Rodzina teściową silna

Synowa zaniedbywała córeczkę, bo wolała się bawić. Nie mogłam pozwolić, by taka osoba zajmowała się moją wnuczką!

 Wyłącz to! - rzuciłam do męża. - Po co oglądasz takie głupoty?

Reklama

- Co?... Co mówiłaś?... - Mateusz ocknął się.

- Nic - mruknęłam i zmieniłam program.

Nie chciałam więcej oglądać reportażu z sali rozpraw matki, która zabiła własne dziecko, a wcześniej urządziła cyrk. Całe społeczeństwo jej współczuło, ja też dałam się nabrać na tę jej fałszywą rozpacz. "Świat schodzi na psy, jeśli kobiety są zdolne do czegoś takiego", myślałam i w ramach protestu postanowiłam więcej nie interesować się tą sprawą. "Najważniejsi są moi bliscy", westchnęłam.

Mieliśmy własne problemy związane z prowadzeniem osiedlowego sklepu spożywczego, no i z synem, a właściwie z jego dziewczyną. Bardzo mi się nie podobała ta Kaja. Byłam pewna, że celowo zaszła w ciążę, żeby złapać  Marcina na dziecko. Pamiętam, jak przyszła do nas z wizytą i od razu oświadczyła, że zamieszkają u nas, ale muszą dostać dwa pokoje.

- Przecież tu są cztery pokoje - zauważyła bezczelnie. - Siostry Marcina już się wyprowadziły, więc łóżeczko możemy postawić w tym mniejszym pokoiku po Adzie, a my zamieszkamy w tym obok, oczywiście po remoncie! - prychnęła.

Jakoś przełknęłam tę impertynencję. Wymieniliśmy z mężem spojrzenia. Doszliśmy do wniosku, że to lepsze rozwiązanie, niż gdyby Marcin miał się przenieść do domu rodzinnego Kai. Nie chcę się wywyższać, ale uważam, że jej rodzice mogliby sprowadzić mojego syna na złą drogę. Oboje lubili zaglądać do kieliszka. Jej tata nie pracował od lat, a matka większość zakupów robiła w naszym  sklepie na krechę. Dług narastał, ale ona jakoś nie poczuwała się do tego, żeby oddać pieniądze. W końcu zwróciłam jej uwagę, to obiecała, że przyśle córkę do sprzątania i to ona odpracuje należność.

Gdybym wtedy wiedziała, jak się to skończy, machnęłabym ręką na ich zobowiązania. Niestety, któregoś dnia pojawiła się w sklepie Kaja i z nadąsaną miną oświadczyła, że przyszła do pracy. Sprzątała byle jak i trzeba było po niej poprawiać.

W dodatku kradła, wprawdzie nie z kasy, tylko towar, ale gdy ją kolejny raz na tym przyłapałam, wyrzuciłam na zbity pysk. Byłam więc zdruzgotana, gdy się okazało, że Marcin związał się właśnie z tą dziewczyną. Błagałam go i zaklinałam, żeby się z nią nie spotykał. Mówiłam, że to nie jest kobieta dla niego, ale on w ogóle nie chciał mnie słuchać. Któregoś dnia oświadczył, że kocha Kaję i się z nią ożeni. Kiedy to usłyszałam, odjęło mi mowę.

- Marcin, chcesz sobie zniszczyć życie? - zapytałam w końcu.

Wtedy on popatrzył na mnie smutno i odpowiedział pytaniem na pytanie:

- Mam pozwolić, żeby moje dziecko wychowywało się bez ojca?

"A skąd wiesz, że to twoje dziecko?", cisnęło mi się na usta, ale w końcu nie wypowiedziałam tych słów.

Sprawa została postanowiona. Wyprawiliśmy wesele i czekaliśmy na narodziny wnuka lub wnuczki.

Starałam się być miła dla synowej, ale denerwowało mnie jej bałaganiarstwo. Wyciągała wszystko z lodówki, robiła sobie kanapki, a potem nie sprzątała. Czasem więc masło i wędlina przeleżały na stole cały dzień, aż do mojego powrotu ze sklepu. Zwracałam jej uwagę, by po sobie sprzątała, ale ona tylko machała ręką albo twierdziła, że czasy, kiedy była sprzątaczką, już dawno minęły.

Krew mi się gotowała w żyłach, gdy słyszałam takie teksty, ale udawałam, że mnie to nie rusza. Nie mogłam jednak nie zareagować, gdy raz, wchodząc do pokoju młodych, wyczułam dym papierosów.

- Paliłaś? - zapytałam Kaję.

- Puka się! - odparła ze złością.

- Pukałam, ale nikt nie odpowiedział, dlatego weszłam. Przyniosłam pranie, bo od dwóch dni wisi na suszarce... - urwałam i usiadłam na kanapie obok synowej. Położyłam rękę na jej dłoni i powiedziałam łagodnie: - Kaja, jesteś w ciąży. Nie wolno ci palić... Nikotyna szkodzi dziecku.

- Przepraszam... - szepnęła. - To z nerwów... Wiem, że pani mnie nie lubi i martwię się, jak to będzie dalej...

"Biedna dziewczyna!", pomyślałam ze współczuciem. "To ja ją tak stresuję. Muszę być bardziej wyrozumiała..."

- Przecież małe dziecko nie może żyć w atmosferze wrogości - dodała cicho.

Kiedy to mówiła, jej oczy były wypełnione łzami. Naprawdę poczułam się głupio.

- To ja ciebie przepraszam. Zmienię się... Będę ci pomagać... - mówiłam urywanymi zdaniami, ciężko oddychając. - Spróbujmy jeszcze raz, od początku.

Od tej pory naprawdę się starałam. Nie robiłam kąśliwych uwag na temat zachowania synowej. Udawałam, że nie słyszę jej kłótni z Marcinem, choć serce mi się krajało, gdy słyszałam te przekleństwa rzucane pod jego adresem. Nigdy nie lubiłam wulgaryzmów, a teraz nagle miałam pod swoim dachem osobę, która w jednym krótkim zdaniu potrafiła użyć kilku ordynarnych słów. Ale trudno, zaciskałam zęby i nic się nie odzywałam. Liczyłam na to, że jak Kaja urodzi dziecko, oszaleje na punkcie maleństwa i stanie się dobrą żoną i matką.

Niestety, tak się nie stało.

Po urodzeniu Julki synowa rzeczywiście się zmieniła, ale na gorsze. Ciągle krzyczała na małą i szarpała nią.

- Czego chcesz, ty mały potworze?! - słyszałam zza ściany i cała aż cierpłam.

- Myślisz, że jesteś pępkiem świata?! Mam ciebie dość, ty paskudo!

Wtedy rozlegał się krzyk Julki i w tym momencie już nie wytrzymywałam.

Pukałam do drzwi pokoju i bez czekania na pozwolenie wchodziłam do środka.

- Odpocznij, Kaja, ja chętnie zajmę się moją wnusią - dodawałam, biorąc małą na ręce i szłam do naszej sypialni.

Słyszałam, że czasem po porodzie kobiety wpadają w depresję, ale to, co obserwowałam u mojej synowej, wyglądało mi bardziej na złość, niż przygnębienie wywołane huśtawką hormonalną.

W moich ramionach Julcia natychmiast się uspokajała. To było dobre dziecko. Musiało być tylko najedzone. Kiedy ja czy Zygmunt się nią zajmowaliśmy, mała była spokojna i zadowolona, ale gdy wracała do pokoju swoich rodziców, zaczynała płakać i krzyczeć. Chwilę później przychodził Marcin i pytał, czy możemy uspokoić Julcię, bo jest okropna.

- Możemy - odpowiadałam. - Ale czy to normalne, że matka tego nie potrafi?...

- Mamo, gdybyś tak nie rozpuściła małej, byłaby grzeczniejsza - rzucił ponuro, wręczając mi dziecko.

Zaniemówiłam, a potem spytałam męża:

- Słyszałeś? Więc to moja wina?

- Mówiłem, Danka, żebyś się nie wtrącała - westchnął Zygmunt. - Teraz za wszystko będą ciebie obwiniać... Wiesz, moim zdaniem, powinnaś zostawić Kaję samą z dzieckiem i wrócić do pracy w sklepie. Przecież jak ona wie, że jesteś na każde jej skinienie i w razie potrzeby zajmiesz się małą, to korzysta z tego.

- Żal mi Julci... - szepnęłam. - Tyle razy obiecywałam sobie, że wytrzymam i nie pójdę tam, ale gdy mała płacze już trzeci kwadrans, a matka nie reaguje, tylko rozmawia przez telefon z koleżanką o lakierze do paznokci, to sam rozumiesz...

- Rozumiem. Ja też uważam, że Kaja mogłaby się bardziej starać, ale może faktycznie ty jesteś zbyt opiekuńcza...

- To co mam robić?! - zdenerwowałam się. - Udawać, że nie słyszę krzyku dziecka? Chcesz, żeby sąsiedzi wezwali policję? To jest jakieś chore!

- Nie, Danusiu, ja po prostu myślę, że oni nie powinni mieszkać z nami - powiedział mój mąż. - Wprawdzie obroty w sklepie ostatnio trochę spadły, ale może warto mimo wszystko wynająć im jakąś kawalerkę?... Młodzi powinni być sami, żeby mogli się dotrzeć. Pamiętasz, jak ciebie zawsze denerwowały uwagi mojej mamy? Ciągle się o to kłóciliśmy... Dopiero gdy się od nich wynieśliśmy, zrobiło się między nami dobrze. Może z Marcinem i Kają będzie tak samo...

- Pewnie masz rację - westchnęłam. - To  niech poszukają jakiegoś mieszkania.

Jednak młodzi wcale nie kwapili się z wyprowadzką. Na każde mieszkanie, które wyszukał Zygmunt, Kaja kręciła nosem, a Marcin nic się nie odzywał. Wyglądało na to, że synowej jest u nas wygodnie.

W końcu jednak udało się znaleźć lokal, na który łaskawie się zgodziła.

W domu zrobiło się pusto bez Julci. Co chwila wchodziłam do pokoju, w którym stało jej łóżeczko, jakbym się spodziewała, że znowu usłyszę gaworzenie małej. Była taka słodka! Niestety, od tej pory rzadko widywałam wnuczkę.

Kaja nie zapraszała nas do siebie, czasem szłam do dziecka z jakąś zabawką i paczką pampersów, ale synowa zwykle trzymała mnie w drzwiach. Po kilku takich wizytach przestałam tam chodzić.

Wróciłam do pracy i codziennie pakowałam Marcinowi torbę z różnymi produktami dla Julci i Kai.

- Tu masz świeżą cielęcinę i ekologiczne marchewki. Niech Kaja ugotuje małej zupkę, przecież dziecko ma już pół roku - powiedziałam któregoś dnia do syna.

- Kaja daje Julce gotowe zupki - odparł. - Z gotowaniem to zbyt dużo zachodu.

Popatrzyłam na syna ze zdziwieniem, ale nic nie powiedziałam. Zgodnie z zaleceniem Zygmunta, postanowiłam się nie wtrącać i nie wyrażać swojej opinii. Najważniejsze w sumie, że nie głodzi małej. Co do Marcina nie miałam już tej pewności. Syn coraz częściej do nas wpadał i to jakoś zawsze w porze kolacji, zaraz po zamknięciu sklepu.

- A ty się do domu nie spieszysz? - zapytał go mąż któregoś dnia.

- Zaraz lecę, tylko zjem - odparł i pochwalił mnie: - Mamo, pyszny ten kurczak. Dawno takiego nie jadłem... - westchnął.

Nie powiem, zrobiło mi się miło, ale jednocześnie poczułam niepokój.

- Jak to? Kaja nie gotuje drobiu?

- Kaja w ogóle nie gotuje - odparł.

- Dlaczego?! - oburzyłam się.

- Bo nie lubi, poza tym to dla niej strata czasu - wzruszył ramionami.

- To co ona robi przez cały dzień?

- Zajmuje się dzieckiem, poza tym spotyka się z koleżankami i ze znajomymi...

- To co wy jecie? - zdziwiłam się.

- Ja jem u was, a Kaja kupuje pizzę albo gyrosa... - odpowiedział beztrosko.

- Codziennie?! Przecież to strasznie dużo kosztuje! - oburzył się Zygmunt. - My z matką wszystkiego sobie odmawiamy, żeby was wesprzeć, a wy lekką ręką przepuszczacie tyle kasy?! To dlatego prosiłeś mnie ostatnio o podwyżkę?!

- Jaką podwyżkę? - zdziwiłam się. - Nic mi nie mówiłeś...

- Bo nie chciałem cię denerwować - machnął ręką Zygmunt. - Głupi byłem!...

- Dziecko kosztuje - powiedział Marcin.

- Wiem coś o tym! - mąż podniósł głos. - Z wiekiem coraz więcej!

Potem wstał od stołu i wyszedł z kuchni.

- Co mu się stało? - zapytał syn.

- Jeszcze pytasz?! Oj, Marcin, ta dziewczyna strasznie namieszała ci w głowie... - westchnęłam rozgoryczona.

- A wy ciągle czepiacie się Kai! Mam dość tej waszej dobroci i ciągłego wypominania! - syn zerwał się z krzesła i wybiegł.

Prawdę mówiąc, byłam coraz bardziej załamana tą sytuacją. Przecież ten związek to studnia bez dna! 

Zygmunt przez cały wieczór nie odzywał się. Widać był bardzo zdenerwowany. 

- Tak dalej być nie może... - zaczął, ale przerwał mu dźwięk telefonu.

- Halo? - rzucił do słuchawki. Przez chwilę słuchał w milczeniu, a potem powiedział: - Dobrze, za chwilę przyjedziemy po dziecko i zabierzemy je.

- Co się stało? - zdenerwowałam się.

- Dzwoniła sąsiadka Marcina i Kai. Młodzi podrzucili jej Julkę, a sami poszli na dyskotekę. Mała ma wysoką temperaturę i kobieta nie wie, co robić...

Gdy zobaczyłam naszą wnuczkę, serce ścisnęło mi się z żalu. Była zapuchnięta od płaczu i jakaś taka biedna. Może to przez te brudne śpiochy i pełną pieluchę?

- Gdzie są pampersy? - zapytałam kobietę, bo chciałam od razu zmienić pieluszkę.

- Kaja zostawiła tylko jedną. Zmieniłam ją dwie godziny temu - tłumaczyła się.

- Dwie godziny temu?! A dziecko zachorowało nagle? - dopytywałam.

- Nie, już było chore. Mówiłam Kai, żeby pojechała z nią do lekarza, no to dała jej czopek i poszła się bawić. Teraz gorączka znów podskoczyła, dlatego zadzwoniłam...

Spojrzeliśmy na siebie z mężem znacząco.

- Proszę mi powiedzieć, oni często podrzucają pani dziecko? - zapytałam.

- Prawie codziennie, ale Julka to grzeczna dziewczynka. Kiedy jest u mnie, nie płacze, tylko jak ją Kaja zabiera do domu, to ciągle słyszę jej krzyk - mówiła przejęta. - Czasem to mi się serce kraje... Ja już wcześniej chciałam do państwa zadzwonić, gdy Kaja zostawiła córeczkę samą w mieszkaniu i gdzieś poszła. Dziecko płakało i płakało. Już zamierzałam wezwać policję, ale wtedy ona właśnie wróciła i błagała mnie, żebym tego nie robiła. Obiecywała, że się poprawi, ale ja nie widzę żadnej zmiany... Z ich mieszkania ciągle słychać odgłosy awantur. Dziecko nie powinno żyć w takim domu...

Słuchałam tego z coraz większym przerażeniem. To dlatego Marcin nie przyprowadzał do nas ostatnio Julci i nie chciał, żebyśmy do nich wpadali, choć tyle razy proponowałam, że mogę przyjść do Kai i pomóc przy małej. Nie chcieliśmy się wtrącać, ale widać to był błąd!

Prosto z mieszkania sąsiadki Marcina pojechaliśmy do szpitala. Tam okazało się, że Julka ma zapalenie płuc.

- To państwa dziecko? - zapytał lekarz.

- Nie, wnuczka.

- A gdzie są rodzice? Pytam, bo mała ma na ciele liczne sińce i zadrapania. Moim zdaniem ktoś ją bił... - rzucił z surowym wyrazem twarzy. - Poza tym jest niedożywiona. Muszę to zgłosić na policję.

Pokiwaliśmy głowami. Oboje byliśmy załamani, a jednocześnie zdeterminowani.

- Proszę zrobić Julce bardzo dokładną obdukcję - powiedziałam stanowczym głosem. - Nie możemy pozwolić, by jej rodzice dalej się nią zajmowali.

- Na razie mała zostanie w szpitalu, ale lepiej odebrać dziecko dotychczasowym opiekunom, bo to się może dla niego źle skończyć - stwierdził pan doktor.

My też tak uważaliśmy. Jeszcze parę miesięcy temu, gdy słyszałam z mediów historie o maltretowanych dzieciach, sądziłam, że to się zdarza tylko w patologicznych rodzinach. Jak to się jednak można pomylić... Okazało się, że mojej własnej wnuczce dzieje się straszna krzywda, i to niemal na naszych oczach! Nie mogę sobie darować, że pozwoliłam, by do tego doszło, ale wynagrodzę to Julci. Zajmę się nią najtroskliwiej, jak tylko potrafię.

  Danuta

Dowiedz się więcej na temat: matka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje