Wreszcie zapachniało szczęściem

To były zwyczajne spotkania rodziców przed studniówką dzieci, a skończyły się na randce. Ale czy na pewno?

Zosia

Reklama

Weszłam do sali i usiadłam w ostatnim rzędzie. W klasie wrzało.

- Nie wiem, po co mają być trzy rodzaje dekoracji! - wrzeszczał wysoki mężczyzna. - To tylko studniówka!

- Nie tylko, ale aż - egzaltowanym głosem mówiła jedna z matek. - To jedyny taki dzień w życiu naszych pociech, musi być wyjątkowy...

- Przecież te dzieciaki nie zwrócą uwagi na dekorację! - krzyknął mężczyzna. - Będą miały jedzenie, muzykę i alkohol pod stołami. I to im wystarczy do szczęścia.

Spojrzałam na wykłócającego się mężczyznę. Był sławą w naszym miasteczku, artystą plastykiem, którego prace bardzo ceniono w stolicy. Samotnie wychowywał syna, owdowiał kilka lat temu. Nigdy wcześniej go nie widziałam, bo nasze dzieci wprawdzie były z tego samego rocznika, ale nie chodziły do jednej klasy, więc nie spotykaliśmy się na wywiadówkach. Dużo jednak o nim słyszałam. Że mruk i gbur. Wszyscy się dziwili, że zgodził się pracować w komitecie studniówkowym, ale teraz ta współpraca wychodziła im chyba bokiem...

Michał

Szedłem do domu wściekły i wyrzucałem sobie, że zgodziłem się dekorować salę na tę cholerną studniówkę. Ale cóż, Marcin tak mnie prosił... "Ciekawe, skąd w tych babach tyle energii na zajmowanie się samymi głupotami", zastanawiałem się, ale zaraz sam sobie odpowiedziałem na to pytanie. Miały mężów, którzy zarobią na życie, pomogą w domu, gdy trzeba. Gdyby same musiały zająć się wszystkim, nie miałyby czasu na te bzdety. Chociaż...

Przypomniałem sobie tę brunetkę, która się spóźniła. Właścicielka cukierni i samotna matka dziewczyny, o której wielokrotnie opowiadał mi Marcin. Znała sześć języków obcych! Wydawać by się mogło, że kobieta, która ma na głowie prowadzenie własnego interesu, będzie zbyt zajęta, żeby pomagać w przygotowaniach do studniówki. Tymczasem dzisiaj przyniosła trzy blachy z różnymi rodzajami ciastek, żebyśmy zdecydowali, które się najlepiej nadają...
Zosia

Oczywiście spóźniłam się na te wszystkie przygotowania. W przeddzień studniówki przyszłam w momencie, kiedy stoły były już nakryte. Poczułam straszne wyrzuty sumienia.

- Przepraszam - powiedziałam do Steni, głównej organizatorki. - Miałam problem z dostawcami...

- Nie szkodzi - uśmiechnęła się. - Nie musiałaś przychodzić, bo i tak miałaś urwanie głowy z tymi ciastami.

Atmosfera podczas przygotowań była miła. Tylko ten cały artysta pracował samotnie. Sam sobie przenosił drabinę, sam się po niej wspinał, sam zawieszał błyszczące litery z kartonu. Zrobiliśmy wszystko w niewiele ponad godzinę, tylko ponurak się opóźniał.

- Jak pan skończy, to niech pan odda klucz portierowi - krzyknęła do niego Stenia, wychodząc z sali. Szłam za nią, ale obejrzałam się i zobaczyłam, jak plastyk męczy się z upinaniem dekoracji. Pożałowałam go.

- Może panu jakoś pomóc? - zapytałam, a on odwrócił się gwałtownie i... spadł z drabiny.
Michał

Na szczęście stałem na czwartym szczeblu, więc upadając na podłogę, nic sobie nie zrobiłem. Kiedy jednak wstałem i zobaczyłem tę kobietę, jak dosłownie zanosi się śmiechem, myślałem, że szlag mnie trafi.

- Oj, przepraszam - wyjąkała, widząc moją minę. - Nie chciałam pana przestraszyć, ani się głupio śmiać, ale to sytuacja jak z głupiej komedii. Nic się panu nie stało?

Otarła łzy z oczu i zaczęła otrzepywać brokat z mojego swetra. Poczułem zapach... jakby fiołków i złość od razu mi przeszła. Wybąkałem coś, że wszystko jest w porządku, i dalej razem rozwieszaliśmy dekorację.

- Super wystrój - stwierdziła w pewnym momencie.

- Pamiętam swoją studniówkę. Na ścianie był tylko napis: "Sto dni do matury". A Agata będzie się bawić w takiej pięknej sali!

- Ja nie najlepiej wspominam swoją studniówkę - wyznałem, żeby coś powiedzieć. - Pamiętam, że mój przyjaciel przyniósł bimber i się spiliśmy. Dlatego jestem zwolennikiem alkoholu na studniówce. Jakby mieli wino na stołach, to by nie przynosili wódki.

- Zgadzam się z panem, ale reszta rodziców jest, niestety, innego zdania.

Jeszcze ze dwie godziny zeszły nam na tym strojeniu. Od czasu do czasu któreś z nas rzuciło jakąś uwagę. Zauważyłem, że przy tej ciemnowłosej piekarce nie muszę na siłę rozmawiać. Jakoś tak swobodnie się czułem...
Zosia

Kiedy pan Michał, bo tak miał na imię ten mężczyzna, przekręcał klucz w drzwiach sali, westchnął ciężko.

- Wie pani, trudno mi się pogodzić z tym, że mój syn dorósł - powiedział ponuro. - Za kilka miesięcy wyjedzie na studia i będziemy się widywać tylko w weekendy albo rzadziej.

- Ja też często myślę, jak to będzie, kiedy Agata wyjedzie - wyznałam. - Czasem żałuję, że jest taka zdolna. Jakby była głupsza, zostałaby w miasteczku i pomagałaby mi w cukierni.

- Co pani mówi? - zdziwił się. - Szkoda by było zmarnować jej talent - przekonywał. - Ma pani powód do dumy.

"Ludzie mają źle w głowach, skoro nazywają go gburem", pomyślałam.

- A pani idzie na tę studniówkę? - zapytał nagle.

- Nie ma mowy - odparłam. - Wyprawię Agatę i zajmę się pracą. Chcę wypróbować nowe przepisy na ciasta, zanim wprowadzę je w cukierni.

- Świetnie pani piecze - stwierdził.

- To może... - zawahałam się. - Może pomoże mi pan ocenić te przepisy?

- Chętnie - zgodził się ochoczo. - Mogę przyjść o dziewiątej? "Chyba zgłupiałam", wyrzucałam sobie, jadąc do domu, a potem szykując Agatę do wyjścia. "Po co go zaprosiłam?", zastanawiałam się. "Po pierwsze, wcale nie tęsknię za mężczyzną, a po drugie, on mi się nawet nie podoba", pomyślałam, ale jednocześnie przypomniałam sobie jego ładne szare oczy. Spojrzałam na zegarek. Było piętnaście po ósmej. Przestraszyłam się. "Boże, jak późno! A ja jeszcze muszę umyć włosy, umalować się. W drodze do łazienki zaczęłam się śmiać. "Nie oszukuj się. Ten facet ci się podoba, i to jak!", kpiłam sama z siebie.

Michał

Punktualnie o dziewiątej zadzwoniłem do drzwi pani Zosi. Byłem zdenerwowany. W końcu była to moja pierwsza randka od śmierci Bożeny, czyli od ponad pięciu lat... Ale czy była to randka? Zastanawiałem się nad tym od momentu, w którym się rozstaliśmy. Kobieta zaprosiła mnie, żebym skosztował ciastek... Może to po prostu miało być spotkanie dwojga znajomych... "Jeśli tak, to zrobiłem z siebie idiotę", pomyślałem ponuro. Bo przygotowałem się na randkę. No i kupiłem kwiaty i wino. "Jeśli otworzy mi drzwi ubrudzona mąką, to znaczy, że nie wiem nic o kobietach", stwierdziłem i po raz drugi nacisnąłem guzik dzwonka. Usłyszałem, jak przekręca klucz, i drzwi się otworzyły. Odetchnąłem z ulgą. Zosia miała na sobie sukienkę i była umalowana.

- Dobry wieczór - uśmiechnęła się. "A jednak to randka!", pomyślałem i stwierdziłem, że znów pachnie fiołkami. Ciekawe, czy to jej perfumy? Albo ona sama? A może szczęście?

Imiona bohaterów zostały zmienione.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje