Mój piciorys

Mam na imię Izabela i jestem trzeźwiejącą alkoholiczką. Jestem po dwóch terapiach odwykowych. Teraz nie piję i żyję nadzieją, że już nigdy nie wezmę alkoholu do ust. Może moje uczucia, wspomnienia i przeżycia, pomogą innej osobie uchronić się przed tą podstępną, diabelską i nieuleczalną chorobą.

Chcę opowiedzieć, jak to wszystko się zaczęło i do czego doprowadziło. To będzie taki mój "Piciorys".

Reklama

Mając siedemnaście lat wyszłam za mąż. Nie byłam w ciąży, po prostu zakochałam się. W 1988 roku przyszedł na świat mój pierwszy syn, a rok później drugi. Chciałam być szczęśliwa, jednak czegoś mi brakowało...

W latach dziewięćdziesiątych lubiłam napić się dla przyjemności. Zdarzało się to sporadycznie. Wychowywałam wtedy dwójkę małych dzieci. Chłopcy nigdy nie widzieli mnie pijanej.

W tym okresie piłam tylko przy okazji imienin, świąt lub spotkań towarzyskich. Dopiero około 1999 roku zaczęłam coraz częściej szukać okazji, żeby wypić. Zaczęłam coraz częściej organizować spotkania towarzyskie, kolacje zakrapiane alkoholem. Zauważyłam, że picie alkoholu sprawia mi przyjemność. Czułam się wtedy rozluźniona, zadowolona, zapominałam o problemach i smutkach, zdarzało mi się nieraz, że nie pamiętałam końca imprezy, a dzień zaczynałam od wypicia piwa...

Coraz częściej chodziłam w te miejsca, gdzie wiedziałam, że będzie alkohol. Często bez żadnej okazji organizowałam "domówki". Byle tylko się upić. Zaczęłam odczuwać tak zwanego kaca moralnego, co spowodowało, że coraz częściej piłam w samotności. Zaniedbywałam obowiązki domowe i rodzinne.

Synowie, mąż i znajomi zaczęli zauważać, że dzieje się ze mną coś złego. Z początku tłumaczyłam się chorobą lub złym samopoczuciem. Próbowałam panować nad sytuacją, ale mój alkoholizm był coraz bardziej widoczny. Odstawiałam alkohol na jakiś czas, ale potem znowu do niego wracałam. Popijałam wieczorami z mężem, kiedy chłopcy szli spać, żeby przed nimi ukryć swój problem i żeby nie widzieli, że mama pije. Próbowałam udowodnić bliskim, że alkohol nie jest dla mnie problemem. Idąc na przyjęcie, nie piłam wcale, chciałam pokazać innym, że nie muszę tego robić. Ale w domu miałam już przygotowane piwo lub wódkę, które wypijałam natychmiast po powrocie z imprezy. Oczywiście robiłam to w ukryciu.

Z czasem nie potrafiłam już maskować swojego nałogu, zaczęły się problemy w pracy. Mój szef zauważył, że coraz częściej po weekendzie jestem zmęczona, roztargniona i nie wyglądam najlepiej. Najpierw zwracał mi uwagę i mówił, żebym się opamiętała, ale skończyło się na rozmowie w cztery oczy i naganie...

Wydawało mi się to trochę niesprawiedliwe, ponieważ swoje obowiązki jako pracownik wykonywałam solidnie, nigdy niczego nie zaniedbywałam. Na początku 2004 roku postanowiłam się zwolnić i poszukać innej pracy. Mówiłam sobie: "Odpocznę w domu dwa miesiące, potem zacznę szukać nowej posady." Jednak będąc w domu, nic nie robiłam, bo nic mi się nie chciało. Zaczęłam zaniedbywać swój wygląd, tłumacząc sobie, że nie muszę się starać, skoro siedzę w czterech ścianach i nikt mnie nie widzi.

W czerwcu tego samego roku zmarł mój tata, którego bardzo kochałam. Czułam wtedy ogromny żal i ból. Całkowicie utraciłam nad sobą kontrolę. Zaczęłam pić ciągami, które były coraz częstsze i dłuższe. W domu działo się coraz gorzej. Przestałam szukać pracy. Bliscy namawiali mnie, żebym przestała się niszczyć, ja jednak nie słuchałam i nadal udawałam, że nie mam żadnego problemu. Odsunęłam się od męża, rodziny, znajomych. Ogarnęło mnie uczucie beznadziei, samotności i pustki.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje