I już nigdy nikt... prócz ciebie

Nie miałam szczęścia do facetów, trafiałam na podrywaczy albo wariatów. Obiecałam sobie, że już się z takimi nie będę umawiać. Ale poznałam Pawła, kobieciarza i... wariata.

- Będę od dziś żyła w celibacie - zapewniłam Edytę, moją przyjaciółkę, a przede wszystkim siebie. - Dopóki nie spotkam porządnego mężczyzny, który nie będzie podrywaczem ani wariatem. Obiecuję. Żadnego faceta. Chyba że znajdę takiego, który okaże się super ojcem dla moich dzieci.

Reklama

Edyta popatrzyła na mnie kpiąco.

- Ty przecież zawsze jesteś pewna, że spotykasz ojca swoich przyszłych dzieci! - odparła z sarkazmem. Miała trochę racji. Mężczyźni stanowili moją wielką słabość. Wystarczyło, że jakiś przystojniak wyznał mi, że nie może zasnąć, bo o mnie myśli, a ja już wyobrażałam sobie Bóg wie co...

- Tym razem będzie inaczej - oznajmiłam stanowczo. - Cztery nieudane związki "do końca życia" są wystarczającą nauczką!

- Piękny Staś, poważny Michaś, zabawny Patryk i ten nudziarz, Bartek - wymieniła Edi imiona moich byłych chłopaków. - Gdyby ich tak połączyć w jednego... Wtedy miałabyś jakieś szanse na szczęśliwy związek...

- To teraz czekam na przystojnego, zabawnego i odpowiedzialnego zarazem! Ty takiego znalazłaś, to i ja mogę!

- Trzymam cię za słowo - roześmiała się Edyta.

Od tego czasu minęło pół roku, a ja robiłam wszystko, aby dotrzymać słowa. Mimo że niektórzy nowo poznani faceci naprawdę mi się podobali... Ale nie reagowałam na ich komplementy ani melancholijne spojrzenia. Czekałam na coś wyjątkowego... Na prawdziwą miłość... Wkrótce poznałam Pawła. Był kierownikiem budowy nowej biblioteki uniwersyteckiej, a ja, jako pracownik uczelnianej administracji, nadzorowałam jego pracę. Początkowo wcale mi się nie podobał. Owszem, był wysoki i pewnie uchodził za blond przystojniaka. Ale mnie i tak zawsze bardziej pociągali bruneci. Poza tym nie lubię bałaganiarzy, a on nim był. W jego dokumentacji kosztów budowy panował straszny galimatias.

- Trzeba to koniecznie uporządkować - zaproponowałam mu pewnego dnia.

- Po co? - wzruszył ramionami Paweł.

- Nie wiadomo, za jakie usługi zostały wystawione niektóre rachunki - tłumaczyłam. - A w razie jakiejkolwiek kontroli mogę mieć problemy.

- Zapytasz mnie, co jest za co, i już - wyjaśnił. - Ja się w tym orientuję z zamkniętymi oczami.

- Możliwe, ale chodzi o to, żebym i ja się w tym połapała - naciskałam. - Wystarczy uporządkować te papiery według nazwisk kontrahentów, czasu wpływania...

- Kobiety zawsze wszystko komplikują - odparł Paweł. Początek naszej współpracy upłynął pod znakiem "wojny o rachunki", jak on to ujął. Gdybym miała wtedy do czynienia z jakimś innym facetem, z pewnością znienawidziłabym go do końca życia za te pogardliwe uwagi o babskim systemie pracy. Ale Paweł... On po prostu mnie rozbrajał. W połowie kłótni potrafił zrobić minę niegrzecznego uczniaka i powiedzieć:

- Proszę o chwilę przerwy, pani generał. Chodźmy na obiad. W pobliżu jest świetny bar z pierogami.

Szliśmy więc na pierogi, po czym wracaliśmy i dalej kłóciliśmy się w najlepsze. Wreszcie wygrałam! Paweł się poddał i spędziliśmy jeden wieczór na układaniu wszystkich dokumentów.

- Jestem twoim dłużnikiem - powiedział, gdy skończyliśmy. - Zapraszam cię na piwo - dodał.

- Ale ja nie lubię piwa - odparłam.

- To dostaniesz wino - obiecał i zabrał mnie do cudownej winiarni.

- Musisz się nieźle znać na lokalach w mieście - zakpiłam, kiedy usiedliśmy przy stoliku.

- Samotny facet, przystojny - powiedział, wskazując na siebie. - Co mam robić z wolnym czasem? Bawię się. A ty? Po pracy pędzisz do chłopaka?

- Nie mam chłopaka - odparłam. - Jestem samotną dziewczyną. Ale wolnego czasu nie marnuję w knajpach.

- Pewnie odwiedzasz miejsca, w których można znaleźć dobrego męża - pokiwał głową, udając powagę. - Kościół, bibliotekę, może jakieś pole golfowe...

- A ty? Szukasz żony?

- Nigdy! - krzyknął niby przerażony. Zaczęłam się śmiać. Na takich przekomarzaniach minął nam cały wieczór. A kiedy już znalazłam się w domu, uświadomiłam sobie, że jestem roześmiana, rozluźniona i, niestety, podekscytowana. I wtedy dostałam SMS od Pawła: "Oczarowałem Cię, prawda? Ale nic z tego, nie zostanę Twoim mężem". "O! Niedoczekanie twoje, bubku", pomyślałam, mimo że faktycznie mnie oczarował. "Nie potrzebuję kolejnego zachwyconego sobą wiecznego chłopca", postanowiłam pozostać odporna na jego urok. Jednak po tygodniu uświadomiłam sobie, że wciąż rozmawiam z nim w myślach! Kilka razy dziennie wyciągałam komórkę, by do niego zadzwonić, ale nie dzwoniłam, bo przecież... nie mogłam z nim flirtować! Flirt prowadził do randek, a randki... do łóżka.

A Paweł nie był facetem, o którego mi chodziło. Całą sprawę pogarszały codzienne spotkania z nim. Bo za każdym razem miałam ochotę zanurzyć dłoń w jego włosach. Dotknąć jego długich, zgrabnych palców, pogłaskać bliznę na przedramieniu. Kiedy na powitanie Paweł mrugał do mnie, wykrzywiał się zabawnie i mówił: "Cześć, generale", czułam, jak robi mi się ciepło, i cała rozpływałam się w głupkowatym uśmiechu. A on! Zachowywał się, jakbym wcale mu się nie podobała! Ani razu nie usłyszałam od niego komplementu! A ja starałam się jak głupia! Codziennie układałam włosy, chodziłam na budowę w szpilkach, ubierałam się w seksowne ciuchy... W końcu nie wytrzymałam i zwierzyłam się ze wszystkiego Edycie.

- Co ja mam robić? - dopytywałam się. - On jest słodki, śliczny i taki zabawny... Ale zachowuje się, jakby mnie nie chciał, rozumiesz?

- Ten facet wygląda mi na jeden wielki chodzący kłopot - powiedziała Edi. - Nie myśl o nim! Pamiętasz, co niedawno mówiłaś? Twój mężczyzna ma być odpowiedzialny i nie bać się związków. Czy ten cały Paweł taki jest?

- Nie - jęknęłam. - To znaczy jest kierownikiem budowy, i to dobrym, więc musi być odpowiedzialny... Tyle że nie szuka żony ani nawet dziewczyny...

- Sama widzisz - mruknęła. - On się nie nadaje! Ta budowa skończy się za kilka miesięcy. Wytrzymasz, a potem po prostu szybko o nim zapomnisz.

- Ale on tak mi się podoba... - marudziłam.

- Zrobisz, jak zechcesz - wzruszyła ramionami. - Ja ci tylko mówię, że to zły pomysł!

Miała rację, wiedziałam to świetnie, więc jeszcze raz obiecałam sobie, że moje stosunki z Pawłem pozostaną na stopie koleżeńskiej. Takie postanowienie podjęłam w piątek wieczorem. A w sobotę rano około dziewiątej Paweł zadzwonił do moich drzwi.

- Mówiła pani ostatnio, pani generał, że chętnie wyskoczyłaby pani gdzieś za miasto - oznajmił, salutując. - Oferuję swoje usługi.

Wiedziałam, że nie powinnam się zgadzać... Tłumaczyłam sobie jednak, że to będzie tylko koleżeński wypad i że to nic nie znaczy... I pojechaliśmy...

- Gdzie mnie zabieracie, żołnierzu? - spytałam już w aucie.

- To niespodzianka - powiedział. - Jak byłem chłopcem i jeszcze się nieźle między nami układało, ojciec często zabierał mnie w to miejsce.

- A teraz się między wami nie układa? - zapytałam.

- Nie za bardzo - skrzywił się Paweł. - Ojciec uważa, że marnuję życie. Według niego powinienem był zostać lekarzem, mieć dom w dzielnicy willowej, nowe volvo i jakąś reprezentacyjną żonę, która by mu rodziła słodkie wnuki.

- Coś o tym wiem - jęknęłam. - Mój ojciec daje mi spokój, ale mama ciągle się czepia. Chciała, żebym została prawnikiem - wyznałam.

- Ciekawe, że rodzice zawsze widzą dla swojego dziecka tylko dwie ścieżki kariery: medycynę albo prawo - roześmiał się Paweł.

Paweł zachowywał się trochę inaczej niż w tygodniu. Więcej mówił o sobie. I częściej poruszał poważne tematy.

- Chyba bardziej mi się podobasz w weekendy - wyznałam, kiedy spacerowaliśmy po lesie, wśród oblepionych śniegiem świerków. - Nie raczysz mnie aż tyloma głupimi żartami co zwykle.

- Głupimi żartami?! - oburzył się. - Ja tylko na pozór jestem takim wesołkiem - dorzucił. - Tak naprawdę jestem całkiem poważnym facetem.

- Mógłbyś nawet być lekarzem - zażartowałam.

- No. Albo prawnikiem - dodał. A potem podszedł do jednego z drzew i potrząsnął gałęzią, pod którą stał.

- Widzisz, jaki jestem poważny? - wykrzyknął, ściągając sobie z włosów i z twarzy wielką czapę śniegu.

- Błazen! - krzyknęłam i zeszłam na sam środek ścieżki, by być poza zasięgiem świerkowych gałęzi, bo świetnie wiedziałam, co się za chwilę wydarzy... Niestety, nie uniknęłam kontaktu z mokrym śniegiem, bo Paweł zaczął zagarniać go wielkimi garściami i rzucać we mnie.

- Przestań, wariacie! - wrzeszczałam. - Mam pełno śniegu za kołnierzem, a za chwilę będę mieć go nawet w majtkach! - dodałam, bo Paweł właśnie podbiegł do mnie i udawał, że będzie mnie nacierał. Popchnął mnie przy tym, przez co wylądowałam plecami w miękkim puchu. Paweł nieoczekiwanie zrobił to samo, zaczął machać rękami i nogami.

- Ty wywinęłaś orła, a ja robię orła - zaczął się śmiać, zawtórowałam mu. Wreszcie wstał i podał mi rękę. Podniosłam się, a on mocno przyciągnął mnie do siebie. Nasze nosy się zetknęły, nasze usta też... "On przecież nie jest odpowiednim facetem!", krzyknęło mi coś w głowie. Odsunęłam się od niego.

- Na sto procent od tego śniegu rozmazał mi się tusz! - powiedziałam, czując nagle dziwną suchość w ustach.

- Pewnie wyglądam jak upiór.

- Nie zauważyłem różnicy - odparł po swojemu Paweł i roześmialiśmy się. Po tej wycieczce po prostu oszalałam na jego punkcie! Przez cały tydzień chodziłam jak nieprzytomna. Myślałam o nim cały czas. I śnił mi się co noc! No i poddałam się. To było po prostu nieuniknione. "Co mi przyjdzie z tego czekania?", pytałam samą siebie. "To nie jest facet dla mnie i pewnie nie będziemy razem długo, ale co z tego? Przynajmniej przez jakiś czas będę się świetnie bawić. Lepiej grzeszyć, a później żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło...". W następną sobotę, kiedy odebrałam od niego SMS z życzeniami dobrej nocy, z całą świadomością tego, co robię, napisałam: "Dziś nie będzie dobra, bo boję się sama spać...". Paweł był u mnie dosłownie po chwili. Gdy otworzyłam drzwi, stał oparty o framugę i patrzył na mnie poważnym wzrokiem.

- Dobrze zrozumiałem?

- Tak... - szepnęłam, a on pochylił się i mnie pocałował. Budząc się rano, sądziłam, że Pawła już nie ma. "Tacy faceci nie zostają na śniadanie", myślałam, nie otwierając oczu. Poczułam nagły smutek.

- Śpisz? - usłyszałam wtedy. Otworzyłam oczy. Paweł przyglądał mi się z głową lekko przechyloną w bok.

- Matko, jakim ty jesteś śpiochem! - powiedział. - Dochodzi dziewiąta. Zdążyłem się wykąpać, wyskoczyć po bułki, zrobić śniadanie, a ty ciągle śpisz! Wstawaj!

- Zrobiłeś śniadanie? - powtórzyłam zdziwiona.

- No - chwycił mnie za rękę i pociągnął do góry. - Mam też mnóstwo planów na dzisiaj, więc musisz się pospieszyć.

- Co będziemy robić? - spytałam niewinnie.

- To i owo - powiedział, całując mnie prosto w oko. - Albo to i śmo - pocałował mnie w nos. - Albo co tam sobie chcesz, byle w łóżku - dorzucił i pocałował mnie w usta.

- Muszę się wykąpać - broniłam się.

- Jestem skłonny do kompromisów - oznajmił. - Możemy realizować moje plany także w wannie...

Odkąd złożyłam swoją obietnicę, że kończę z nieodpowiedzialnymi facetami, minęło pół roku. I choć Edyta wyrzuca mi, że ją złamałam, wcale tak nie uważam. Bo chociaż Paweł mnie podrywał, nie jest podrywaczem. Wygłupia się, to fakt, ale nie jest wariatem, tylko uroczym facetem. A moje przyszłe dzieci pewnie chciałyby mieć takiego fajnego tatę.
Andżelika

Imiona bohaterów zostały zmienione.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje