam się za torebką i w tym momencie uświadomiłam sobie, że zostawiłam ją w aucie...

  - Przepraszam!... - zawołałam.

Zamierzałam wyjaśnić sprawę braku portfela i zapewnić właścicieli gospody, że wrócę zapłacić, kiedy tylko uruchomią mi samochód. Byłam gotowa nawet zostawić im swój złoty pierścionek jako wadium.

- Halo! Mogę kogoś prosić?...

Nikt się jednak nie zjawił. Ruszyłam więc na poszukiwanie kobiety albo mężczyzny, którzy mnie obsługiwali, ale bez skutku.

  - Niemożliwe - powiedziałam. - Przecież dopiero co tu byli. Gdzie się podziali?

Weszłam za kontuar, zaczęłam szukać papieru i długopisu, by zostawić im krótki liścik z wyjaśnieniem. Nie znalazłam niczego poza zamkniętą, okutą skrzynką, w której grzechotały monety, i kilkunastoma starymi, glinianymi kuflami. Normalnie muzeum. Oprócz tego była jeszcze deszczułka z jasnego drewna, pewnie do krojenia. Przyjrzałam  jej się z namysłem, po czym wyciągnęłam z paleniska zimny kawałek węgla i napisałam koślawymi literami: "Poszłam po pieniądze. Wrócę". Przekroczyłam próg, spojrzałam w palące słońce i wyszłam szukać drogi powrotnej. Dopiero kiedy zobaczyłam swój samochód na poboczu, uświadomiłam sobie, że przecież nie zadzwoniłam po pomoc i nadal jestem uziemiona na tym pustkowiu! Z westchnieniem frustracji usiadłam na fotelu i sięgnęłam po komórkę, żeby sprawdzić godzinę.    

- A to co?! - zdumiałam się, widząc cztery kreski zasięgu na wyświetlaczu.

Jeszcze bardziej zdziwiłam się, kiedy po próbnym przekręceniu kluczyka, samochód bez problemu zapalił, a z radia popłynęła muzyka. Ostrożnie, wciąż nie dowierzając swoim zmysłom, wrzuciłam jedynkę i wyjechałam na drogę. Jechałam wolno, żeby przyhamować przy Gospodzie pod Byczym Rogiem, która nie mogła stać dalej niż kilka kilometrów od miejsca postoju samochodu. Minęłam znajome kępy krzaków, wysokie świerki, ale nie znalazłam budynku. "Pewnie doszłam dalej, niż mi się wydawało", wytłumaczyłam sobie i kontynuowałam jazdę. Ale kiedy licznik wskazał, że przejechałam już czterdzieści kilometrów, zrozumiałam, że musiałam przeoczyć gospodę. Chciałam zawrócić, jednak w tym momencie zobaczyłam przed sobą zabudowania. Chciało mi się pić, więc zatrzymałam samochód przed sklepem spożywczym. Właśnie wtedy zorientowałam się, że zostawiłam w gospodzie mój koc w kratę. "Trudno, zabiorę go, jak przyjadę zapłacić", pomyślałam.

    - Mam pytanie - powiedziałam do ekspedientki, płacąc za wodę mineralną. - Jak dojechać stąd do Gospody pod Byczym Rogiem? Zgubiłam drogę...

    - Pod Byczym Rogiem?... - spojrzała ze zdziwieniem. - Nie ma tu takiej. Ale jak pani pojedzie jeszcze z dziesięć kilometrów prosto, to będzie zajazd U Maryny.

    - Nie, nie - pokręciłam głową. - To musi być Byczy Róg. Taki biały budynek przy wysokich świerkach...

- Ja nie słyszałam o takim - sprzedawczyni pokręciła głową. - Może spyta pani kogoś innego. O, idzie pani Władysławowa. Ta staruszka z laską, widzi pani? Ona dobrze zna okolicę, pewnie pani pomoże.

    Podziękowałam i podbiegłam do kobiety drepczącej po drugiej stronie ulicy. Wyjaśniłam w czym rzecz i natrafiłam na kolejne zdumione spojrzenie. Tym razem jednak w oczach starszej kobiety było coś jeszcze. Lęk? Niedowierzanie? Oburzenie?

    - Pani idzie ze mną - rzuciła i zaprowadziła mnie do kiosku, gdzie kazała mi kupić przewodnik po okolicy, po czym otworzyła go i podsunęła mi pod nos.

    - Ta gospoda? - zapytała nieufnie.

Na fotografii widniał mój zajazd! Te same bielone ściany, drewniane drzwi, kuty szyld nad nimi i drewniana balustrada. I podpis: "Gospoda pod Byczym Rogiem. Jeden z zabytków architektury lokalnej, kulturalne centrum regionu w XVIII i XIX wieku, spalona w 1924 roku". Czytałam osłupiała, a staruszka przyglądała mi się podejrzliwie.

    - Widzi? - zapytała. - Nie mogła tam nocować. Ja znałam gospodarzy, małżeństwo Wiechierkiewiczów. Byłam dziewczynką, kiedy ktoś podpalił budynek. A że stał daleko od wsi, to nikogo nie było do gaszenia. Rano chłopi zastali tylko zgliszcza i wypalony krąg ziemi. Oni oboje musieli spłonąć w środku, bo ciał nie znaleziono. Ludzie posadzili tam świerki, co je Krystyna Wiechierkiewiczowa tak lubiła. Rosną tam do dzisiaj. Niech więc nie opowiada głupot, że tam była, bo tylko spokój zmarłym zakłóca - dodała karcącym tonem i odeszła, stukając laską.

    Zostałam sama, w oszołomieniu wpatrując się w czarno-białe zdjęcie. Jakim cudem mogłam wymyślić tę historię?!... Nagle jakiś detal przyciągnął mój wzrok: wzorzysta tkanina na balustradzie ganku suszyła się w słońcu. Mój ulubiony koc w szkocką kratę, z długimi frędzlami...

Imiona i nazwiska bohaterów zostały zmienione

Anna F., 32 lata

Dowiedz się więcej na temat: noc

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje