Uciekająca para młoda

Nie chcieliśmy tego wesela, ale rodzice się uparli. Właściwie nawet pokłóciłam się z nimi o ślub.

 - Mam zapraszać jakieś ciotki, które ostatnio widziały mnie na komunii?! - denerwowałam się.

Reklama

- Ależ, kochanie - oburzała się mama. - To jest twoja rodzina i masz wobec niej obowiązki.

- Ale to mój ślub! Dlaczego musi być taka impreza, jaka się spodoba rodzinie, czy nie wystarczy taka, jaka się spodoba nam? - próbowałam walczyć. - Po co te hektolitry wódki, ociekający tłuszczem schabowy i zespół grający disco polo?

- Małgosiu, wesele się robi dla gości. Żeby się dobrze bawili.

- Tak? - westchnęłam sarkastycznie. - A ja myślałam, że dla młodych...

Nie dało się dyskutować. Zwłaszcza że rodzice Tomka reprezentowali taki sam pogląd. Nikogo nie obchodziło, czego my chcemy. Wszyscy mieli w nosie, że to nasz ślub. Nasze święto. Być może najpiękniejszy dzień w naszym życiu, gdy uroczyście przed ołtarzem przysięgniemy sobie miłość do końca życia. Pewnie, że chcieliśmy, żeby inni też cieszyli się naszym szczęściem, ale wizja hucznego weseliska, rubasznych zabaw i pijanego towarzystwa nie przypadła nam do gustu. Oboje byliśmy romantykami trochę nie z tego świata. Wiedzieliśmy, że wiele osób nas nie rozumie i patrzy jak na dziwaków. Nie chcieliśmy tego. Dlatego ostatecznie zgodziliśmy się na to wesele.

- Dobra, róbcie, co chcecie - powiedział w końcu zniechęcony Tomek. - Ale musicie to zorganizować sami. My tylko wyślemy zaproszenia.

W dzień naszego ślubu obudziłam się rano i słuchałam śpiewu ptaków. Był środek pięknego lata. Po niebie sunęły białe obłoki. Wyszłam na taras, ustawiłam na stole rogaliki i dżem na śniadanie i wdychałam napływający od morza zapach. Tomek jeszcze spał, więc zaparzyłam sobie kawę i usiadłam w fotelu. "Za kilka godzin będziemy już małżeństwem", pomyślałam. "Czy to zmieni nasze życie? Czy staniemy się poważniejsi, czy też nadal będziemy zwariowaną parą?" Nie umiałam jednak znaleźć odpowiedzi na te pytania.

- Dzwoniła twoja mama - z zamyślenia wyrwał mnie zaspany głos narzeczonego. - Prosiła, żeby ci przypomnieć, że na jedenastą masz być w salonie piękności.

- To jej zdaniem najlepszy salon w Trójmieście - westchnęłam. - Mama wszystko zaplanowała. Pewnie nawet ustaliła, jak mają mnie uczesać.

- Nie chcesz tam iść? - Tomek przykucnął obok fotela.

- Pójdę - uśmiechnęłam się. - Dam się profesjonalnie ustroić. Może nie będzie tak źle.

- Jesteś zbyt piękna, żeby cokolwiek mogło ci zaszkodzić - czule ucałował moją dłoń. I w takim przekonaniu oddałam się tym wszystkim zabiegom. W sukni z gorsetem, w koku i z różowym makijażem wyglądałam dość dziwnie, ale skoro mama była zachwycona, dałam za wygraną. Poddałam się. Czułam się jak lalka ubierana i przestawiana z kąta w kąt. "Idź tam, usiądź tu, poczekaj teraz, teraz się obróć..." No i uśmiech. Przez cały czas się uśmiechaj i udawaj, że jesteś najszczęśliwsza na świecie. Cóż, pewnie byłabym, gdyby nie ta cała maskarada. Marzyłam, żeby to się już skończyło, żebym mogła wpaść w ramiona Tomka, ale to nie było takie proste. Gdy wreszcie podjechaliśmy pod kościół i poszłam do zakrystii, żeby razem z narzeczonym i świadkami podpisać dokumenty, rodzice pilnowali, aby wszystko było w porządku. Mama co chwilę sprawdzała, czy nie rozmazał mi się makijaż, a ojciec Tomka poprawiał mu krawat. Potem musieliśmy się rozstać, bo rodzice chcieli, żeby jak w filmach ojciec poprowadził mnie do ołtarza. Zestresowana musiałam przejść środkiem kościoła po czerwonym dywanie. We wszystkich ławkach stali wystrojeni goście i oślepiali mnie fleszami aparatów. To potwierdziło moje przypuszczenie, że stałam się jakąś plastikową gwiazdą kina wystawioną na żer paparazzich. Gdy wreszcie dotarłam do pierwszej ławki i usiadłam obok Tomka, usłyszałam jego szept:

- Wpakowaliśmy się, co? Uśmiechnęłam się lekko.

- Chcesz się wycofać? - zapytałam.

- Najchętniej porwałbym cię stąd - powiedział. - Ale chyba poczekam do końca mszy.

- Dobrze - stwierdziłam rozbawiona. Msza ślubna była wspaniała. A może to ja po prostu zrozumiałam, jak ważna jest dla nas ta ceremonia. Przysięgę małżeńską składaliśmy sobie z miłością i przekonaniem, że już nic na tym świecie nas nie może rozłączyć. Potem wyszliśmy przed kościół i odebraliśmy setki życzeń od ludzi, których prawie nie znaliśmy. Świadkowie zabrali prezenty, a my wsiedliśmy do wynajętej przez ojca limuzyny. Oparłam się o ramię Tomka i westchnęłam:

- Nie wiem, jak zniosę tę imprezę.

- Nie martw się - mój świeżo poślubiony mąż dotknął mojej twarzy. - Będę cały czas przy tobie - obiecał. Wesele wyglądało tak, jak się spodziewaliśmy. Alkohol, tańce, hulanki, swawole... Uśmiechałam się do wszystkich, ale najchętniej uciekłabym stamtąd, gdzie pieprz rośnie. Tomek chyba czytał w moich myślach, bo powiedział:

- Musimy wytrzymać ze dwie godziny.

Na początku nie rozumiałam, co ma na myśli, ale gdy impreza się rozkręciła, ukochany zaproponował mi spacer. Wyszliśmy przed lokal, a on zatrzymał taksówkę:

- Na plażę - powiedział do kierowcy, a ja osłupiałam. - Obiecałem, że cię porwę, a ja zawsze dotrzymuję słowa - wyjaśnił i zaczął mnie całować. Robił to tak namiętnie, że zniszczył mi fryzurę. Wcale nie byłam tym zasmucona i sama wyjęłam z włosów resztę spinek. Kiedy wysiedliśmy z taksówki, rozdzwoniła się komórka Tomka.

- Powiedz wszystkim, że pojechaliśmy w podróż poślubną! - zawołał do słuchawki i wyłączył telefon. Było pięknie, słońce wisiało nisko nad horyzontem i robiło się coraz bardziej czerwone. Zdjęliśmy buty i zaczęliśmy biec po plaży. Moja droga sukienka ubrudziła się piaskiem, jego spodnie od garnituru również. Biegliśmy tak, trzymając się za ręce i czując, że wreszcie jesteśmy razem i że to naprawdę najpiękniejszy dzień w naszym życiu.

Małgorzata

Imiona bohaterów zostały zmienione.

Dowiedz się więcej na temat: małżeństwa | ślub | ceremonia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje