Niemoralna propozycja

Szukałam faceta, który zapewni mi byt, a mojemu synowi zastąpi ojca. I trochę się pogubiłam.

Jechałam do po Daniela. Kiedy zapaliło się zielone i chciałam ruszyć, silnik zdechł. To już było ponad moje siły. Z bezsilności zaczęłam walić w kierownicę, aż jakiś facet podszedł i zapytał, czy może w czymś pomóc. Pewnie, że może, powiedziałam. Mężczyzna popchnął auto parę metrów. Wystartowałam, pomigałam mu światłami i dodałam gazu. Fiat zaterkotał i przyspieszył. To stare pudło miało chyba ze trzydzieści lat i żaden mechanik nie chciał go już naprawiać. Zanim Marek odszedł, był w stanie go ożywiać. Teraz musiałam sobie jakoś radzić.

Reklama

Sama zresztą dorżnęłam samochód, bo nie umiem jeździć wolno. Najlepiej opisał mnie kolega z pracy, Rysiek, na ostatniej imprezie:

- Bo, proszę państwa - mówił grupie otaczających nas gości - nikt w firmie nie jeździ jak Iwona. Żaden facet nie jest w stanie tak brać zakrętów, unikać poślizgu i ryzykancko lawirować w korku. Wali w kierownicę, przeklina jak furman i dusi się w środku z braku właściwej prędkości. Gdy ostatni raz z nią jechałem, zauważyłem, że jak wskazówka szybkościomierza spada do sześćdziesiątki, Iwonka zaczyna się nudzić i traci zainteresowanie jazdą. Przechodzi jej powoli, dopiero kiedy ma stówę na liczniku. No więc, zdrowie Kubicy w ...

Wszyscy się roześmieli i zaczęli bić brawo, bo doskonale wiedzieli, że to prawda. Uwielbiałam szybkość na trasie, nawet w mieście, i płaciłam jak głupia mandaty. No, ale to już się skończyło. Tym gruchotem nie mogłam sobie pojeździć. Tylko tyle, co po Daniela do przedszkola.

Zajechałam przed budynek. W piątki kończę pracę o pierwszej, więc staram się przyjechać po niego wcześniej. W tygodniu pracuję na dwóch posadach, żeby to wszystko w kupie utrzymać na jakimś poziomie. Bez szaleństw i bez marzeń o nowym samochodzie, który w końcu jest moim narzędziem pracy.

Zobaczyłam Daniela bawiącego się na dworze i dotarło do mnie, że za mało czasu mu poświęcam. Ostatnio zrobił się nieprzyjemny, krnąbrny, zawzięty. Brakowało mu  ojca. Próbowałam to załatwić, ale każdy facet, gdy odkrywał, że jestem samotną matką, pryskał szybko jak sen złoty.

Bardzo chciałam mieć kogoś na stałe, i to już. Żeby mnie ktoś pocieszył, dodał sił, kiedy po całym dniu pracy wracałam do domu. Odebrał dzieciaka, przytulił go albo po męsku pogadał. Faceci to chyba wyczuwali i, niestety, wpadali w panikę, a ja znów zostawałam sama. Musiałam się spieszyć, bo lat wciąż mi przybywało. A przecież chciałam tylko mieć dom, drugą pensję, i to nie moją, oraz ojca dla Daniela. Nie marzyłam o płomiennej miłości. Zadowoliłby mnie spokój, zrozumienie i wspólny urlop raz do roku. Czy to tak dużo?

Daniel podszedł do mnie, jak zwykle naburmuszony, i mruknął:

- Pamiętasz, że mamy iść jutro do kina?

Pamiętałam doskonale, potwierdziłam z pełnym przekonaniem, więc trochę się rozchmurzył.

Wieczór minął nam tradycyjnie. Oglądaliśmy telewizję, zjedliśmy kolację, poczytałam mu do łóżka i spać.

Rano Daniel zjadł śniadanie bez grymasów. Widać tak cieszył się na seans, że nie przerażało go nawet mleko z kożuchem.

Kiedy skończył, zadzwonił telefon. Podbiegł, żeby go odebrać.

- Cześć. Zaraz poproszę - rzucił do słuchawki i podszedł do mnie ze spuszczoną głową. - Jakiś facet. Pewnie znowu kupisz mi lego, bo do kina nie pójdziemy...

Wzięłam telefon.

- ...

- Kto? Irek? Boże kochany, ty żyjesz? Co się z tobą działo? - spytałam.

- ...

- Chętnie, ale dzisiaj to niemożliwe. Obiecałam Danielowi kino.

- ...

- Zwariowałeś? Na film dla dzieci?

- ...

- Moje auto? Ledwie jeździ. To trup.

- ...

- Pamiętasz, gdzie?

- ...

- Seans zaczyna się o pierwszej. To do zobaczenia - rozłączyłam się, a potem zagadnęłam Daniela: - Co byś powiedział, gdyby poszedł z nami Irek? Pamiętasz go?

Pamiętał, chociaż minęły jakieś dwa lata. Nawet go lubił. Facet traktował dzieciaka jak dorosłego. Nie wygłupiał się, nie mówił mu, że wyrósł, nie pytał, czy ciągnie dziewczynki za warkocze, nie usiłował kupić zabawkami. Gadał z nim o żołnierzach, grach komputerowych i o tym, dlaczego gwiazdy są tak daleko.

- Może być - odparł Daniel. - Jego możesz wziąć.

Wyczułam to "jego". Akceptacja dotyczyła Irka. Żaden inny facet nie wchodziłby w rachubę.

Na drugi dzień podjechał przed dom nowiutką toyotą. Daniel wybiegł przywitać się. Wyszliśmy na ulicę. Auto lśniło w słońcu.

- Podobno Chińczycy je robią. Są usterkowe - powiedziałam.

- Nie narzekam - odpowiedział. - Chcesz poprowadzić?

- Żartujesz?

- Ani trochę. Przecież wiem, jaka jesteś zwariowana na tym punkcie.

- Dawaj kluczyki - usiadłam szybko za kierownicą, zanim się rozmyślił.

- Pamiętaj, że wieziesz dziecko, poszaleć będziesz miała okazję. Mam pewien plan - rzucił tajemniczo.

- Plan? Jaki?

- Później ci powiem, po kinie.

Cóż, nie dopytywałam więcej.

Gdy seans się skończył, poszliśmy na obiad do pizzerii. Daniel uporał się z jedzeniem bardzo szybko i pobiegł piętro niżej, gdzie królowały dzieci, kąpiąc się w plastikowych piłeczkach, zjeżdżając w kolorowych rynnach, wspinając po linach i skacząc na materacach.

Mogliśmy więc trochę pogadać. Irek wrócił po dwuletnim pobycie za granicą, gdzie prowadził dział marketingu jednej z dobrze prosperujących firm. Choć wyjechał tam tylko na praktykę, błysnął rewelacyjnymi pomysłami i już nie chcieli go wypuścić. Teraz wracał, by rozkręcić filię tej firmy w Polsce. Po latach separacji wreszcie wziął rozwód i zaczął rozglądać się za jakimś domem pod miastem. Miał służbowe bmw, a toyota...

- Ta toyota może być twoja - powiedział przy kawie.

- Wariat - zaśmiałam się. - Gdybyś chciał mi ją sprzedać za pół, nawet za ćwierć ceny, jest to dla mnie równie nierealne jak urlop na Hawajach.

- Dlaczego urlop na Hawajach jest taki nierealny? Byłem tam już dwa razy.

- No tak, chyba nie pogadamy sobie, dopóki nie wsiąkniesz w nasze realia.

- Przecież najważniejsze to chcieć. Uzmysłowić sobie własne pragnienia i iść w tym kierunku. Kiedyś musi się udać.

- Widocznie mi się kompas popsuł - warknęłam, bo byłam trochę wściekła.

Jeszcze jeden z tych mądrali, którym się udało i teraz chcą przekonywać cały świat, że to jest całkiem proste. Nie cierpię takich "udaczników".

Przemilczał mój wybuch i ze stoickim spokojem zapytał:

- Ciągle jesteś sama?

- Jak widzisz - mruknęłam opryskliwie.

- To czemu mnie nie chciałaś?

- Daj spokój, sto razy ci mówiłam: za żonatych nie wychodzę za mąż.

- A bo to wiadomo, co komu pisane?

- No dobra, chodźmy już.

- Jeśli chcesz... Ale z tą toyotą to prawda - wyciągnął papiery i pokazał mi.

Wzięłam je do ręki i myślałam, że coś mam z głową: wyraźnie było napisane, że jestem właścicielką samochodu.

- Co jest grane? - zapytałam zbita z tropu.

Spojrzał na mnie i powiedział:

- Wiesz, że zawsze cię pragnąłem. Chciałem, żebyś była ze mną. Musiałaś to wiedzieć, musiałaś czuć. Ale zawsze byłem dla ciebie za cienki. Byli lepsi, jeden po drugim. Przeczekiwałem ich w nadziei, że wreszcie stanę ci się bliski, choćby dlatego, że byłem przy tobie nawet wtedy, gdy inni się na ciebie wypięli. Kiedy Daniel był chory i nikogo nie miałaś do pomocy, kiedy musiałaś iść do pracy, bo zagrozili ci wyrzuceniem, przyjechałem natychmiast, zostawiając parę ważnych spraw, pamiętasz? Ale ty szukałaś kogoś przez duże K. Księcia z wielkimi pieniędzmi. Choć cały czas byłem obok. Bez forsy nic dla ciebie nie znaczyłem. Mówisz, że mnie nie chciałaś, bo byłem żonaty, a przecież doskonale wiedziałaś, że jej nie kocham i że jestem w separacji. Ale ty musiałaś mieć pewnego i najlepiej bogatego kandydata stanu wolnego, co pójdzie z tobą do ołtarza. Powiedz, ilu przez te dwa lata przetestowałaś?

Zabolało tak, jak może zaboleć prawda powiedziana prosto w oczy. Zamachnęłam się, żeby go uderzyć. Chwycił moją dłoń i pocałował jej wnętrze.

- Przepraszam, rozpędziłem się. Ale znasz mnie, zawsze byłem bardzo bezpośredni. Więc bez owijania w bawełnę. Oto moja oferta: toyota jest twoja, jeśli trzy razy pójdziesz ze mną do łóżka.

Zatkało mnie do tego stopnia, że stałam jak zamurowana, nie potrafiłam otworzyć ust, żeby cokolwiek z siebie wydusić. Zrozumiałam nagle, co znaczy, że słowa uwięzły komuś w gardle. Spróbowałam jeszcze raz wyswobodzić rękę, żeby go uderzyć, ale trzymał ją mocno.

- To jest czysta gra. Tylko między nami. Zastanów się przez tydzień. W przyszłą sobotę się odezwę.

Położył kluczyki na stole.

- Do tego czasu korzystaj z auta - dodał.

Jeszcze raz pocałował mnie w rękę i wyszedł. Daniel był trochę rozczarowany, że się z nim nie pożegnał.

To był najbardziej koszmarny tydzień w moim życiu. Sytuacja jak z filmowej "Niemoralnej propozycji". Propozycja, którą można przyjąć lub odrzucić. Bez żadnego nacisku. I to w tym wszystkim było najgorsze. Ja musiałam podjąć decyzję, a potem zmagać się z jej konsekwencjami.

Przez tydzień zdążyłam się przyzwyczaić do myśli, że toyota jest moja. Dlatego w sobotę rano, gdy zadzwonił Irek, pokonałam palący mnie wstyd i powiedziałam:

- Zgoda. Czekam na ciebie po południu.

Daniela wyprawiłam do babci, przygotowałam łóżko i nakryłam do stołu.

Irek był punktualny. Przyniósł bukiet kwiatów, butelkę martini i flakonik drogich perfum. Przez cały czas byłam potwornie spięta.

Spytał, czy może nastawić muzykę, po czym poprosił mnie do tańca. Powoli się uspokajałam i kiedy przytulił mnie w tańcu mocniej, oparłam się o jego ramię. Tańcząc, rozpinał mi zamek sukienki, po czym zaniósł na łóżko. Był bardzo delikatny, ułożył mnie jak dziecko, głaskał, pieścił i całował, jakbym była tą najbardziej wymarzoną i wytęsknioną dziewczyną. Był taki do końca. I kiedy wreszcie złapałam oddech, leżąc obok niego, już nic nie rozumiałam z tej gry. Myślałam, że spróbuje mnie upokorzyć, zniszczyć za to, że zawarłam z nim tę umowę. A on traktował mnie jak królową.

Kiedy wyszedł, wstałam i wtuliłam twarz w pachnący bukiet.

W następną sobotę scenariusz powtórzył się niemal dokładnie: kwiaty, martini. Tyle że zamiast perfum przyniósł mi w prezencie wystrzałową, wieczorową sukienkę, a ja nie byłam już tak zdenerwowana. Czekałam na niego z niecierpliwością, pełna nadziei, że znowu będzie tak pięknie. A było jeszcze piękniej.

Ale trzeciej, kolejnej soboty nie odezwał się. Czułam się tak, jakby ktoś odebrał mi ukochaną zabawkę. Czekałam, siedząc przy telefonie, popijając wermut, który został z poprzedniego tygodnia. O północy zrezygnowana poszłam spać.

W poniedziałek przyszedł list polecony, a w nim dokumenty toyoty. I króciutka, odręczna notatka Irka na firmowym papierze: Nie potrzebuję trzeciego razu, żeby wiedzieć, że jesteś cudowna. Ireneusz.

Natychmiast sięgnęłam po telefon i wybrałam numer widniejący na firmówce. W słuchawce odezwał się miły, wyszkolony głos sekretarki. Poprosiłam z Irkiem.

- Tydzień temu szef wyjechał do Niemiec.

- A kiedy wróci? - dopytywałam.

- Myślę, że nieprędko. Spodziewamy się go dopiero za pół roku, na święta.

- Czy mogę się z nim jakoś skontaktować?

- Przykro mi, ale nie mogę podać pani numeru telefonu.

Podziękowałam i powoli odłożyłam słuchawkę. Na stole leżały kluczyki od toyoty. Już jej nie chciałam, wolałam jego.

Jeszcze raz obejrzałam liścik. Był tam nie tylko polski numer, ale też adres - w Berlinie. Niewiele myśląc, chwyciłam dokumenty i pobiegłam do auta. Nie wiem, co mu powiem, nie wiem nawet, czy uda mi się go odnaleźć. Ale muszę spróbować, nie mogę czekać pół roku!

 

Iwona Z., 36 lat

Dowiedz się więcej na temat: pieniądze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje