Ona nie pozwala mi odejść...

Po tych przygodach już nigdy więcej nie zgodzę się sprzątać w domu młodej wdowy...


Od ośmiu lat jestem sprzątaczką. Nie powiem, że kocham swoją pracę, bobym skłamała, ale jestem dobra w tym, co robię. Sprzątam głównie biura, chociaż domy prywatne też się zdarzają. Do pani Marty trafiłam przypadkiem. Zadzwoniła do mnie, powołując się na moją dawną klientkę.

Reklama

- Podobno jest pani systematyczna i nie za droga, tak? - zapytała zaraz na wstępie.

Powiedziałam, że w kwestii ceny na pewno jakoś się dogadamy, i zapewniłam ją, że sprzątam dokładnie i żadnych brudów pod dywan nie zamiatam. Umówiłyśmy się na sobotę. Jak wytłumaczyła mi przez telefon pani Marta, chodziło o uporządkowanie dużego, starego domu na przedmieściach Krakowa.

Pojawiłam się punktualnie, a moja nowa klientka czekała na mnie na werandzie. Była młodsza, niż się spodziewałam, sprawiała jednak wrażenie smutnej, wręcz zrezygnowanej. Jasne, mysie włosy spięła byle jak plastikową klamerką, a zgniłozielona, prosta w kroju sukienka podkreślała niezdrową bladość jej cery. Pomyślałam, że wygląda na chorą albo pogrążoną w żałobie, i okazało się, że intuicja jak zwykle mnie nie myliła - kobieta niedawno została wdową.

- Piętro jest w miarę czyste, sama jakoś je ogarniam, ale parter... Na parterze nie sprzątałam od śmierci męża. Cezary zmarł w swoim gabinecie i od tamtej pory nie odważyłam się tam wejść - wyjaśniła mi gospodyni, kiedy weszłyśmy do domu.

- Bardzo pani współczuję - powiedziałam cicho.

Nie odpowiedziała. Zacisnęła tylko usta i oprowadziła mnie po budynku. Kwadrans później zaczęłam sprzątać. Gospodyni zażyczyła sobie, żebym najpierw ogarnęła przestronny salon, a później zabrała się za resztę.

- Skoczę na moment do sklepu, a pani niech zacznie od tego panoramicznego okna z widokiem na ogród - poinstruowała mnie jeszcze, zanim wyszła.

Zostałam sama. Okna były tak brudne, że ledwo widziałam zza nich świat. Samo umycie drewnianych ram zajęło mi mnóstwo czasu. Wynosiłam właśnie kolejną miskę pełną brudnej wody, kiedy zauważyłam stojące na komodzie fotografie.

Zerknęłam w stronę drzwi. Moja gospodyni nie wróciła jeszcze ze sklepu, a ja... Cóż, z natury jestem ciekawska, więc wzięłam w dłoń pierwszą z fotek i przyjrzałam się widniejącej na niej młodej parze. Ona była w białej sukni. Uśmiechnięta, opalona, promienna - z trudem rozpoznałam w tej młodej, pełnej życia dziewczynie bladą i zmizerowaną panią Martę, którą poznałam godzinę wcześniej. On był niezaprzeczalnie przystojny, typ filmowego amanta: ciemne oczy, gęste, lekko falowane włosy, mocna męska szczęka i błąkający się w kącikach pełnych warg leciutko ironiczny uśmieszek.

"Jeśli to jego opłakuje moja gospodyni, nic dziwnego, że wygląda tak marnie", pomyślałam ze współczuciem i odłożyłam zdjęcie na miejsce.

Byłam w połowie drogi pomiędzy salonem a niewielką łazienką na parterze, gdy w głębi domu z hukiem zatrzasnęły się drzwi. Nie jestem szczególnie strachliwa, ale nagle zdałam sobie sprawę, że jestem sama w olbrzymim, pustym domu, w którym niedawno zmarł człowiek. Na palcach wycofałam się w stronę salonu i zabrałam się za odkurzanie mebli. Miska z brudną wodą mogła poczekać...

Kilka minut później pani Marta wróciła ze sklepu i zaproponowała mi kawę.

- Usiądźmy przy oknie w salonie, mamy taki piękny dzień - powiedziała.

Zauważyłam, że krótki spacer zaróżowił jej policzki, jednak wciąż wyglądała na poważnie chorą.

- Źle sypiam - wyznała, kiedy zapytałam, jak sobie radzi. - Czasem do rana nie mogę zmrużyć oka, wciąż mam wrażenie, że Cezary tu jest - dodała szeptem.

Przeżegnałam się krzyżem świętym, bo aż mnie zmroziło.

- Co też pani opowiada?! Skoro nie żyje, spoczywa pewnie w pokoju, a nie błąka się po świecie. Trzeba się modlić za spokój umarłych, a nie przywoływać ich z powrotem na ziemię - powiedziałam, a w oczach młodej kobiety zalśniły łzy.

- Tak bardzo mi go brakuje - szepnęła. - Codziennie pytam Boga, dlaczego mi go zabrał...

- Moja młodsza kuzynka też owdowiała przed trzydziestką. Cała rodzina powtarzała jej, że jeszcze ułoży sobie życie, ale już nigdy nikogo nie pokochała - odezwałam się ze współczuciem w głosie i tak nam się jakoś z panią Martą zebrało na zwierzenia, że po chwili już obie płakałyśmy...

Tydzień później umówiłyśmy się na dziesiątą rano. Pani Marta planowała co prawda jechać do Katowic w jakiejś pilnej sprawie, ale ja miałam zostać w domu i sprzątnąć resztę parteru.

- Kiedy już pani skończy, proszę zanieść klucze sąsiadce - poprosiła mnie moja zleceniodawczyni i zostałam sama.

Tym razem zaczęłam od niewielkiego, pełnego książek gabinetu, w którym ponoć zmarł właściciel domu. I chociaż znowu obleciał mnie strach na myśl, że jestem sama w tym upiornym pokoju, jakoś udało mi się ogarnąć biblioteczkę i wytrzeć kurze z olbrzymiego, dębowego biurka. Przecierałam właśnie stojącą na nim ramkę ze zdjęciem zmarłego męża pani Marty, kiedy na karku poczułam jakiś lodowaty podmuch powietrza, a chwilę później coś musnęło moją łydkę. Zupełnie jakby ktoś opuszkami palców dotknął mojej nogi. Krzyknęłam i upuściłam na ziemię ramkę, która dzięki Bogu się nie stłukła.

W tym samym momencie w głębi domu trzasnęły drzwi, a z dębowego biurka, jakby strącony niewidzialną ręką, spadł niewielki notes w skórzanej oprawie. Wycofałam się w stronę wyjścia i roztrzęsiona wybiegłam przed dom. Tak się zdenerwowałam, że myślałam tylko o papierosie. Niby od paru miesięcy staram się ograniczać i palę tylko trzy dziennie, ale w tych okolicznościach...

Po chwili wahania zamknęłam willę i szybkim krokiem ruszyłam wzdłuż wąskiej, wysadzanej drzewami uliczki w poszukiwaniu kiosku. Byłam w okolicach niewielkiego parku, kiedy zauważyłam bar.

- Ma pani papierosy? - zapytałam starszą kobietę za kontuarem.

- A co mam nie mieć? - mruknęła i zmierzyła mnie zaciekawionym wzrokiem. - Pani z okolicy? Bo chyba się jeszcze nie spotkałyśmy...

 - Sprzątam u pani Marty - odpowiedziałam, a kobieta zaraz się ożywiła.

- U tej wdowy? - zapytała.

Przytaknęłam, a barmanka w zamyśleniu pokiwała głową.

- Od śmierci jej męża odeszły już chyba cztery sprzątaczki. Słyszałam, że tam straszy - wyszeptała w końcu.

- Co pani za bzdury opowiada?! - żachnęłam się, bo zrobiło mi się żal gospodyni.

"Dziewczyna w żałobie, a sąsiedzi takie głupoty wygadują", zdziwiłam się, jednak plotkara nie wyglądała na skruszoną. Pomimo mojego wzburzenia zaczęła mi opowiadać mrożącą krew w żyłach historię.

- Ten, co się zabił, to był znany adwokat.

- Zabił się? Myślałam, że zmarł na serce - zdziwiłam się.

- Zabił się. Podobno z miłości do jakiejś baby, co za granicę z innym uciekła. A żona oszalała, do dziś nie pogodziła się z jego śmiercią, chociaż już ze dwa lata minęły. Poprzednia sprzątaczka widziała ponoć, jak przy zapalonych świecach wywołuje jego duszę. Błagała go, żeby jej nie opuszczał, zaklinała, żeby został z nią w domu. Ludzie mówią, że ledwo ją stać, żeby tę willę samotnie utrzymać, ale za nic nie chce sprzedać posesji. Tuż po pogrzebie zrezygnowała z pracy, teraz całymi dniami siedzi zamknięta w sypialni na górze i rozmawia ze zmarłym mężem. Tamta sprzątaczka sama słyszała, jak do niego mówi!

- Daj pani spokój z takimi historiami! - wzdrygnęłam się i szybko zapłaciłam za papierosy.

"Nie będę przecież słuchać bajdurzenia głupiej baby", powiedziałam sobie.

Kwadrans później znów zabrałam się za sprzątanie. Dziwna sprawa, ale zasłyszana w barze historia raczej podniosła mnie na duchu, niż przestraszyła. Zapomniałam nawet o incydencie w gabinecie. Pewnie był przeciąg, stąd wrażenie lodowatego dotyku na szyi. Łydki też mi z całą pewnością nikt nie musnął, bo niby kto?

Dla kurażu włączyłam radio i podśpiewując, zabrałam się za czyszczenie wielkiego lustra w przedpokoju. Przecierałam właśnie jego powierzchnię, kiedy radio zamilkło, a w lustrze, tuż za moimi plecami, zobaczyłam bladą, upiornie wykrzywioną w grymasie bólu, męską twarz.

- Ona nie pozwala mi odejść! - poskarżył się mężczyzna nienaturalnie piskliwym głosem, po czym zniknął, zostawiając mnie znieruchomiałą z przerażenia.

Uciekałam stamtąd, jakby się paliło. To cud, że pamiętałam o zamknięciu domu i oddaniu kluczy sąsiadce. Nigdy więcej nie wróciłam sprzątać u pani Marty, za bardzo się bałam. Dałam za to na mszę w intencji duszy nieszczęsnego pana domu. Mam nadzieję, że młoda, oszalała z rozpaczy żona pozwoli mu w końcu odejść i zaznać spokoju.

 Zyta M., 56 lat

Dowiedz się więcej na temat: duchy | Z życia wzięte

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje