Poniżanie mnie weszło mu w krew

Antek miał mnie za nic, wyzywał i poniżał nawet przy dziecku. A ja to tolerowałam...

Z Antkiem spotykałam się trzy lata, zanim się pobraliśmy. Nie byliśmy już dziećmi. Antek miał w dniu ślubu trzydzieści lat, ja dwadzieścia siedem. Przez całe trzy lata nigdy się na nim nie zawiodłam. Był zakochany i często to podkreślał. Nazywał mnie swoją królewną - tak jak teraz naszą córkę...

Reklama

Nie mam pojęcia, jak to się stało, że wszystko się tak nagle zmieniło. Czy moja miłość do niego była tak ślepa, że nie dostrzegałam pewnych sygnałów? Czy zrobiłam jakiś błąd? Ale kiedy? I jaki?

Owszem, czasem, jak każdej parze, zdarzały się nam sprzeczki, ale to nigdy nie było nic poważnego. Zawsze jakoś potrafiliśmy rozwiązać problem i dojść do porozumienia.

Pierwszy rok po ślubie był jeszcze udany.

- Przytul się do mnie - w nocy szeptał mi  do ucha Antek. - Może z tego będzie dzidziuś? - żartował.

Mój mąż bardzo lubił dzieci i jak najszybciej chciał już mieć swoje. Ja byłam zdania, że powinniśmy jeszcze trochę poczekać. Chciałam, żebyśmy się najpierw jakoś urządzili, coś odłożyli.

- Dokończmy remont, spłaćmy najpierw kredyt - argumentowałam. - A potem...

To się jednak nie spodobało Antkowi.

- Potem! - wpadł mi w słowo. - Potem to ty już będziesz stara klępa. Lada moment będziesz miała trzydziestkę na karku. Chcesz urodzić jakiegoś dziwoląga?

Zrobiło mi się przykro, ale nic mu nie odpowiedziałam. Pomyślałam, że być może ma rację. Czas płynie, a podobno dzieci starszych rodziców częściej mają zespół Downa. Zlękłam się. Usprawiedliwiałam Antka, że powiedział, co powiedział, bo się zdenerwował. Ale poza tym jednym razem był dla mnie czuły, jak zawsze. Wkrótce zaszłam w ciążę...

Kilka miesięcy później zostaliśmy zaproszeni przez znajomych na ich rocznicę ślubu. Byłam już w zaawansowanej ciąży i nie bardzo mi się chciało iść, ale jak zwykle uległam namowom męża.

Na przyjęciu Antek tańczył, a ja siedziałam znudzona w kącie. W pewnym momencie przysiadł się do mnie jeden z gości i zajął rozmową. Był sympatyczny, rozmowny - czas przestał mi się tak dłużyć.

Gdy wracaliśmy z mężem do domu, odniosłam wrażenie, że jest na mnie o coś zły. Milczał, nie uśmiechnął się do mnie ani razu.

- O co ci chodzi?- zapytałam.

No i usłyszałam!

- Jak możesz tak się ośmieszać?! Nie dość, że wyglądasz jak wieloryb, to jeszcze wdzięczysz się do każdego faceta! - zadrwił.

Po prostu mnie zatkało. Nie wiedziałam, czy mam mu zwrócić uwagę, że tak do mnie mówi, czy wyjaśniać, że się wcale nie wdzięczyłam. W końcu nie powiedziałam nic. Uznałam, że najwyraźniej maw czubie i nie ma sensu z nim dyskutować. Przełknęłam te chamskie uwagi i postanowiłam do tego nie wracać.

Joasia urodziła się silna i zdrowa. Byłam taka szczęśliwa. Jeszcze bardziej cieszyłam się, kiedy patrzyłam, jak Antek się cieszy. Kołysał ją, śpiewał piosenki, czytał książeczki, z których jeszcze nic nie mogła zrozumieć. Asia rosła jak na drożdżach.

Wiedziałam, że Antek lubi eleganckie kobiety, więc choć obowiązki domowe i wobec Joasi zajmowały mi dużo czasu, bardzo dbałam o siebie. Ale Antek zdawał się tego nie zauważać. Kiedy tylko stawał w progu domu, natychmiast gnał do Asi. Mnie jakby nie zauważał, traktował jak powietrze. Od czasu do czasu coś odburknął na moje słowa i to było wszystko. Jednocześnie jednak, kiedy chciałam wyjść, zawsze mnie dokładnie wypytywał, gdzie idę, po co i ile mi to czasu zajmie i nie szczędził przy tym złośliwości.

- Tylko nie przepadnij jak kamień w wodę - złościł się, choć jeszcze nawet nie wyszłam. - Co, pewnie idziesz na ploty do swojej psiapsiółki, do tej starej zdziry...  

Nie spierałam się z nim. Zaczęłam się przyzwyczajać, że krytykuje właściwie wszystko, co mnie dotyczy.

Asia rosła, a z nią coraz bardziej moja niepewność co do uczuć Antka. I choć starałam się zawsze ubierać w stylu, który kiedyś tak mu się podobał, teraz uważał go za "śmieszny" lub "bez sensu". Albo po prostu "żałosny"! Ale kiedy próbowałam coś zmienić w sposobie ubierania się, dowiadywałam się, że to lub tamto ubranie "jest mi potrzebne jak umarłemu kadzidło". Wysłuchiwałam tych uwag i milczałam. Nie chciałam jeszcze dolewać oliwy do ognia. I wciąż liczyłam, że w końcu mu przejdzie. Przecież przy osobach trzecich Antek zachowywał się bez zarzutu. Tak jak dawniej, przed ślubem. A jeśli mi dokuczał, to nigdy przy Asi. Nie wiem, co go powstrzymywało. Może chciał uchodzić za wzorowego tatusia?

Asia często widziała, że płakałam i nie rozumiała dlaczego. A ja milczałam. Co miałam jej powiedzieć? Że jej najdroższy tatuś, nie wiadomo dlaczego, źle traktuje mamę, wyzywa ją i obraża? Była mała i tak nic by z tego nie zrozumiała... Miałam nadzieję, że skoro nie słyszy obelżywych słów, jakimi karmił mnie mąż, może uda mi się ją wychować w szacunku i miłości.

Kiedy Asia miała pięć lat, przyplątały mi się jakieś problemy ginekologiczne. Nic poważnego, ale musiałam iść na kilka dni do szpitala na drobny zabieg. Antek w tym czasie zajmował się naszą córeczką. Gdy wróciłam ze szpitala, zastałam go nadętego, naburmuszonego. Złego nie wiadomo o co.  

- No w końcu królewna raczyła wrócić do domu - warknął, gdy zostaliśmy sami.

- Kwękająca, stara baba. Wymyślasz jakieś choroby, żeby uciec z domu i wszystko zostawić na mojej głowie! Wymyśliła sobie kobiece sprawy... - prychnął. - Nie chcę wysłuchiwać tych ohydnych rzeczy! - machnął ręką, kiedy próbowałam mu wytłumaczyć, co mi było. - Nic mnie nie obchodzą. A może powinny? - spojrzał na mnie podejrzliwie. - Nie wiem, czy teraz bezpiecznie jest spać z tobą w jednym łóżku - mówiąc to, wzdrygnął się.

Łzy napłynęły mi do oczu. Nie rozumiałam, dlaczego tak się zachowuje, dlaczego tak mnie traktuje. Ale co mogłam zrobić? Zabrać Asię i się wynieść? Nie mogłam jej tego zrobić. Przecież ona tak kochała swojego ojca. Zaciskałam zęby i udawałam, że wszystko jest w porządku. Pewnego razu jednak nie wytrzymałam nerwowo. Spakowałam swoje rzeczy. Postanowiłam odejść i skończyć z tym wszystkim. Zakończyć ten koszmar, te ciągłe upokorzenia. Chciałam odzyskać spokój i godność.

A mój mąż stanął na wprost mnie i uśmiechał się prowokacyjnie.

- A co powiesz dziecku? Że tatuś jest niedobry? Może, że pijak? Okrutnik? Albo że cię bije? Ona i tak w to nie uwierzy.

Poza tym nie zgadzam się, żebyś ją zabrała. Takie mam prawo. A ty jak chcesz-  proszę bardzo, możesz sobie iść, gdzie ci się  podoba, ale bez dziecka. Zrozumiałaś? Dotarło do ciebie, co powiedziałem?

Skinęłam tylko głową. Przeraziłam się, że on może naprawdę odebrać mi dziecko!

A nuż sąd rzeczywiście przyzna jemu opiekę nad Asią? Był przecież w oczach wszystkich takim wzorowym ojcem!

Zrezygnowałam. Poddałam się...

Nocami nie sypiałam. W uszach mi wciąż dźwięczały ohydne obelgi, które wypowiadał przyciszonym głosem, żeby nikt poza mną ich nie usłyszał. Zastanawiałam się, jak mogłam wyjść za niego za mąż. Jak mogłam nie zauważyć, jakim jest perfidnym człowiekiem!

Chwilami zaczynałam wierzyć, że to, co mówi,  jest prawdą, że jestem głupia, brzydka, nic nie potrafię, że nie zasługuję na nic dobrego, że jestem marną żoną, kiepską kochanką, złą matką.

W oczach znajomych i krewnych uchodziliśmy za wzorową rodzinę. W czasie świąt albo spotkań rodzinnych Antek był najwspanialszym na świecie człowiekiem. Uważny, dowcipny, miły. Kiedy tak się zachowywał, kochałam go jak dawniej. Zapraszałam więc często do domu gości, bo chciałam, żeby te chwile trwały wiecznie.

Czy to możliwe, że nikomu nie powiedziałam, co się dzieje w moim małżeństwie? Owszem, możliwe. Nikomu nigdy się nie żaliłam. Nawet moja najbliższa przyjaciółka nic nie wiedziała o moich małżeńskich problemach.

- Masz takiego dobrego męża - wzdychała nieraz. - Jak wy to robicie, że po tylu latach tak się kochacie i szanujecie?

Zaciskałam wtedy nerwowo dłonie, zagryzałam zęby. Siłą powstrzymywałam cisnące się do oczu łzy i drżenie brody. Nieraz miałam ochotę powiedzieć jejo wszystkim, o tym koszmarze domowym, ale potworny wstyd, że to mnie spotkało, że mój mąż mnie tak upokarza, zamykał mi usta.

Ale w końcu nadszedł dzień, kiedy Antek przestał się pilnować i upokarzał mnie przy innych. Nie wiem, czy wszyscy, ale na pewno jedna z moich koleżanek się domyślała, że nie wszystko u nas jest takie, jakie z pozoru się wydaje.

To było z okazji piętnastolecia mojej matury. Zostałam zaproszona na zjazd klasowy. Spotkanie było wspaniałe. Wszyscy poczuliśmy się, jakby ubyło nam te piętnaście lat. Śmialiśmy się, przerzucaliśmy żartami, wspominaliśmy dawne nasze wygłupy szkolne, lekcje i profesorów. Było naprawdę cudownie. Nie mogliśmy się rozstać i w końcu poszliśmy do restauracji na kolację i szampana. Córeczka została pod opieką babci, mamy Antka.

Od niepamiętnych czasów nie byłam tak wyluzowana i wspaniale się bawiłam. Kiedy spojrzałam na zegarek, zobaczyłam, że już jest dobrze po północy. Wyjęłam telefon, żeby zamówić taksówkę, ale ktoś złapał mnie za rękę i powiedział:

- Nie dzwoń. Twój cudowny mąż już po ciebie przyjechał.

Podniosłam głowę i zobaczyłam go. Szedł do mnie z uśmiechem na ustach, ale na mnie natychmiast skóra ścierpła. Uśmiechnęłam się jednak niepewnie, bo pomyślałam, że może rzeczywiście po mnie przyjechał, bo troszczył się o mnie...

- Może ruszysz wreszcie swoją tłustą dupę i raczysz sobie przypomnieć, że masz domi obowiązki? - rzucił przez zęby pochylony nade mną.

Mówił półgłosem, ale Ela, która siedziała tuż obok mnie, na pewno usłyszała każde słowo, bo drgnęła i skamieniała.

- Asia nie śpi, bo babka nie daje sobie z nią rady, a ty tu się wdzięczysz do wszystkich jak knajpiany wycieruch!

Pociągnął mnie mocno za ramię, aż zabolało i dodał głośno:

- Jazda do domu, krowo!

Nie wiem, jak wstałam, jak się pożegnałam i jak wyszłam z restauracji.

Tego wieczora Antek przekroczył pewną granicę, przestał się powstrzymywać nawet w obecności naszej córki. Wyzywał mnie, obrażał, wyśmiewał. Byłam dla niego nikim.

- Coś ty mi podała?! Co to jest?! - wściekał się, kiedy stawiałam na stole obiad.

- To ma być zupa? To jest jakaś gnojownica! Ja mam to jeść?! Kocmołuch jeden, nawet zupy ugotować nie umie!

A kiedy widział, że Asia przygląda mu się zdziwiona, dodawał śmiejąc się:

- Widzisz, słoneczko - mówił do córeczki - ta twoja głupia mamusia nie umie gotować, musimy ją nauczyć. Jak się na nią nie pokrzyczy, to niczego dobrze nie zrobi.

Asia tylko patrzyła na nas. Nic nie mówiła. Miała już osiem lat i z pewnością wiele rzeczy rozumiała.

Któregoś dnia, kiedy odbierałam ją ze świetlicy szkolnej, było wyjątkowo śliczne popołudnie. Jeden z pierwszych dni wiosennych, kiedy małe listki robią wrażenie zielonego tiulu rozwieszonego na gałęziach. Zabrałam Asię na spacer do parku. Nie chciało mi się wracać do domu.

Asia dreptała przy mnie uradowana, ale nagle przestała paplać i spoważniała. Stanęła i spojrzała na mnie w górę.

- Mamusiu, dlaczego tatuś ciebie nie lubi? - zapytała bardzo poważnym tonem.

- E, nie, zdaje ci się, bąblu - próbowałam obrócić tę rozmowę w żart, ale Asia nie dała się zbyć.

- Nie, przecież widzę i słyszę. Mówi do ciebie bardzo brzydko - powiedziała cicho i dodała jeszcze ciszej: - i wtedy nie lubię taty.

Szłyśmy przez chwilę w milczeniu, bo zupełnie nie wiedziałam, co mam jej odpowiedzieć.

Asia trzymała moją rękę w mocnym uścisku.

- Tatuś pytał mnie niedawno, czy chciałabym zamieszkać tylko z nim - wyznała. - Ale ja bym wolała, mamusiu, z tobą...

Kucnęłam i przytuliłam ją z całej siły do siebie. Musiałam mocno zacisnąć powieki, żeby żadna łza się nie wydostała.

Ten dzień był przełomowy. Jakoś nagle przestałam się bać, że sąd może mi odebrać prawo do opieki nad córeczką. Jej słowa dały mi mocną podstawę do opamiętania się. W końcu nawet jeśliby Antek udowodnił, że jest nieskazitelnym mężem i ojcem, nikt przecież nie mógłby mi zarzucić, że ja jestem złą matką.

A Asia? Teraz dotarło do mnie, że ona też dużo widzi i dużo rozumie. Nie miałam prawa wychowywać jej w takiej atmosferze. Jej słowa były najwyraźniejszym znakiem, że nie potrafię jej chronić przed tym, co mi serwował każdego dnia Antek.

Wtedy, w parku, podjęłam najważniejszą decyzję. Coś przestawiło się w mojej głowie. Słowa mojego dziecka sprawiły, że poczułam potrzebę odzyskania godności.

Postanowiłam walczyć o siebie, odzyskać szacunek do siebie.

Jeszcze tego samego wieczora się spakowałam. Koleżanka zgodziła się, bym zamieszkała u niej z Asią przez kilka dni, dopóki nie znajdę jakiegoś mieszkania. Antek szaleje, wciąż grozi, że odbierze mi dziecko, że naśle na mnie policję, prokuratora i nie wiadomo kogo jeszcze. Ale ja tym razem nie dam się zastraszyć, bo już się nie boję. Chcę żyć inaczej, lepiej. Zaczęłam wierzyć, że dam sobie radę i tak będzie. Jestem gotowa stawić czoło mojemu mężowi. I wierzę, że uda mi się od niego uwolnić.

Beata D., 38 lat

Dowiedz się więcej na temat: przemoc w rodzinie | ofiary przemocy | okładka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje