Świeczka dla mojej Anulki

Będziemy mieli dziecko! - oznajmiłam z radością mężowi.

Antek wziął mnie w ramiona i czule pocałował. Byliśmy tacy szczęśliwi. Już jakiś czas staraliśmy się o dziecko, a tego dnia lekarz potwierdził, że jestem w trzecim miesiącu ciąży.

Reklama

Antek zaraz zabrał się za malowanie pokoju, wybrał wesoły, żółty kolor. Teściowa przysłała wanienkę i gumową kaczuszkę. Zapanowała ogólnorodzinna radość... Niestety, trwała zaledwie cztery tygodnie.

Zaczęłam krwawić, więc zgłosiłam się na wizytę do ginekologa. Usłyszałam, że ciąża jest zagrożona. Lekarz dał mi od razu leki oraz skierowanie i nakazał zgłosić się do szpitala, gdyby do wieczora nie było poprawy. Niestety, nadal plamiłam. Mąż zawiózł mnie do szpitala. W izbie przyjęć siedziałam jak skamieniała. Bałam się choćby drgnąć. Wreszcie poproszono nas do gabinetu. Antek prowadził mnie obejmując w pasie. Nagle pielęgniarka zagrodziła mu drogę.

- A pan tu po co? - rzuciła ostro.

- Żona źle się czuje - odparł. - Chciałem jej pomóc?

- Od tego my jesteśmy - przerwała mu pouczająco. - Pan lepiej czeka na korytarzu! - poleciła, jakby nie znała dobrze języka polskiego.

Zostałam sama. Od razu poczułam się jak wśród obcych. Pielęgniarka się krzątała, lekarka coś pisała przy biurku. Ja stałam. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Znów poczułam, że popłynęło mi trochę krwi. Przelękniona, że szkodzę dziecku, usiadłam na krześle obok biurka lekarki.

- Gdzie pani siada?! - podniosła wzrok znad papierów. - Nie będę tutaj pani badać!

Pielęgniarka poprowadziła mnie za parawan. Kiedy się rozbierałam, przy każdym ruchu czułam, jak krwawię. Wreszcie powoli położyłam się na kozetce, a lekarka przystąpiła do robienia USG.

- Szyjka jak do poronienia - mówiła do pielęgniarki. Do mnie ani słowa, tak jakby mnie tam nie było. Jakby robiła ocenę jakiegoś sprzętu, a nie ważyły się losy żywej istoty! Mojego maleńkiego dziecka.

- Robi wrażenie, jakby zaraz miała wszystko wypluć - dodała lekarka do położnej jakimś ich nieprzyjemnym żargonem. Byłam dla nich jak preparat do badań naukowych.

Nagle lekarka zmieniła ton z bezdusznego na zdziwiony, dodając:

- Ale płód w porządku. Tu rączki - zwróciła się do mnie, racząc wreszcie zauważyć, że tam jestem.

- Tu są nóżki. Serce bije prawidłowo.

Nie potrafię opisać radości i ulgi, jakie poczułam w tamtej chwili! Nie mogłam się doczekać, kiedy zobaczę Antka, żeby mu o tym powiedzieć! Zdążyłam zamienić z nim tylko parę słów, bo salowa już prowadziła mnie na oddział. Musiałam się spieszyć, żeby za nią nadążyć. Usłyszałam tylko, jak mąż domaga się dla mnie wózka, argumentując, że przecież krwawię! Niestety, nic nie wskórał, musiałam przejść całą drogę na własnych nogach. Gdy dotarłyśmy na oddział, kobieta powiedziała lakonicznie:

- Wziąć na dole szlafrok, piżamę i czekać na sali, aż wezwą.

Leżałam. Pacjentki się zmieniały, a ja, jako "nieoperacyjna" nikogo nie interesowałam. Ale mój stan się poprawiał, już nie plamiłam i tylko to się dla mnie liczyło. Wreszcie trzeciego dnia wysłano mnie do pracowni USG.

Kiedy szłam korytarzami, zrobiło mi się słabo. Znów czułam, że plamię. Na szczęście podczas badania usłyszałam od lekarki, że "nie ma nieprawidłowości".

Dowiedz się więcej na temat: dziecko | pielęgniarki | lekarz | lekarka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje