Nie chcę takiej synowej

Wojtek był moim oczkiem w głowie. Życzyłam mu więc tego, co najlepsze: kariery, szczęścia oraz kobiety na poziomie…

Ta dziewczyna od początku mi się nie podobała. Kiedy przyszła do nas po raz pierwszy i Wojtek przedstawił ją jako swoją narzeczoną, nie mogłam ukryć niezadowolenia.

Reklama

- Czym się pani zajmuje? - spytałam podczas obiadu. Słynęłam z dobrej kuchni i jeszcze nie zdarzyło się, aby komuś nie smakowały moje potrawy. Dziewczyna jadła jednak jakoś bez przekonania.

- Jestem przedszkolanką - odparła. Lekko prychnęłam. Syn chyba tego nie zauważył, bo właśnie nalewał sobie kolejną porcję zupy. Wiedziałam, że uwielbia moją grzybową. Za to mąż popatrzył na mnie z dezaprobatą. Odpowiedziałam mu spojrzeniem niewiniątka, choć przeczuwałam, że będzie mi robił później wyrzuty. Dokończyliśmy zupę, a potem podałam moją dumę: pieczoną kaczkę ze śliwkami, do tego ziemniaki i bukiet surówek. Mąż podstawił dziewczynie półmisek z mięsem:

- Może udko? - zaproponował. - Wygląda kusząco - zachęcił dodatkowo.

- Nie, dziękuję. Nie jadam mięsa - odparła Weronika.

- Coś takiego! - wykrzyknęłam. - Nie jada pani mięsa? To niedobrze, moja droga, wam młodym szczególnie potrzebne jest białko, bez niego ani rusz, traci się siłę, energię. No, bardzo proszę spróbować. Jeden kawałeczek pysznej kaczki jeszcze nikomu nie zaszkodził.

- Naprawdę dziękuję, ale nie zjem. To godzi w moje przekonania - upierała się, odsuwając półmisek.

- Jakie przekonania, dziewczyno?! - podniosłam głos, bo się naprawdę zdenerwowałam. - Dwudziestolatki to mają jeszcze siano w głowie, a nie żadne przekonania! Jak urodzisz dzieci i będziesz musiała godzić pracę z domem, to się zaczną prawdziwe problemy, no i może wtedy nabierzesz tych swoich przekonań...

- Mamo?! - syn przerwał mój wywód. - Weronika od pięciu lat nie je mięsa i chciałbym, żebyś to uszanowała.

- Dobrze, dobrze - mruknęłam pod nosem. - A ziemniakami i surówką też pani pogardzi?

- Zjem je z przyjemnością. Wyglądają naprawdę smakowicie - odpowiedziała z uśmiechem. Tylko że ten uśmiech wydał mi się podejrzany. Bo gdyby mnie ktoś tak tykał jak ja ją, z pewnością nie byłabym taka miła i uprzejma. "Musi mieć w tym jakiś interes". pomyślałam i nie pomyliłam się.

- Widzisz! Miałam rację - mówiłam wzburzona wieczorem do męża. - Poleciała na jego pieniądze. A nasz syn taki naiwny jest, żenić się z nią chce. Z biedną przedszkolanką, bez grosza przy duszy, bez ambicji, żeby się dalej kształcić. I co, pewnie dzieci jeszcze będzie chciał z nią mieć?

- No i ma do tego prawo - odpowiedział spokojnie mąż.

- Co?! - wzięłam się pod boki. - Ty też jesteś za tą dziewczyną? Nie zależy ci na szczęściu własnego syna?

- Na nieszczęśliwego nie wygląda, Renatko - uśmiechnął się. - A Weronika może i studiów nie ma, ale jest miła, grzeczna, dobrze wychowana...

- Tak dobrze wychowana, że odmówiła zjedzenia mojej kaczki. A ja się starałam, cały wczorajszy dzień spędziłam w kuchni... Nóg nie czuję - poskarżyłam się.

- Kaczka była przepyszna. Widziałaś, jak smakowała Wojtkowi? A i ja zjadłem ją z wielkim smakiem. Nikt tak nie gotuje jak ty, Renatko - starał się mnie udobruchać Kazik.

- No już dobrze, dobrze. Przynajmniej wy mieliście jakąś przyjemność z jedzenia. To też się liczy... - mruknęłam.

- No widzisz! - ucieszył się mąż. - Jeszcze wszystko się ułoży. Młodzi wezmą ślub, Wojtek się w końcu usamodzielni, a ty polubisz tę jego wybrankę.

- O, co to, to nie! - wrócił mój gniew. - Nie życzę im niczego złego, ale wspomnisz moje słowa: z tego małżeństwa nic nie będzie, kompletnie nic!

Kazik popatrzył na mnie i już się nie odezwał. Wiedział, co robić, żebym nie wpadła w jeszcze większą irytację. Przez ponad ćwierć wieku wspólnego życia zdążył poznać siłę moich złych humorów i nauczył się z nimi żyć. Owszem, nie mam łatwego charakteru, ale jestem dobrą gospodynią, chociaż muszę się sporo natrudzić, żeby pogodzić pracę zawodową z domem. Wychowałam syna bez pomocy nianiek i babć, jak mi się wydawało, na porządnego człowieka. Przez całe lata uczyłam go, jak ważna jest edukacja, że człowiek bez studiów w dzisiejszych czasach nie znaczy nic. I teraz mój syn chce się związać z jakąś niedouczoną dwudziestolatką... Kładąc się, myślałam nad tym, jak wybić mu z głowy ten związek... Jakieś dwa tygodnie później Wojtek znowu nas odwiedził. Cmoknął mnie w policzek. Rozpromieniłam się na jego widok. Odkąd wyprowadził się z domu, czułam w sercu dziwną pustkę, dlatego każdą wizytę syna traktowałam jak święto.

- Co tam u ciebie, przystojniaku? Hej, nie podkradaj ciasta z blachy, dostaniesz po obiedzie! - dodałam wesoło, grożąc mu palcem.

- A co na obiad? - zainteresował się, wdychając zapachy znad kuchni.

- Twoja ulubiona grzybowa i pieczeń z kluskami śląskimi.

- Pycha - zachwycił się. - Tylko, mamuś, ja poproszę same kluski, bez mięsa - dodał na koniec.

- Co? A to czemu? - zdziwiłam się.

- Wiesz, chcę być solidarny z Weroniką.

- O Boże, tylko nie to! - załamałam ręce. - Wiedziałam synu, że tak będzie! Ona już cię opętała!

- Co ty mówisz, mamo? Wielu ludzi jest dziś jaroszami. Nie ma w tym nic złego. A białko równie dobrze można zastąpić soją.

- Tą pozbawioną smaku breją? - rzuciłam zdumiona. - Dziecko, ty wróć do jedzenia mięsa, i to jak najszybciej, żebyś mi nie zmarniał.

- Powiedziałem, mamo, zjem chętnie kluski, ale bez pieczeni. A soja nie jest bezsmakową breją. Przyszedłem, żeby was właśnie zaprosić na obiad do nas. Weronika przygotuje wegetariańskie potrawy. Zobaczysz, jakie są smaczne.

Cóż było zrobić? Zgodziłam się i przyjęłam zaproszenie na sobotę. Postanowiłam jednak, że nie zjawię się z pustymi rękami i starannie przygotowałam się do tej wizyty. Upiekłam placek, ulubiony sernik Wojtusia. Kiedy wyjęłam pachnące ciasto z piekarnika, przypomniało mi się, jak się nim zajadał w dzieciństwie.

- A teraz mój syn chce popełnić największe głupstwo w swoim życiu - powiedziałam ponuro, zapinając garsonkę.

- Co mówisz? - zapytał mąż, zawiązując krawat. Jak zwykle zrobił to krzywo.

- Och, Kaziu, znów nie tak. No, chodź tu, to ci pomogę - przywołałam go do siebie. Poprawiając węzeł, wyjaśniłam mężowi swoje obawy.

- Skoro już na samym początku znajomości ta dziewczyna nakłoniła Wojtka do niejedzenia mięsa, to pomyśl tylko, na czym się to skończy! Może go do jakiejś sekty zaciągnie?

- Co ci chodzi po głowie, kobieto? Przecież to miła dziewczyna, żyją jak ludzie.

- Tyle że bez ślubu - syknęłam.

- Ale to dziś norma. Większość par tak robi. Zresztą, przecież nie podoba ci się pomysł ze ślubem - przypomniał.

- A komu by się podobał?! Nasz syn zasługuje na kogoś lepszego, kogoś po studiach, z ambicjami! - zakrzyczałam go.

- Ja też nie mam wyższego wykształcenia. Nie wiedziałem, że to dla ciebie taki problem - powiedział cicho mąż.

- Ty to co innego. Nie miałeś takich możliwości, jak dzisiaj młodzi. A Wojtek powinien mieć partnerkę na poziomie - zakończyłam dyskusję. Gdy emocje nieco opadły, zebrałam się i pojechaliśmy do Wojtka i Weroniki. Ledwo przekroczyłam próg ich mieszkania, uderzył mnie zapach... sernika! Nie zdejmując płaszcza, przecisnęłam się wąskim przedpokojem i zajrzałam do kuchni. A tam Weronika właśnie wyjmowała blachę z piekarnika!

- Dzień dobry - rzuciła zaskoczona. - Przepraszam, ale nie słyszałam dzwonka...

- Co to jest?! - nachyliłam się nad nią i wskazałam palcem na ciasto.

- To? Sernik. Wojtek mówił, że to pani ulubione ciasto.

- Owszem. I jego też. Właśnie przyniosłam całą blachę! - powiedziałam oburzona, ale nie speszyłam jej tym.

- Świetnie. Będziemy mieć co wcinać - stwierdziła z niewinnym uśmieszkiem. Odwróciłam się na pięcie i poszłam do pokoju. Mój syn rozmawiał z mężem, a ja tymczasem przyglądałam się stołowi. Był nawet nieźle nakryty. Tylko po co te kwiaty zajmujące prawie pół blatu? Przestawiłam więc wazon na komodę. Moje niezadowolenie wzbudziły też serwetki. Dlatego rozłożyłam każdą z nich i uformowałam w kieszonki, do których powkładałam sztućce. Kazik i Wojtek nie zwracali na mnie szczególnej uwagi. Tym razem mi to nie przeszkadzało. Kiedy Weronika zawołała Wojtka do kuchni, poszłam za nim. Poprosiła go, żeby pozanosił talerze.

- U nas w domu przygotowaniem stołu do posiłku zajmują się kobiety - zauważyłam z nutką złośliwości w głosie.

- Ale ja mam ręce w cieście. Przygotowuję kotlety z soi - odpowiedziała Weronika.

- To je wytrzyj, dziecko, a do kotletów wrócisz za chwilę.

- To jest nasz dom, mamo - odparł Wojtek. - A nakrywanie do stołu to nie tylko domena kobiet - dodał, biorąc do ręki stos talerzy. Gdy wyszedł, podeszłam do Weroniki:

- Dołożę wszelkich starań, żebyś nie zepsuła życia mojemu synowi, rozumiesz? - powiedziałam cicho, a ona tylko spuściła głowę... Obiad przebiegł w ciężkiej atmosferze. Weronika nie omieszkała zauważyć, że zmieniłam ułożenie serwetek i zmartwiła się, że bukiet, który tak długo układała, stoi teraz w kącie.

- Jestem uczulona na kwiaty - odparłam wyniośle. Mąż popatrzył ze zdziwieniem, ale nie skomentował moich słów. Ja tymczasem zaczęłam mówić o studentce, która wynajmowała u nas poddasze.

- Jest bardzo zdolna. W pierwszym semestrze miała same piątki. Dostała nawet stypendium ministra edukacji. A jaka to miła, zadbana dziewczyna! Blondynka, średniego wzrostu, szczuplutka - popatrzyłam z przekąsem na nieco zaokrągloną Weronikę.

- Polubiłyście się? - spytał nieuważnie Wojtek, zajęty wcinaniem zupy. Grzybowej, jak moja, tyle że niegotowanej na mięsie. Nie była wcale taka zła, musiałam to przyznać.

- Oczywiście. Mówiłam jej zresztą o tobie i obiecałam, że zabierzesz ją w tygodniu do kina. Ona tu jest dosyć samotna, jeszcze nie zdążyła nawiązać przyjaźni.

- W tygodniu to raczej się nie uda. Ale w sobotę lub niedzielę... Co myślisz, Weroniczko?

- A czemu pytasz swoją dziewczynę o zdanie? Potrzebujesz pozwolenia? - wtrąciłam się.

- Nie, skąd. Ale muszę wiedzieć, czy nie mamy jakichś innych planów i będziemy mogli zabrać tę studentkę do miasta.

- Chcecie iść razem?!

- Oczywiście, mamo. Wszystko robimy razem. Na tym polega partnerski związek. Zresztą, teraz najchętniej nie odstępowałbym Weroniki na krok - dodał i położył dłoń na jej brzuchu, a potem beztroskim tonem oświadczył mi, że... zostanę babcią!

- C-co? - jęknęłam zszokowana.

- Weronika przerwała studia. Wróci na nie, kiedy urodzi dziecko - rzucił Wojtek.

- To ty studiujesz? - zdziwiłam się.

- Oczywiście - odparła. - Chciałabym czegoś dokonać w życiu. A bez wykształcenia ani rusz...

Skapitulowałam. Okazało się, że tak naprawdę niewiele wiedziałam o dziewczynie Wojtka i od początku źle ją oceniałam, opierając się wyłącznie na domysłach. A gdy kilka miesięcy później okazało się, że na świat ma przyjść mały chłopiec, mój stosunek do Weroniki bardzo się zmienił. Staram się ją wspierać i pomagam, licząc na to, że zapomni mi ten niezbyt fortunny początek naszej znajomości...

Dowiedz się więcej na temat: synowie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje