Obudź się, czekam

Błażej pojawił się w szkole w połowie szóstej klasy. Jego rodzina przeprowadziła się do naszego miasta z Warszawy. Mieszkaliśmy blisko siebie, więc prawie zawsze po lekcjach wracaliśmy do domu razem.

 Rozmawialiśmy o szkole, domu, marzeniach, planach na przyszłość. Wkrótce staliśmy się nierozłączni. Razem uczyliśmy się do klasówek, próbowaliśmy domowe wino i cygaretki, które podkradłam dziadkowi. Było nam dobrze ze sobą... Już wtedy czułam, że ta miłość jest na zawsze. Wspólnie przeszliśmy przez szkołę średnią, razem wyjechaliśmy na studia do Warszawy. Było wspaniale. Nasze wspólne życie nabierało rozpędu. Cudowne były wieczory spędzane przy lampce wina i na planowaniu wspólnej przyszłości. Oboje marzyliśmy o dzieciach, własnym domu i psie biegającym wokół posesji. Błażej był jedynakiem, więc chciał mieć gromadkę dzieci.

Reklama

- Wszystko w swoim czasie, kochanie. - odpowiadałam, kiedy zaczynał roztaczać wizję rozkrzyczanych pięcioraczków.

- A ja chciałbym już... - rozmarzał się. Wakacje po skończeniu studiów spędzaliśmy w rodzinnym mieście. Pewnego wieczora siedzieliśmy na huśtawce w ogrodzie jego rodziców i słuchaliśmy, jak grają świerszcze.

- A co myślisz o ślubie? - powiedział nagle Błażej i spojrzał mi w oczy.

- Ślub? - zapytałam z niedowierzaniem. - Hmmm... Sama nie wiem...

- To daję ci chwilę na zastanowienie, bo zaraz będziesz musiała odpowiedzieć na bardzo ważne pytanie, od którego zależy nasz los - powiedział niezwykle poważnie.

- Przerażasz mnie - zaśmiałam się nerwowo.

- Lilu, czy wyjdziesz za mnie? - zapytał i wyciągnął przed siebie dłoń, w której leżał pierścionek z dużym oczkiem.

- Oczywiście, że tak - odparłam bez zastanowienia. Przecież go kochałam, więc nie miałam się nad czym zastanawiać. Jeszcze tego samego dnia powiedzieliśmy o naszej decyzji rodzicom. Przyjęli to z dużym entuzjazmem. Udało nam się nawet ustalić datę ślubu na grudzień. Postanowiliśmy, że do końca września zostaniemy u rodziców. Organizacja ślubu i wesela tak mnie pochłonęła, że nie zauważyłam nawet, że spóźnia mi się okres.

- Dopiero kilka dni - mówiłam do siebie, wpatrując się w kalendarz. Tak to sobie tłumaczyłam, aż do momentu kiedy zrobiłam test i zobaczyłam na nim dwie czerwone kreski. Nie chciałam mówić o tym Błażejowi w domu, wyciągnęłam go na spacer.

- Przecież pada - odburknął, patrząc na mnie znad gazety.

- Chodź, proszę cię - nalegałam.

- Nie mam ochoty - marudził, ale w końcu przystał na moją propozycję. Faktycznie trochę padało. Szliśmy nierównym chodnikiem, omijając kałuże. Naprzeciw nam szła grupka rozchichotanych dziewczynek w kolorowych płaszczykach. Nagle podmuch wiatru wyrwał jednej z nich parasol i poniósł go na jezdnię. Dziewczynka, niewiele myśląc, rzuciła się w pogoń za nim. Wbiegła na jezdnię, wprost pod pędzący autobus. Błażej pobiegł w stronę dziewczynki, nie zważając na moje nieludzkie krzyki. Nagle usłyszałam uderzenie i płacz dziecka. Chciałam pobiec w tamtym kierunku, ale nie mogłam się ruszyć z miejsca. To przerażające uczucie pamiętam do dziś. Oprzytomniałam dopiero, słysząc sygnał karetki. Podeszłam bliżej. Rozejrzałam się. Nigdzie nie widziałam Błażeja. Zauważyłam tylko kobietę przytulającą rozdygotaną dziewczynkę, która trzymała w rączce potargany żółty parasol. Przedarłam się przez tłumek gapiów. Zobaczyłam go. Leżał na jezdni zakrwawiony. Mój Błażej... Wokół niego uwijało się kilku sanitariuszy, coś mówili, do mnie docierały tylko strzępki słów. Ułożyli go na noszach.

- Czy ktoś zna tego chłopaka? - zapytał jeden z ratowników.

- Tak ja... To mój narzeczony - z trudem odpowiedziałam. Kolejne wydarzenia pamiętam jak przez mgłę. Wnętrze karetki, jakaś aparatura, szpitalny korytarz, zapłakane twarze rodziców Błażeja, pochylającą się nade mną pielęgniarkę. Ocknęłam się na szpitalnym łóżku. Obok siedziały mamy - moja i Błażeja.

- Dlaczego nam nie powiedziałaś? - spytała moja.

- O czym?

- O ciąży - wtrąciła się pani Jadzia.

- To dlatego miał być ślub?

- Nie, nie dlatego.

- Błażej wiedział... wie?

- Nie zdążyłam mu powiedzieć - wyszeptałam, a po policzkach pociekły mi łzy.

- Czy on...

- Jest w śpiączce - powiedziała.

- Ale żyje - rozpłakała się, a ja z nią. Po kilku godzinach mogłam wyjść ze szpitala, ale zostałam. Prawie dzień i noc siedziałam przy Błażeju. Bałam się, że jeżeli się obudzi, a mnie tam nie będzie, przestanie mnie kochać. Na nic zdawały się błagania rodziców, bym się oszczędzała.

- Nosisz w brzuchu dziecko - przypominali.

- Moje miejsce jest tu, przy jego ojcu - odpowiadałam. Czytałam Błażejowi książki, puszczałam muzykę, śpiewałam... Byle tylko czuł, że jestem przy nim, że czuwam. Najgorsze były dni, kiedy wydawało mi się, że Błażej się poruszył, mrugnął, ścisnął mnie za rękę. Biegłam wtedy do pielęgniarki, a ona ze spokojem odpowiadała, że to naturalne odruchy organizmu. Byłam zła, że odbiera mi się nadzieję. Prawda bolała. Minęły cztery miesiące od wypadku, a stan Błażeja się nie poprawiał. Mój brzuch stawał się widoczny.

- Lila - któregoś dnia przyszły teść złapał mnie mocno za rękę. - Rozmawiałem z lekarzem. Dla Błażeja nie ma już ratunku, Lila on się już nie obudzi.

- Co pan mówi? Nie, ja nie pozwolę! - krzyknęłam, rozumiejąc już, co on chce powiedzieć.

- Lila, to koniec, jego mózg umiera. Musimy podjąć decyzję o odłączeniu go od aparatury - mówił jakby nie swoim głosem.

- Ale on zawsze będzie z nami. To maleństwo będzie nam o nim przypominało.

- Nie, nie, nie... - powtarzałam, ale cóż ja mogłam, skoro nie miałam prawa decydować o losie narzeczonego.

- Dajcie mi kilka dni - poprosiłam tylko. - Trzy dni. Chcę się pożegnać. Wróciłam do Błażeja, chwyciłam go za rękę i położyłam głowę na jego piersiach. Czułam jego ciepło. Nagle wszystko zaczęło mnie boleć, ból rozdzierał mnie od środka, był tak straszny, że myślałam, że umrę. Nagle poczułam, jak poruszył się mój dzidziuś. Stanęłam przy łóżku, wzięłam dłoń Błażeja i przyłożyłam ją do swojego brzucha.

- Dlaczego nas zostawiasz? - powiedziałam przez łzy. - Czujesz? To twój syn. Słyszysz mnie? Nie zostawiaj nas teraz. Słyszysz! - załkałam. I wtedy... po twarzy Błażeja zaczęły płynąć łzy. "On żyje!", pomyślałam i pobiegłam po rodziców i lekarza.

- To o niczym nie świadczy - oznajmił lekarz. - Proszę się nie łudzić.

Nie słuchałam go. Czułam, że Błażej do nas wraca. I miałam rację! Wkrótce otworzył oczy. Pierwsze, co zrobił, to spojrzał na mój brzuch. Oczywiście to był początek. Okazało się, że pół mózgu Błażeja nie żyje i funkcje pełnione przez obumarłą część musi przejąć druga półkula. Uczyłam go wszystkiego od początku, jeść, mówić, pisać, czytać... Do dziś mam zeszyty z jego pokracznymi literami. Jesteśmy małżeństwem, mamy syna, a nawet psa. Kiedyś uratowana przez Błażeja dziewczynka przysłała mu rysunek, na którym jest chłopak w stroju Supermana. To Błażej. Dla mnie też jest superbohaterem, ale z zupełnie innego powodu. Pokonał śmierć. Dla mnie...

Liliana

Imiona bohaterów zostały zmienione.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje