Kiedy płaczesz, wyglądasz szkaradnie

Przez całe dzieciństwo słyszałam tylko, że nie jestem wystarczająco ładna i zgrabna.

Może zabrzmi to dziwnie, ale uroda mojej matki była dla mnie największym życiowym problemem. Ta ambitna kobieta nie miała łatwego dzieciństwa. W domu dziadków nigdy się nie przelewało, a perspektyw na zmianę losu w małym, górnośląskim miasteczku prawie nie było. Zapewne dlatego matka bardzo młodo wyszła za mąż, choć, jak zawsze podejrzewałam, nie kochała ojca. Dzięki niemu jednak wyprowadziła się do Katowic. Ojciec pracował jako inżynier w kopalni i zapewniał rodzinie dostatnie życie. A jednak moje dzieciństwo wspominam jako pasmo nieustannych upokorzeń, które już w dorosłym życiu niemal doprowadziły do rodzinnej tragedii.

Reklama

Wszystko pewnie potoczyłoby się inaczej, gdybym była ładną dziewczynką... Z najwcześniejszych rozmów z matką pamiętam tylko jej ciągłe uwagi na temat mojego wyglądu lub zachowania.

- Przestań się mazać - mówiła, gdy dopominałam się jej uwagi. - Nie płacz, bo wyglądasz szkaradnie.

- Wyprostuj się i nie stawiaj stóp do środka - słyszałam wciąż jako nastolatka. - Gdy chodzisz, wyglądasz jak kaczka.

Poza tym nie szczędziła mi uwag o moich cienkich włosach, niezbyt zgrabnych nogach, perkatym nosie i braku biustu. Wiedziałam, że nie byłam pięknością, jednak jej uwagi dotkliwie mnie raniły i wpędzały w coraz większe kompleksy. Gdy dziś o tym myślę, wydaje mi się, że matka nigdy nie mogła uwierzyć, jak ona - słynna piękność Siemianowic - mogła urodzić coś tak pokracznego.

Zupełnie inaczej wyglądała historia z moją młodszą siostrą.

- Jaka śliczna dziewczynka, jakie ma wspaniałe oczy - cmokały starsze panie pochylone nad wózkiem Moniki, gdy mama wychodziła z nią na spacer do parku. Mnie nikt nie dostrzegał, jakbym była niewidzialna. Nawet na rodzinnych przyjęciach nie mogłam konkurować o względy cioć i wujków z niebieskooką ślicznotką o jasnych lokach. Choć wstyd się do tego przyznać, szczerze nie cierpiałam siostry. Zwłaszcza że zawsze potrafiła wykorzystać swoją uprzywilejowaną pozycję. Najlepiej pamiętam jedno zdarzenie.

Stało się to, gdy jechałyśmy z mamą na ferie zimowe w Beskidy. Od tygodni cieszyłam się na tę wyprawę. Wpadłam do pociągu i od razu zajęłam upragnione miejsce koło okna. Wtedy do przedziału weszła Monika i zaczęła się domagać, żebym puściła ją do okna.

- O nie, ja byłam pierwsza - odmówiłam stanowczo.

- Ale ja chcę! Lubię siedzieć przy oknie - upierała się dalej i zaczęła mnie ściągać za nogę z kanapy. Odepchnęłam ją nogą, a ona od razu się rozpłakała. No i właśnie wtedy wkroczyła nasza mama.

- Co tu się dzieje? - zdenerwowała się.

- Ona mnie kopnęła - poskarżyła się Monika i zaczęła szlochać, jakbym rzeczywiście zrobiła jej wielką krzywdę. - A ja tylko chciałam usiąść przy oknie...

- Jak możesz? - zwróciła się do mnie matka. - Skoro mała chce siedzieć przy oknie, nie masz prawa jej zrzucać.

- Ale ja... To ja pierwsza... - próbowałam się bronić.

- Żadnych dyskusji - rzuciła krótko. - Marsz na siedzenie obok. I masz się nie odzywać przez całą podróż. No już, mój aniołku - odwróciła się do Moniki. - Chodź do mnie. Mamusia cię przytuli, pocałuje w kolanko i od razu ci przejdzie.

Całą drogę przesiedziałam, pochlipując w kącie, a Monika rzucała mi triumfalne spojrzenia i tuliła się do mamy. Wyprawa w góry straciła cały urok. Już wtedy uświadomiłam sobie, że nasze rodzinne stosunki zostały ustalone. Ja muszę ustępować Monice i nigdy nie doczekam się nawet połowy tej uwagi, którą mama poświęca "swej ślicznej córeczce". Sytuacja nie zmieniła się wcale, gdy poszłyśmy do liceum, a potem na studia. Było chyba jeszcze gorzej, bo Monika odkryła w sobie talent do rysunku i postanowiła zdawać na krakowską ASP. Mama zachwycona, że jej piękna córka zostanie artystką, nie miała głowy do niczego innego. Ja natomiast, cicho i nieefektownie, zaliczałam egzaminy na Akademii Ekonomicznej. Pracę dyplomową napisałam w terminie, podczas gdy leniwa i rozflirtowana Monika wciąż przedłużała studia i z trudem przechodziła przez kolejne semestry. Szybko zdecydowałam się założyć własne biuro rachunkowe i już po roku firma zaczęła się bardzo dobrze rozwijać. Pracowałam ciężko, ale czułam się kobietą sukcesu. A jednak cierpiałam, gdy mama wciąż przejmowała się problemami młodszej córki, a nie dostrzegała osiągnięć starszej.

- Mamo, ja też mam czasem kłopoty - próbowałam jej nieraz zwrócić uwagę.

- Ty zawsze sobie poradzisz - odpowiadała. - Masz wszystkie cechy swego ojca. Jesteś mało błyskotliwa, ale pracowita. Nie będziesz miała w życiu problemów.

Choć zbierało mi się na płacz, tylko zaciskałam usta i... milczałam. Za to coraz bardziej nie cierpiałam siostry. Była dla mnie żywym dowodem na to, że bardzo odbiegam od ideału córki, jaki miała moja mama. Zaczęłam myśleć o wyprowadzce, żeby naprawdę uniezależnić się od rodziny. Dzięki ciężkiej pracy stać mnie było na kupno własnego, niewielkiego mieszkania. Wtedy stało się coś, czego nie przewidziałam.

- Musimy poważnie porozmawiać - zaczepiła mnie kiedyś mama, gdy wróciłam z biura późnym wieczorem.

- Czy coś się stało? - zapytałam zaniepokojona. - Jesteś taka spięta.

- Chodzi o Monikę - odpowiedziała.

- Ach, o nią... - westchnęłam.

- Twoja siostra ma pewne problemy na uczelni - zaczęła mama łagodnym tonem. - A tak bardzo mi zależało, żeby została malarką. Wiesz, kiedyś jako dziecko marzyłam... No, zresztą mniejsza z tym - przerwała nagle.

- Skoro tak, to mogłaś jej trochę mniej pobłażać - powiedziałam.

- Cóż... mogłam się domyślić, że tak to przyjmiesz - stwierdziła gorzko mama.

- W każdym razie wygląda na to, że Monika uczelni już nie skończy. I o tym właśnie chciałam z tobą porozmawiać.

- Słucham? - w pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam.

- Mam za nią zrobić dyplom czy przekupić profesora?

- Przestań opowiadać takie rzeczy - odpowiedziała zdenerwowana. - Widzisz, chodzi o to, że Monika... jest w ciąży.

- Rany Boskie! - westchnęłam ciężko.

- No właśnie - powiedziała mama. - On chce się żenić, ale są bez grosza. Jak dziecko się urodzi, nie pomieścimy się tu wszyscy, a przecież nie będzie ich stać na wynajem. Liczę na to, że będziesz chciała pomóc siostrze, zwłaszcza finansowo - zakończyła nieco oficjalnym tonem.

Zatkało mnie z oburzenia. Wybuchłam, zanim zdążyłam pomyśleć, co robię.

- O nie! - stwierdziłam stanowczo. - Nie myśl sobie, że będę płacić za nieodpowiedzialność mojej ślicznej siostrzyczki. Zawsze widziałaś tylko jej urodę i tak cię to oślepiało, że nie dostrzegałaś jej wad. Ale koniec z tym. Nie będę już zakłócać wam rodzinnej harmonii.

- Ależ uspokój się. Co ty mówisz? - próbowała mi przerwać matka.

- Wyprowadzam się - oznajmiłam twardo. - Tak więc wszyscy się tu doskonale pomieścicie. Ponieważ uważasz, że jestem wam coś winna, będę Monice wypłacać co miesiąc niewielką sumę. Poza tym na mnie nie liczcie. Poradzę sobie sama, a ty nie będziesz już musiała mnie oglądać - skończyłam i wybiegłam.

Ta rozmowa była kroplą, która przelała czarę goryczy. Zdecydowałam się zrealizować swój plan. Kupiłam mieszkanie, złożyłam w banku zlecenie, aby co miesiąc przelewać 500 złotych na konto Moniki i postanowiłam zapomnieć o rodzinie. Niemal mi się to udało. Żyłam tylko pracą i swoją firmą. Powodziło mi się świetnie, można nawet powiedzieć, że byłam bogata. Tak minęło kilka lat. Na pozór wszystko było w porządku, ale tylko ja wiedziałam, że moja rana jeszcze się nie zabliźniła. Nadal pragnęłam zemsty. Czekałam tylko na okazję. I w końcu się nadarzyła...

Od ojca, z którym widywałam się od czasu do czasu, dowiedziałam się, że w rodzinie Moniki zdarzyło się nieszczęście. Jej czteroletnia córeczka uległa wypadkowi. Ściągnęła ze stołu dzbanek z wrzącą wodą i strasznie się poparzyła. Dziecko trafiło do szpitala, gdzie udało się zaleczyć rany, ale pozostały blizny. Mała Zuza musiała przejść serię przeszczepów, po których pozostały przykurcze. Pewnego dnia zadzwonił mój telefon.

- To ja, Monika - powiedziała cicho siostra. - Wiem, że nie powinnam dzwonić, ale... Sama już nie wiem, do kogo się zwrócić - rozpłakała się.

- A o co chodzi? - zapytałam, a w duchu pomyślałam: "Przyszła koza do woza!".

- Proszę, spróbuj mnie zrozumieć, gdyby sytuacja nie była wyjątkowa, nigdy bym nie śmiała cię niepokoić - ciągnęła. - Widzisz, Zuza musi przejść jeszcze jedną operację, a potem czeka ją kilka miesięcy rehabilitacji. To wszystko jest dość kosztowne, a my... nie mamy pieniędzy. Dlatego proszę cię o pożyczkę. Błagam cię. Chodzi przecież o moje dziecko. Boże, ona zawsze była taką śliczną dziewczynką.

Może gdyby Monika nie wspomniała o jej urodzie, moja odpowiedź byłaby inna. Poczułam, że wybiła godzina zemsty.

- Niestety, moja droga - odrzekłam spokojnie. - To naprawdę fatalne, ale wszystkie pieniądze niedawno zainwestowałam w nową siedzibę i od paru miesięcy jestem praktycznie bez grosza. Coś tam wyskrobię, choć to raczej nie wystarczy.

Monika była załamana, ale zanim odłożyła słuchawkę, podziękowała mi za dobre chęci. Ja zaś napawałam się zemstą. "Dobrze ci tak", myślałam. "Za moje zmarnowane dzieciństwo, za ciągły brak miłości, za to, że wciąż jestem samotną kobietą. Teraz twoja córka dowie się, jak żyje się bez urody, która tobie ułatwiała tyle spraw."

Położyłam się do łóżka, ale sen jakoś nie przychodził. Wtedy nagle oprzytomniałam. O Boże! Przecież mała Zuza nie była niczemu winna. Zdałam sobie sprawę, do czego byłam zdolna pod wpływem nienawiści. To odkrycie wstrząsnęło mną głęboko. Tamtej nocy nie poszłam już spać, a z rana zadzwoniłam do Moniki i powiedziałam jej, że stanę na głowie, aby jej pomóc. Gdy to uczyniłam, poczułam się tak, jakby z moich ramion ktoś zdjął ogromny ciężar, który dźwigałam od lat. Pewnie już nigdy nie uda nam się odbudować prawdziwej więzi rodzinnej, ale jesteśmy w kontakcie, a wizyty w domu stały się dla mnie normą i nie ranią mnie już tak boleśnie. Nie umiem jeszcze do końca wybaczyć mamie i siostrze, ale bardzo się staram. Cieszę się też, że w porę zrozumiałam, jak gorzki mógł być smak mojej zemsty.

Agata Z., 32 lata

Dowiedz się więcej na temat: uroda | zazdrość | siostra | kobieta

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje