Szczęścia zbyt wiele

Od śmierci męża Oli minęło tyle lat, a ona wciąż nie mogła się z nią pogodzić.

Pewnego wieczoru usłyszałam w wiadomościach dramatyczną relację z jakiejś katastrofy lotniczej. Zaaferowany reporter przedstawiał okoliczności wypadku, jakiemu uległ samolot pasażerski, lecący z Nowego Jorku do Toronto w Kanadzie. Relacji towarzyszyły wstrząsające zdjęcia. Nikt z pasażerów ani członków załogi nie przeżył katastrofy. Informacja przygnębiła mnie, wciąż jednak nie kojarzyłam tego wypadku z nikim znajomym. Przecież to tak daleko... Dwa lata temu szłam z zakupami do domu i zupełnie niespodziewanie spotkałam Olę, moją przyjaciółkę z liceum, której nie widziałam dwadzieścia lat! W rok po maturze Ola wyjechała do Paryża i nasz kontakt się urwał. Z wielką radością zaprosiłam ją więc teraz do domu. Byłam przekonana, że Ola miała w życiu dużo szczęścia. Nawet jej trochę zazdrościłam... Usiadłyśmy w salonie i zaczęłyśmy rozmawiać.

Reklama

– Miło tu u ciebie – powiedziała Ola z uśmiechem, rozglądając się wokół. Minęło tyle lat, a moja przyjaciółka wciąż wyglądała jak młoda dziewczyna, chociaż w jej oczach dostrzegłam jakiś smutek. Zaraz zaczęła opowiadać, co się z nią działo przez ten szmat czasu.

– Wyobraź sobie – oznajmiła na wstępie – zaraz po przyjeździe do Francji spotkałam Roberta. Pamiętasz go?

– No pewnie – odpowiedziałam. – Chodziliście ze sobą w liceum. Takich facetów szybko się nie zapomina.

– Był w Paryżu od kilku miesięcy i nieźle sobie radził. Wynajmował małe mieszkanie na przedmieściu i pracował w firmie wuja, od lat mieszkającego we Francji – opowiadała Ola. – Zorientowałam się, że bardzo ucieszył się z naszego spotkania. Był taki spontaniczny. Dla mnie stanowił szczęśliwy zbieg okoliczności, bo moje plany nie wypaliły. Szczerze mówiąc, nie miałam gdzie mieszkać. Wkrótce zamieszkaliśmy razem. Nasz przerwany romans rozkwitł w Paryżu na nowo.

– Tak – wtrąciłam – pasowaliście do siebie jak ulał.

– Robert pomógł mi w załatwieniu pracy w tej samej firmie – mówiła dalej Ola. – Znałam dość dobrze francuski, więc nie było problemu. Wszystko zaczęło się wspaniale układać. Z Robertem u boku żyło mi się dobrze, a tęsknota za krajem i rodziną nie była znowu taka wielka. Wieczorami siadaliśmy na balkonie i oglądaliśmy Paryż. Z jego ulicami, dachami, światłami, Sekwaną i małymi knajpkami na każdym kroku. Nocą było najpiękniej – opowiadała rozmarzona. – Paryż to nocne miasto. Tętni życiem od dwudziestej drugiej do białego rana. Byłam taka szczęśliwa. Ola wstała z fotela i podeszła do okna.

– Wiesz, Luśka – powiedziała, patrząc gdzieś w dal. – Czasem miałam wrażenie, że zbyt wiele dostałam od życia, że to może za dużo szczęścia...

– No co ty? – odpowiedziałam. – Miałaś jakieś złe przeczucia? O co chodzi?

– Nie wiem, może – odparła poważnie. – Szczęście nie jest przecież dane raz na zawsze. Różnie bywa...

– Mów dalej, nie przerywaj – poprosiłam zaciekawiona.

– No cóż – podjęła przerwany wątek. – Dobrze nam się żyło. Kochaliśmy się, mieliśmy pieniądze. Czego chcieć więcej? Byliśmy razem ładnych kilka lat i dalej nie mogliśmy się sobą nacieszyć. Jednak martwiło mnie czasem złe samopoczucie Roberta. Coś złego się z nim działo.

– Co ty mówisz? – powiedziałam cicho. – Wyglądał zawsze jak okaz zdrowia.

– Pewnego dnia wyjątkowo źle się czuł – ciągnęła Ola. – Postanowił iść do lekarza. Zrobili mu serię badań. Okazało się, że zachorował na białaczkę. To spadło na nas jak grom z jasnego nieba – westchnęła. – Robert załamał się.

– Ojej! Tak mi przykro... – powiedziałam zmartwiona. – I co było dalej?

Ola wypiła łyk kawy.

– Nastąpiło długotrwałe leczenie, z chemioterapią włącznie – westchnęła. – Cały czas wierzyłam, że pokona chorobę. Był przecież taki młody i silny. Ta jednak postępowała nieubłaganie. Rezultaty leczenia były mizerne.

– Nasz czas się kończy, Oluś – powiedział któregoś wieczoru, gdy siedziałam przy jego szpitalnym łóżku. – Będziesz musiała żyć beze mnie... Dbaj o siebie, nie rozpaczaj, musisz mi to obiecać, bo nie odejdę w spokoju.

– Nie mów tak! Nie wolno ci odejść! – zawołałam. – Nie zgadzam się, słyszysz?!

– Taki los, kochanie – odparł smutno. – Nic nie możemy na to poradzić...

Ola spuściła głowę. Przez dłuższą chwilę nie mogła mówić.

– Walczyliśmy o jego życie prawie trzy lata – mówiła cicho Ola. – Któregoś dnia Robert nie wrócił ze szpitala... Odszedł na zawsze... To było tak okropne, że nawet po latach wspominam to z przerażeniem.

Ola zamilkła ze łzami w oczach. Też się nie odezwałam. Bardzo współczułam przyjaciółce. Jakiś czas siedziałyśmy w milczeniu. Po chwili zapytałam cicho:

– I co zrobiłaś? Wyjechałaś z Paryża?

– Nie mogłam dłużej zostać w tym mieście – opanowanym już głosem powiedziała Ola. – Wszystko przypominało mi Roberta i naszą miłość. Bo to była prawdziwa miłość – dodała. – W kilka tygodni załatwiłam wszystkie niezbędne sprawy i ze złamanym sercem opuściłam Paryż. To miasto moich nie do końca spełnionych snów... Do kraju nie chciałam wracać. Zawsze pociągała mnie Kanada i tam postanowiłam pojechać.

– Nie bałaś się? – zapytałam ją.

– To nie była odwaga, Lusiu – powiedziała Ola. – To raczej desperacja. Miałam tam przecież rodzinę. Parę godzin lotu i byłam w Toronto. Zatrzymałam się u kuzynki, która od lat tam mieszkała. Miałam nadzieję, że tam uda mi się uciec od wspomnień. – I co? – zapytałam ciekawie. – Czas podobno leczy wszystkie rany, a tobie udało się jakoś zapomnieć o bólu? – Niestety nie, chociaż w Kanadzie byłam dziesięć lat. Lata mijały, jednak ja od wspomnień nie uciekłam... W tym czasie spotkałam wielu facetów, ale z żadnym nie mogłam się związać na dłużej. Wciąż myślami byłam przy Robercie. Czas mijał, a ja go ciągle kochałam. Niby wiedziałam, że go nie ma, ale wciąż za nim tęskniłam.

– A teraz? – wtrąciłam. – Dalej za nim tęsknisz?

– W sumie niewiele się zmieniło... – uśmiechnęła się. – Każdego mężczyznę porównuję z Robertem. Jeszcze żaden mu nie dorównał. Czasem jest mi z tym tak ciężko, ale te wspomnienia wciąż żyją. I wiesz, wcale nie chcę o tym zapomnieć.

– Wiesz, co myślę, Olka? – zapytałam. – Tak naprawdę to nie mamy takiego wpływu na nasze życie, jak się nam wydaje. O naszym losie decyduje ktoś na górze i kieruje nim według własnej woli, nie naszej. A co ma być, to i tak będzie... Prędzej czy później. I niewiele możemy na to poradzić.

– Tak, chyba masz rację... – odparła w zadumie. – Nigdy nie jesteśmy przygotowani na to, co nas spotyka. Nawet, gdy bardzo się staramy.

– Powiedz – poprosiłam. – Zostajesz teraz w kraju?

– Nie – westchnęła. – Zadomowiłam się już w Kanadzie. Do Polski przyjechałam tylko na jakiś czas. Nie udało mi się uciec wspomnieniom, więc postanowiłam stawić im czoła. Tutaj wszystko się zaczęło. Próbuję zrozumieć... Pokiwałam głową ze zrozumieniem i już w całkowitym milczeniu dopiłyśmy zimną kawę. Minął jakiś czas. Mój kontakt z Olą ponownie się urwał. Miałam w końcu swoje sprawy, swoje życie. Smutna historia dawnej przyjaciółki wywietrzała mi po prostu z głowy. Po paru miesiącach od przypadkowo spotkanych przyjaciół dowiedziałam się, że na pokładzie tego samolotu kanadyjskich linii lotniczych, który uległ katastrofie, była właśnie Ola. Strasznie to wtedy przeżyłam, ale potem pomyślałam, że może wreszcie połączyła się ze swoją miłością i znalazła tak upragniony spokój. Może takie właśnie było jej przeznaczenie?

Lucyna F., 39 lat

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje