Na pomoc ginącej miłości

Siedziałam w poczekalni poradni małżeńskiej i bez zainteresowania przeglądałam kolorowe czasopismo dla pań. Co chwilę nerwowo spoglądałam na zegarek.

 Zbliżało się pół do szóstej, a mojego męża wciąż nie było. "Przyjdzie czy nie przyjdzie?", zastanawiałam się. Jeśli by się nie zjawił, to by znaczyło, że mu zupełnie nie zależy... Nagle gdzieś w korytarzu trzasnęły drzwi i do poczekalni wpadł Janusz.

Reklama

- Spóźniłem się? - zapytał zdyszany.

- Jest pan w samą porę - odparła terapeutka, która w tym samym momencie wyszła z gabinetu. - Zapraszam.

Posłusznie weszliśmy i zajęliśmy miejsca przed biurkiem. Ku naszemu zdziwieniu, kobieta wyciągnęła z szafki wielkie czerwone jabłko. Do tego zamiast na krześle, usiadła na biurku, zakładając nogę na nogę.

- Proponuję, żebyśmy mówili sobie po imieniu. Wiola jestem. Co was tu sprowadza, moi drodzy? Kasiu - zwróciła się do mnie. - Może zaczniesz?

Poczułam się jak uczennica wyrwana do odpowiedzi. W mojej głowie panował mętlik. Spojrzałam niepewnie na Janusza.

- Właściwie to przyszliśmy tu, bo prosiła nas córka... - zaczęłam.

- Aha, rozumiem...

- Ostatnio... Nie możemy się dogadać... Każda rozmowa kończy się kłótnią. Mąż jest nerwowy...

- O przepraszam - włączył się Janusz. - Ale tobie, kochanie, też niczego nie brakuje. Zastanowiłaś się, dlaczego każda nasza rozmowa kończy się kłótnią? Bo bez przerwy wydajesz mi polecenia! Zrób to, zrób tamto, idź tam, załatw to... Święty by tego nie zniósł!

- A dlaczego to robię? - naskoczyłam na męża. - Dlatego, że sam z siebie niczego nie dopilnujesz! Za telefon nie zapłacisz, śmieci nie wyniesiesz... A ostatnio zapomniałeś odebrać Oleńkę z angielskiego! Dziecko czekało na ciebie ponad dwie godziny!

- Przepraszam, a ile córka ma lat? - przerwała mi Wiola.

- Czternaście - odpowiedział Janusz. - I tak prawdę powiedziawszy, mogłaby już do domu wracać autobusem.

- Wiesz, ile niebezpieczeństw czeka na młodą dziewczynę?! - zakrzyczałam go. - Nawet sobie nie wyobrażasz...

- Proszę się uspokoić! - Wiola przywołała nas do porządku. - OK, widziałam już dosyć.

Ugryzła jabłko i chwilę przeżuwała kęs w milczeniu. W zamyśleniu patrzyła przed siebie.

- Z tego, co tu widziałam i co mi wcześniej o sobie mówiliście, wynika, że nie jest z wami tak źle - zawyrokowała. - Macie dobre chęci i chcecie dojść do porozumienia. Choć może sami o tym nie wiecie. Gdybyście tego nie chcieli, nie przyszlibyście do poradni, nawet gdyby córka błagała was o to na kolanach...

Popatrzyliśmy na siebie z Januszem.

- Ja wam nie dam przepisu na naprawienie małżeństwa - kontynuowała terapeutka. - Mogę jedynie dopomóc w osiągnięciu porozumienia - dokończyła, wrzucając ogryzek jabłka do kosza na śmieci, stojącego obok drzwi.

- Proponuję wam zadanie domowe - rzekła, oblizując palce.

- Macie jakieś zdjęcia ze swojego ślubu? Siądźcie dziś wieczorem i pooglądajcie je sobie. Powspominajcie. Myślę, że ciągle jeszcze się kochacie, tylko musicie sobie o tym przypomnieć... No, to koniec na dziś - dodała, zeskakując z biurka. - Zobaczymy się za tydzień.

Gdy wróciliśmy do domu, ze swojego pokoju wyjrzała Oleńka.

- I co, jak było? - zapytała.

- Dziwnie - odparł Janusz i zniknął w łazience. Ola wydała z siebie przeciągłe westchnienie. Chyba spodziewała się, że jedna wizyta w poradni nas odmieni. Poszłam do kuchni i nastawiłam wodę na herbatę. Czekając na wrzątek, myślałam sobie, że bardzo trudno jest mi mówić o tym, co czuję w obecności obcej osoby, choćby była najlepszą terapeutką. I że chyba nic z tego nie będzie...

- Chyba nic z tego nie będzie - usłyszałam głos Janusza, który właśnie wszedł do kuchni. - Słuchaj, nie mam zaufania do tej baby.

- Ja też nie - przyznałam i zorientowałam się, że pierwszy raz od dłuższego czasu jesteśmy tego samego zdania. - Chcesz herbaty?

- Nie... Ale pomyślałem sobie, że może faktycznie moglibyśmy wyciągnąć album. Dawno nie oglądaliśmy zdjęć.

- W ogóle dawno nic razem nie robiliśmy - zauważyłam. - I chętnie to nadrobię - dodałam, żeby Janusz nie myślał, że się czepiam. Wzięłam sobie kubek i poszłam za mężem do pokoju. Janusz już siedział na kanapie, przeglądając stary album. Usiadłam obok niego i przyjrzałam się starym fotkom.

- Zdjęcia jak zdjęcia - zauważyłam. - Czujesz coś, kiedy na nie patrzysz?

- Czy ja wiem? - odparł z wahaniem. - Młodsi byliśmy... Szczuplejsi...

- Chyba Wioli nie dokładnie o to chodziło - powątpiewałam.

- Ale ja też niczego nie czuję. Może tylko żal...

- Żal? - zdziwił się Janusz.

- Tak. Za tym, co było - wyznałam. - Za tym, jak na mnie wtedy patrzyłeś. Za tym, co wtedy czułam... - dokończyłam ze łzami w oczach. - To już nie wróci, prawda?

Janusz złapał mnie za rękę.

- Chyba nie - stwierdził. - Ale nie znam żadnej pary, która po szesnastu latach małżeństwa kochała się tak, jak na początku. Ja ciągle cię kocham - wyznał. Tylko inaczej...

- Spokojniej? - zapytałam. - Bo ja tak właśnie uważam, że kocham cię spokojniej. Ale nie mniej niż kiedyś.

- To dlaczego sobie tego nie mówimy? - zastanowił się mąż. - Czy musieliśmy pójść do tej dziwnej terapeutki, żeby sobie o tym przypomnieć? Przytuliłam się do Janusza. Już zapomniałam, jak to przyjemnie czuć jego bliskość.

- Będę ci o tym przypominać, kochanie - obiecałam. - Ale ty też powinieneś...

- Dobrze - zdeklarował się. - Tylko proszę cię, nie chodźmy już więcej do poradni. Ta Wiola jest strasznie dziwna. Nie budzi mojego zaufania.

- A ja myślę, że jednak trochę nam pomogła... - stwierdziłam, uśmiechając się do siebie.

Katarzyna

Imiona bohaterów zostały zmienione.

Dowiedz się więcej na temat: miłość | kryzys małżeński | małżeństwa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje