Moja fantazja o rozwodzie

Czasami mąż doprowadzał mnie do szału. Wtedy wyobrażałam sobie, że znika z mojego życia.

Natusiu, przypilnuj Gniewka - powiedziałam, usiłując wyjąć komórkę z torebki. W drugiej ręce taszczyłam ciężką torbę z zakupami.

Reklama

- Mamo, ale on ma brudne łapy od lodów - marudziła córka.

- Natalka, do jasnej ciasnej, chyba widzisz, że nie mam trzeciej ręki?! Trzymaj Gniewka, bo zaraz wbiegnie na ulicę! - krzyknęłam jeszcze i odebrałam telefon.

- No, słucham cię - powiedziałam poirytowanym głosem, widząc, że dzwoni mój mąż. - Znowu?! Inni nie mogą zostać dłużej, tylko ty? No widzisz, jaki jesteś niezastąpiony... - byłam wściekła, bo Arek po raz czwarty w tym tygodniu zostawał w pracy po godzinach. - Słucham?! W sobotę? Ale mieliśmy jechać gdzieś nad wodę, żeby odpocząć, pobyć razem... - właśnie dowiedziałam się, że mąż zaprosił do nas na weekend swoich rodziców.

Może teścia bym zniosła, ale mamusia mojego męża działała na mnie jak płachta na byka.

- Nie będziesz jadł z nami kolacji... Dlaczego?

Jakby tego było mało, Arek powiedział mi właśnie, że idzie wieczorem do restauracji z nową klientką, szefową jakiejś firmy przewozowej. Poczułam ukłucie zazdrości, a oprócz tego byłam zwyczajnie wściekła na ten weekendowy nalot teściów.

Odkąd Arek zmienił firmę, stał się pracoholikiem. Z jednej strony wiedziałam, że bez jego i moich zarobków trudno byłoby nam spłacić kredyt za dom, ale z drugiej, chciałam, żeby pomógł mi w wychowywaniu dzieci... Przecież one potrzebowały ojca. A Arek po powrocie z pracy był zmęczony i rozdrażniony.

Gdy tylko schowałam komórkę do torebki i zapięłam zamek, znowu ktoś zadzwonił. "Zaraz dostanę szału", pomyślałam, biegnąc za synkiem, który uwolnił się z uścisku starszej siostry i na łeb, na szyję gnał w kierunku przejścia dla pieszych.

- Gniewek! - krzyknęłam.

Młody zatrzymał się, popatrzył na mnie z tym swoim łobuzerskim uśmiechem i znowu zaczął uciekać. Złapałam go w ostatniej chwili. Z nerwów szarpnęłam zbyt mocno, wtedy się rozpłakał.

- Synek, uspokój się!

Gniewek zaczął ryczeć jeszcze głośniej.

- Mamo, jabłka się wysypały - powiedziała Natalka, wskazując palcem toczące się po chodniku owoce.

Pozbierałam je szybko i złapałam synka za rękę, Natalce przykazałam trzymać go za drugą i ruszyliśmy. Telefon już dawno przestał dzwonić, więc nawet nie zajrzałam do torebki. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu.

- Mamo, czemu nie odbierałaś telefonu? - usłyszałam głos Klaudii, gdy tylko otworzyłam drzwi.

- A gdzie ty się wybierasz? - zapytałam, widząc, że moja nastolatka wypindrowana, z pomalowanymi na czerwono ustami, zakłada buty na obcasie.

- Gdybyś odebrała telefon, tobyś wiedziała - fuknęła.

- Jeszcze jedna taka odzywka i nigdzie nie wyjdziesz - zagroziłam. - Pytam, dokąd idziesz.

- Do Magdy.

- W takich ciuchach i z makijażem na twarzy? Poza tym, zabroniłam ci się malować, zapomniałaś?

- Oj, mamo - Klaudia spuściła z tonu. - Specjalnie tak się pomalowałam, bo będziemy sobie robiły zdjęcia stylizowane na lata sześćdziesiąte.

- Chyba nie chcesz później wrzucić tych fotek do sieci? - spytałam.

- Jak będą fajne, to czemu nie?... Mogę iść?

- Tak, tylko wróć na kolację, a o zdjęciach jeszcze porozmawiamy. Co z obiadem?

- Zjem coś u Magdy...

- Gniewek, zostaw kotka w spokoju, nie ciągnij go za ogon! Synku!... - zawołałam i pobiegłam ratować Milusia.

"I jeszcze ta cholerna kuweta do posprzątania", przeklinałam w myślach dzień, w którym zgodziłam się na kota. Fakt, Miluś był naprawdę słodki, ale dzieciaki nie wywiązywały się z obietnicy i nie usuwały nieczystości. A Arek, spryciarz, od razu zastrzegł, że po żadnym sierściuchu sprzątać nie będzie. Mój mąż chciałby mieć psa, wiernego przyjaciela. Ale kto wyprowadzałby go na spacery? Oczywiście ja!

Poszłam do kuchni i zabrałam się za przygotowywanie obiadu. Chciałam zostawić porcję dla męża, ale przypomniałam sobie, że miał iść na służbową kolację. Po obiedzie odrobiłam z Natalką lekcje, a potem Gniewek przestał oglądać bajkę i zagraliśmy w chińczyka. Około dwudziestej wróciła Klaudia. Zagoniłam dzieciaki do mycia, położyłam Gniewka spać. Dziewczynki zajęły się sobą i w końcu miałam chwilę tylko dla siebie.

Co prawda, chciałam poważnie porozmawiać z Klaudią, ale nie miałam już siły. Zrobiłam sobie herbatę, usiadłam na kanapie i zaczęłam rozmyślać. "Każdy mój dzień wygląda tak samo. Od rana do wieczora sprzątam, gotuję, wychowuję. Jestem matką trójki dzieci... Właściwie czwórki, bo przecież Arek chwilami bywa nawet gorszy niż dziecko. Właściwie po co mi on? Bez niego świetnie daję sobie radę... I sprzątania miałabym mniej, i teściowa nie przyjeżdżałaby w weekendy", uśmiechnęłam się do swoich myśli, odstawiłam kubek z herbatą, przytuliłam głowę do poduszki i... zasnęłam.

Obudził mnie dziwny hałas... Otworzyłam oczy. Był środek nocy, z przedpokoju dobiegał śpiew mojego męża.

- Ułani wędrują, strzelcy maszerują. Zaciągnę się! - powtórzył refren jeszcze ze trzy razy!

Wygrzebałam się spod koca i ruszyłam na zwiady.

- A jak mi odpowiesz, nie kocham cię... - wyciągnął w moją stronę palec. - A jak mi odpowiesz...

- Co ci się stało? - zapytałam, bo prochowiec i spodnie męża były utytłane błotem. Podeszłam bliżej, od mojego ślubnego zalatywało alkoholem...

- Anita! Kocham cię! - powiedział, zrzucił z siebie ciuchy i chwiejnym krokiem poczłapał do sypialni...

"No to sobie porozmawialiśmy", pomyślałam. Piątkowy poranek musiał być dla mojego męża koszmarem. Wyglądał jak siedem nieszczęść.

- Mów - powiedziałam, gdy wszedł do kuchni, gdzie przygotowywałam dzieciakom śniadanie.

- Ona była z Ukrainy.

- Ta strategiczna klientka? - dopytywałam.

- Tak. Przyszła ze wspólnikami - dodał. - Najpierw zjedliśmy kolację, a potem zaproponowali wódeczkę. Broniłem się, ale czasem w interesach trzeba pójść na ustępstwa... A teraz muszę wyjść, jestem już spóźniony do roboty - Arek popatrzył na mnie wzrokiem zbitego psa. - Przepraszam - dodał.

- Masz tu butelkę wody mineralnej - zdobyłam się na miłosierny gest.

Weekend był koszmarny. Mama Arka ciągle marudziła i dawała mi tak zwane dobre rady dotyczące gotowania i wychowywania dzieci. A Arek powiadomił mnie, że w poniedziałek wyjeżdża w tygodniową delegację na Ukrainę.

- Co takiego?! - zdziwiłam się.

- Będę odpowiedzialny za nowy projekt... Podobno Ukraińcy mnie polubili.

- No nie dziwię się...

W poniedziałek mój ślubny pojechał do Warszawy, a stamtąd wyleciał do Lwowa. Przez pierwsze dwa dni nawet się cieszyłam, że nie znajduję jego brudnych skarpetek porozwalanych po łazience i że mogę zająć całe łóżko. Ale w środę napadły mnie dziwne myśli, bo przez cały dzień Arek nie dał znaku życia. Zero telefonów, SMS-ów, nic.

Gdy dzwoniłam, nie odbierał. "A jak coś mu się stało? Jezu, dzieci straciłyby ojca! A ja męża. Nie, nie, nie mogę myśleć w ten sposób, przecież to chore", próbowałam się uspokoić. Niestety, nie umiałam pozbyć się katastroficznych wizji. Postanowiłam się czymś zająć.

- Zrobię pranie - powiedziałam do siebie. Na pralce leżała koszula Arka, którą miał na sobie w niedzielę. Wzięłam ją do ręki i poczułam lekki zapach jego perfum. Przytuliłam policzek do błękitnego materiału i rozbeczałam się. Pobiegłam po telefon i znów wybrałam numer męża. Nie odebrał, a ja odchodziłam od zmysłów.

- Mój Aruś, moje szczęście - szeptałam. Na szczęście wieczorem oddzwonił. Był radosny, bo podpisał korzystną umowę. Słysząc jego głos, poczułam taką ulgę, że znowu się rozpłakałam.

- Co się stało, kochanie? - zapytał czule.

- Nic, miśku - chlipałam do słuchawki. - Zrozumiałam, że czasem lepiej nie fantazjować... Kocham cię, wiesz?

- Tak? A ja myślałem, że kochasz się na mnie wściekać.

Oboje wybuchliśmy śmiechem.

Anita B., 44 lata


Dowiedz się więcej na temat: małżeństwa | kryzys małżeński | małżeństwo | okładka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje