Swoje dzieci odchowałam

Michał był nadpobudliwym dzieckiem, a ja nie dawałam sobie z nim rady. A córka i zięć w ogóle się tym nie przejmowali.

Agnieszka patrzyła z zachwytem na śpiącego w wózku syna.

Reklama

- Spójrz, mamo, jaki on jest  śliczny, taki słodki aniołek - wzruszyła się.

- Tak, szczególnie gdy śpi. Chyba będzie z niego niezły urwis - uśmiechnęłam się.

- Szkoda mi go zostawiać, ale muszę wracać do pracy, a ty dobrze się nim zajmiesz, przecież lubisz dzieci - powiedziała.

- Pewnie, córciu, masz robotę biurową, blisko domu. Trzeba taką pracę szanować, a babcie są od tego, żeby wnuki bawić - przyznałam.

Obawiałam się trochę, czy sobie poradzę z niemowlakiem. Przekroczyłam już sześćdziesiątkę i sił miałam coraz mniej. Plecy mnie bolały, reumatyzm dokuczał... Nie mogłam jednak odmówić córce. Młodzi byli na dorobku. Zięć rozbudowywał nasz dom, stawiał nowe ogrodzenie, a córka też była gospodarna i pracowita.

Patrzyłam z przyjemnością, jak zaniedbane po śmierci mojego męża podwórko zaczyna wyglądać coraz porządniej. W tej sytuacji liczył się każdy grosz. Rozumiałam to i dlatego chciałam pomóc córce w opiece nad Michałkiem. Nie przewidziałam tylko, że młodzi tak bardzo zatracą się w tej pogoni za pieniądzem, a na mnie spadną wszystkie obowiązki wychowawcze.

Michaś skończył rok, gdy Agnieszka straciła pracę. Dyrektor firmy nie przedłużył jej umowy.

- Trudno, córciu, jakoś sobie poradzimy. W domu też jest co robić - powiedziałam.

- Mamo, o czym ty mówisz?! Muszę znaleźć inną pracę, nie będę siedziała w domu! - zdenerwowała się. - Podobno w markecie w Siedlcach szukają sprzedawców, może tam się załapię.

- Ale to aż czterdzieści kilometrów stąd! Chcesz dojeżdżać taki kawał drogi?b- zdziwiłam się. - Nie będzie cię w domu przez cały dzień, w soboty i niedziele też będziesz musiała jechać, a pamiętaj, że masz małe dziecko... 

- Dobrze sobie radzisz z Misiem, a ja w pół godziny zajadę. Lepsza taka praca niż żadna - przekonywała.

Nie podobało mi się to, ale córka uparła się i koniec. Zięć w tym czasie zaczął pracę jako kierowca TIR-a. Przyjeżdżał do domu tylko na niedziele, a i to nie zawsze. Przywoził synkowi całe torby słodyczy i zabawek, które mały rozrzucał po podłodze i niszczył.

- To grzech tak marnować zabawki i jedzenie - napominałam ich.

- Niech się bawi, po to pracujemy, żeby dziecku niczego nie brakowało - mówili.

Michałek był oczkiem w głowie całej rodziny. Szybko zorientował się, że nikt nie potrafi mu niczego odmówić. Miał dwa lata, gdy zaczął urządzać przedstawienia w sklepie. Wystarczyło, że odmówiłam mu kolejnej czekolady albo zabawki, a on rzucał się na podłogę i krzyczał.

- Nie wiem, jak z tym dzieckiem postępować - skarżyłam się córce. - Wychowałam sześcioro własnych, ale żadne z was tak się nie zachowywało.

- Teraz są inne czasy i dzieciom więcej wolno - tłumaczyła. - Za rok pójdzie do przedszkola, to będziesz miała lżej.

Agnieszka nie przewidziała tylko, że Michaś nie zechce chodzić do przedszkola. Pierwsze dni spędzałam tam razem z nim. Wstydziłam się strasznie, bo mały bił inne dzieci i zabierał im zabawki. Krzyczał i złościł się na wychowawczynie, a na wszelkie próby uspokojenia go odpowiadał dzikim wrzaskiem. Wracałam z nim do domu zmęczona gorzej, niż po pracy w polu. 

- Agnieszko, ja już nie daję rady. Nigdy w życiu nie spotkałam tak niegrzecznego dziecka. Przedszkolanki też się skarżą na Michała - tłumaczyłam. - Chyba powinniście z Leszkiem poświęcać mu więcej czasu. Może byłoby lepiej, gdybyś zwolniła się z pracy...

- Mamo! No co też wygadujesz! - rozzłościła się. - Naprawdę tak trudno poradzić sobie z trzylatkiem? A te wychowawczynie są jakieś niepoważne. Dziś jedna z nich zadzwoniła do mnie i powiedziała, że podejrzewa u Michałka jakieś zaburzenia i powinnam z nim pojechać do poradni, wyobrażasz sobie?! 

- Może ta kobieta ma rację - rzuciłam nieśmiało.

- To są bzdury do kwadratu! Ona sama ma jakieś zaburzenia! To normalny chłopiec, trochę żywiołowy, ale wyrośnie z tego! A ja nie będę brała wolnego z pracy, żeby jeździć ze zdrowym dzieckiem do poradni psychologicznej!

Ostatecznie zrezygnowaliśmy z przedszkola, bo mały już przed bramą budynku dostawał napadu szału. Córka i zięć lekceważyli problem, a ja nie wiedziałam, jak im wytłumaczyć, że chłopiec potrzebuje więcej kontaktu z rodzicami i dyscypliny. Brakowało mi siły i cierpliwości. Krzyczałam na tego małego nicponia i ręka mnie świerzbiła, żeby mu przylać, ale córka wiele razy powtarzała, że to byłaby przemoc.

Karałam go, zakazując mu oglądania bajek, ale wtedy on z zemsty chował pilota, żebym nie mogła oglądać wiadomości. Zabierałam jego ulubione zabawki, a on wrzeszczał i darł moje gazety, chował okulary, ciął nożyczkami ubrania. Byłam wykończona. Ciśnienie mi skakało i ręce trzęsły się z nerwów. Niestety, nie mogłam regularnie chodzić do lekarza, bo nie miał kto pilnować wnuczka. Żadna z sąsiadek nie chciała zostać z tym gagatkiem nawet na dwie godziny.

Myślałam, że odetchnę, kiedy mały pójdzie do zerówki, ale się przeliczyłam. Michałek wykorzystywał każdą okazję, żeby uciec ze szkoły. Co drugi dzień nauczycielka dzwoniła z pretensjami, że zamiast prowadzić lekcje, musi pilnować mojego wnuka, bo ucieka. Skarżyli się też na niego rodzice innych uczniów. Mówili, że popycha ich dzieci na korytarzu, przezywa je albo niszczy zeszyty.

- Zróbcie coś z nim, bo to jest nie do wytrzymania - mówiłam córce.

- Nauczyciele, którzy nie potrafią niczym zainteresować dziecka, powinni zmienić zawód - słyszałam w odpowiedzi.

Tamtego dnia czułam się wyjątkowo źle. Był upał. Brakowało mi powietrza i puchły nogi, a Michałek od rana domagał się, żebym zaprowadziła go do kolegi.

- Nie mam siły. Filip mieszka na drugim końcu wsi - tłumaczyłam.

Wtedy mój wnuczek obraził się. A gdy byłam w łazience, usłyszałam zgrzyt klucza w drzwiach wejściowych. Nacisnęłam na klamkę. Zamknięte. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, jak Michał, śmiejąc się, macha ręką, w której trzyma klucz.

Pokazał mi język, wsiadł na swój rowerek i pojechał gdzieś na wieś. Od razu zadzwoniłam do córki.

- Mamo, jak mogłaś go nie upilnować?! - krzyczała. - Wiesz, że on jeździ środkiem ulicy i nie patrzy na samochody! A na dodatek ja mam w sklepie dostawę towaru i nie mogę wyjść! - złościła się.

Zadzwoniła do sąsiada, żeby wyważył drzwi w naszym domu i poszukał Michałka. Mnie z tych nerwów rozbolało serce i zasłabłam. Pamiętam, że zrobiło mi się ciemno przed oczami i przewróciłam się. Obudziłam się dopiero w szpitalu.

- Mamo, nareszcie! Tak się martwiliśmy, że to może wylew albo zawał - usłyszałam przejęty głos Agnieszki. - Na szczęście lekarz mówi, że to tylko zasłabnięcie i niedługo wszystko będzie dobrze. Wracaj do nas, bo Michałek nie może się doczekać, kiedy będziesz w domu - trajkotała.

Pomyślałam wtedy, że muszę postawić sprawę jasno.

- Agnieszko, nigdy więcej nie zostawiaj mnie z tym dzieckiem - powiedziałam stanowczo. - Słyszysz?! Nigdy więcej! To jest wasze dziecko i to wy powinniście je wychowywać, a skoro dotąd nie mieliście na to czasu, teraz spróbujcie coś zrobić, żeby chłopiec zmądrzał. Mam prawo do spokojnej i godnej starości!

Córka patrzyła na mnie zdumiona i chyba trochę rozczarowana.

Wróciłam ze szpitala, ale nie mam już tyle siły, co kiedyś. Dostałam skierowanie do sanatorium i czekam w kolejce na przydział. Może tam sobie odpocznę. Agnieszka zwolniła się z pracy, żeby mieć czas dla dziecka. Jeździ z Michałem na terapię do psychologa i pilnuje, żeby chłopak nie wyganiał nauczycieli, którzy przychodzą do domu go uczyć.

Dyrektor wolał zorganizować dla Michała nauczanie u nas, niż męczyć się z tym gagatkiem w szkole. A ja mam wreszcie święty spokój. Siedzę w swoim pokoju, oglądam telewizję i słucham, jak za ścianą Michał wrzeszczy na rodziców. Ze strachem myślę, kto wyrośnie z tego chłopca...

Zyta W., 70 lat


Dowiedz się więcej na temat: babcia | wnuk | wnuki | okładka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje