Męski problem

Nienajlepiej mi się wiodło w życiu rodzinnym i zawodowym. Wszystko mnie irytowało, nawet żona i dzieci.

- Nie zapomnij odebrać płaszcza z pralni! - krzyknęła do mnie Jolka, gdy w pośpiechu ubierałem się, zerkając na zegarek.

Reklama

Ostatnio wciąż się spóźniałem - bez względu na to, czy chodziło o pracę, czy o spotkanie z kolegami. Nie wynikało to ze zmęczenia, bo pracowałem tyle, co zawsze, osiem godzin dziennie. Nie mogę też powiedzieć, żebym w domu za bardzo się wysilał. Wręcz przeciwnie, od kilku tygodni każda czynność zabierała mi więcej czasu niż wcześniej. Nawet zwykła wymiana uszczelki w kranie. W czwartek spędziłem nad nią ponad godzinę. Inną sprawą jest, że musiałem jeszcze przepchać umywalkę, którą moje dziewczyny notorycznie zatykały... W dodatku źle sypiałem. Zazwyczaj, jak tylko przykładałem głowę do poduszki, to od razu zapadałem w sen, nawet Jola żartowała, że mogą przy mnie strzelać z armaty, a ja się i tak nie obudzę. Tymczasem od kilku tygodni przewracałem się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Stałem się nerwowy! Ja, oaza spokoju, jak mnie określały żona i córki. Nie, oczywiście nie podniosłem ręki na żadną z nich, w życiu! Ale ich zachowanie wyprowadzało mnie z równowagi. Czułem się wykorzystywany, gdy prosiły mnie o zrobienie jakiejkolwiek rzeczy, tak, jakby same nie mogły tego zrobić! Wkurzała mnie żona, którą przecież bardzo kochałem, a teraz nie mogłem słuchać jej narzekań i wyrzutów... Bo ja sobie nie miałem przecież nic do zarzucenia. Byłem taki jak zawsze, no... może tylko nieco bardziej drażliwy. Ale w końcu to nie powód, żeby mi robić awantury, prawda? Tymczasem Jolanta coraz częściej miała pretensje, że nic nie robię, tylko siedzę i bezmyślnie wgapiam się w telewizor, że nigdzie razem nie wychodzimy, a domowe prace, które zaplanowałem na wiosnę i lato, nadal są nietknięte. Córki nie były lepsze. Małgosia obrażała się, ilekroć nie znajdowałem czasu, by zawieźć ją na lekcje tańca, a Marysia, jak to sześciolatka, dąsała się, że nic mnie już nie obchodzi, bo nie rozmawiam z nią o koleżankach z zerówki i o jej ukochanych zwierzątkach. Ostatnia kłótnia miała miejsce w niedzielę. Obudziłem się później niż zwykle, co już wprowadziło mnie w zły nastrój, bo z natury byłem rannym ptaszkiem. Poza tym lubiłem samotność w niedzielne poranki, gdy moje dziewczyny jeszcze spały, a ja miałem przynajmniej trzy godziny na zajęcie się swoimi sprawami, czego, jak się okazało, one nie mogły pojąć.

- Jak można rozwiązywać krzyżówki o szóstej rano? - pytała moja luba.

- Zbyszek, przecież to chore. Normalni ludzie w dzień wolny od pracy śpią o tej porze - Jolanta nie mogła się powstrzymać od złośliwych uwag.

- Moje rozrywki pozwalają mi przynajmniej ćwiczyć intelekt, w przeciwieństwie do twoich pogaduszek z przyjaciółką - odciąłem się natychmiast.

Jolka popatrzyła na mnie zdumiona. Fakt, do tej pory nigdy nie byłem złośliwy i nie wtrącałem się w jej relacje koleżeńskie. Choć, szczerze mówiąc, wiele z jej wiecznie gadających przyjaciółeczek strasznie mnie irytowało.

- Wiesz - powiedziała po chwili milczenia - nie posądzałam cię o taki brak wrażliwości i taktu. Dobrze wiesz, że Agnieszka jest dla mnie jak siostra. W dodatku teraz, kiedy ma problemy małżeńskie, jestem dla niej podporą i jedyną osobą, której może się zwierzyć.

- Czyżby? - odpaliłem. - A może lepiej by zrobiła, gdyby pogadała z własnym mężem o tych problemach, zamiast mieszać w nie obcą osobę? Nie pomyślałaś, że zwyczajnie wtrącasz się do ich spraw małżeńskich?

- Ale ja tylko... Zresztą, nie będę ci się tłumaczyć! Sam wiesz, że nigdy nie plotkuję, chcę im tylko pomóc.

- Takimi radami, jakie dawałaś wczoraj, to możesz tylko zaszkodzić: "A może wyjechalibyście gdzieś na weekend? Albo chociaż poszli do kina i na kolację?" Psycholożka się znalazła! - prychnąłem pogardliwie, przedrzeźniając żonę.

Jolka przyglądała mi się badawczo.

- Tobie chyba coś jest. Nie poznaję cię, nigdy taki nie byłeś...

- Bo zacząłem wyrażać swoje opinie, tak? I to w dodatku trafne?! Prawda w oczy kole?! - krzyknąłem. - Ze mną jest wszystko w porządku, to wasze relacje są niezdrowe. Nic dziwnego, że ta Agnieszka ma problemy małżeńskie, skoro o swoich najintymniejszych sprawach mówi tobie, a nie własnemu mężowi!

Jolanta już nic nie powiedziała. Stałem w kuchni i parzyłem herbatę, gdy nagle pojawiła się tam nasza córka.

- Mamusiu, tatusiu, nie kłóćcie się! - zawołała. - Marysia też wszystko słyszała i teraz martwi się, że się rozwiedziecie, jak rodzice jej koleżanki z zerówki.

- Kotek, mówiłem ci kiedyś, że dorośli mają swoje sprawy, do których dzieci nie powinny się wtrącać. A teraz bądź tak miła i zabierz się za niedzielne śniadanie. Marysia może ci w tym pomóc - odpowiedziałem ze zjadliwością w głosie.

- Zbyszek! Nie będę tego dłużej tolerować. Nie dość ci, że wyżywasz się na mnie?! Dziewczynki zostaw w spokoju! - zawołała ostro moja ślubna.

Nic na to nie odpowiedziałem, chwyciłem z przedpokoju płaszcz i wyszedłem z domu.Wściekły łaziłem po pustych ulicach. "O tej porze wszyscy pewnie jedzą pyszne niedzielne śniadanie", pomyślałem. "A ja sam, jak palec. Joli, Marysi i Gosi pewnie będzie beze mnie lepiej... I vice versa."

W południe wróciłem do domu... Nikogo jednak nie zastałem. Na stole Jolka zostawiła mi kartkę: "Uprzejmie informujemy, że dzisiejszy obiad zjesz sobie we własnym towarzystwie, które najbardziej Ci odpowiada. Pojechałam z dziewczynkami do rodziców. Jola".

Dziewczyny wróciły dopiero wieczorem. Żona nie odzywała się do mnie, a córeczki siedziały w swoich pokojach. Zrobiło mi się dziwnie, brakowało mi rozmów z Jolką, zabaw z dziećmi, wspólnego planowania nadchodzącego tygodnia. Na szczęście jakoś przetrwałem tę niedzielę i w poniedziałek stawiłem się, jak zawsze, o ósmej rano w pracy. Ale i tu czekała na mnie przykra niespodzianka.

- Szef wzywa cię do siebie - zawiadomił mnie Andrzej, mój współpracownik.

W gabinecie prezesa usłyszałem:

- Nie jestem zadowolony z pana ostatnich wyników. Spadła pańska efektywność. Ten zrealizowany przez pana projekt był niedopracowany, mieliśmy kilka reklamacji - oznajmił szef. - Nie wiem, co się dzieje, czy ma pan jakieś kłopoty?... - zawiesił znacząco głos.

- W poprzednim miesiącu rzeczywiście jakoś gorzej się czułem, ale zapewniam, że wszystko wróciło już do normy - dodałem szybko.

- Mam nadzieję, panie Zbigniewie. Pracuje pan tu wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że na kompetencję i solidność pracowników kładę największy nacisk. Bywa też tak, że nawet staż pracy i dobra znajomość spraw, którymi zajmuje się firma, przestają mieć znaczenie i musimy z kogoś z zespołu zrezygnować...

- Wszystko wróci do normy - powtórzyłem, niecierpliwie wiercąc się w fotelu.

Po pracy, zamiast wrócić do domu, wstąpiłem do knajpy. Zamówiłem piwo. Potem jeszcze jedno i kolejne... Opamiętałem się dopiero, gdy zamykali pub. Kompletnie pijany wezwałem taksówkę. W domu przywitała mnie zmartwiona Jola. A kiedy zobaczyła, w jakim jestem stanie, powiedziała zdecydowanym tonem:

- Idź spać. Jutro porozmawiamy.

Dzień na kacu był koszmarem, tym bardziej, że rzadko sięgałem po alkohol. Rano Jolka unikała mnie, ale około szesnastej, gdy wyszedłem z firmy, czekała już na mnie w holu biurowca. Wyjaśniła, że musimy porozmawiać, ale nie w domu. Poszliśmy do kawiarni.

- Albo zaczniesz się leczyć, albo w niedalekiej przyszłości się rozstaniemy - powiedziała, gdy zamówiliśmy kawę. Ja dodatkowo butelkę mineralnej, bo wciąż mnie strasznie suszyło.

- Leczyć? Z czego? Przecież nie piję nałogowo, a raz na jakiś czas każdemu może się zdarzyć.

- Nie o tym mówię - przerwała mi. - Coś złego się z tobą dzieje. Stałeś się opryskliwy, złośliwy, drażliwy, wszystko cię wyprowadza z równowagi. W dodatku... miałam o tym nie mówić, ale chyba powinnam...

- O czym miałaś nie mówić? - zapytałem.

- O naszym pożyciu. Już prawie wcale ze sobą nie sypiamy! Pomyślałam więc, że albo już ci się nie podobam, albo kogoś poznałeś...

- Jolu, kochanie - wziąłem żonę za rękę.

- Zwariowałaś? Nie mam nikogo.

- Więc dlaczego już mnie nie dotykasz, nie całujesz, jak dawniej?... - wyszeptała.

- Nie wiem - powiedziałem szczerze.

- Wstyd się przyznać, ale ostatnio w ogóle nie myślę o seksie...

- Naprawdę się o ciebie martwię. Powinieneś iść do lekarza. Zrób badania!

- Wiesz, jak nie lubię lekarzy. Znasz moje zdanie w tej kwestii: dopóki nie zwijam się z bólu, sam sobie poradzę. Ale dobrze - skapitulowałem, widząc minę mojej żony. - Zapiszę się do internisty. Tylko że dopiero na przyszły tydzień. W tym tygodniu muszę jeszcze popracować nad projektem - zastrzegłem. - Mam trudną sytuację w pracy - przyznałem.

- Tak myślałam... - powiedziała Jola i delikatnie pogłaskała mnie po ręce.

"Chciał nie chciał, zobowiązałem się do odwiedzin u lekarza, nie mogę się więc teraz wycofać", dumałem, siedząc w poczekalni przychodni. "Przecież gdyby coś mi było, czułbym to! Jakiś ból, gorączkę, cokolwiek. Brak symptomów oznacza po prostu, że jestem zdrowy", analizowałem.

Jednak lekarz zlecił mi wykonanie badań.

- Porozmawiamy, jak pan wróci z wynikami - powiedział.

Po tygodniu, dzierżąc w dłoni papierowe wydruki, znów stawiłem się u doktora. Przejrzał wyniki, po czym zaczął mi zadawać pytania. O dziwo, nie dotyczyły przebytych chorób.

- Czy w ostatnim czasie odczuwa pan zmęczenie i spadek energii? Czy miał pan kłopoty w pracy spowodowane osłabieniem wydajności? Czy więcej czasu zabiera panu wykonywanie codziennych czynności? Czy osłabiła się pana koncentracja?

Niestety, ale na wszystkie musiałem odpowiedzieć twierdząco. I na to ostatnie - dotyczące spadku popędu płciowego - także. Lekarz chwilę pomyślał, ale zanim wydał diagnozę, ja już nie wytrzymałem:

- Co mi jest, panie doktorze? Jestem poważnie chory?

- Nie nazwałbym tego chorobą, ale...

- Czyli nic mi nie dolega - przerwałem mu, byłem zdenerwowany.

- Tego nie powiedziałem. Proszę być cierpliwym i wysłuchać mnie do końca. Ma pan czterdzieści sześć lat. W tym wieku tego typu dolegliwości zdrowotne u mężczyzn zdarzają się dość często. Obniżony poziom testosteronu i objawy, o które pana pytałem, potwierdzają, że wszedł pan w andropauzę...

- Ja? - byłem zdumiony.

- Tak. O męskim klimakterium, które dotyka w pańskiej grupie wiekowej dwadzieścia procent mężczyzn, nie jest tak głośno, jak o kobiecej menopauzie, co nie znaczy, że owo zjawisko nie występuje. Zapiszę panu preparat, który powinien złagodzić przykre dolegliwości. Proszę także wprowadzić do diety produkty z wysoką zawartością witaminy C oraz kwasem foliowym.

- I to wszystko? - dopytywałem.

- Prawie - uśmiechnął się doktor. - Niech pan nie zapomina o aktywności ruchowej i seksie. Nic tak nie pomaga naszemu organizmowi, jak regularne dostarczanie mu endorfin, potocznie nazywanych hormonami szczęścia. A te organizm wytwarza podczas wymienionych wcześniej czynności.

Lekarz powiedział mi jeszcze, że wejście w okres andropauzy wcale nie jest ostateczną utratą męskich sił, a jedynie problemem, z którym można sobie poradzić, zmieniając tryb życia. Postanowiłem zacząć działać natychmiast. Kiedy wróciłem do domu, dziewczynki były jeszcze w szkołach, a moja żona przygotowywała obiad. Na powitanie pocałowałem ją w szyję,

a potem wziąłem na ręce i zaniosłem do sypialni.

- Wariacie! Ale co powiedział lekarz? - pytała, śmiejąc się głośno.

- Nieważne, co powiedział, ważne co zalecił - odparłem z powagą.

A później przystąpiłem do realizacji zaleceń doktora.

Zbyszek P., 46 lat

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje