Zaproś mnie do swojego raju

Ciotka Łucja była bezdzietną wdową. Miała dziewięćdziesiąt lat i stary dom na wsi, który zapisała mi w spadku...


- Dlaczego akurat mnie?! - irytowałam się, gdy wyszłam z rodzicami od notariusza po ogłoszeniu ostatniej woli szanownej staruszki.

Reklama

- Jesteśmy... to znaczy byliśmy jej najbliższą rodziną - wyjaśnił ojciec. - A poza tym ciocia pamiętała, że w dzieciństwie lubiłaś spędzać u niej wakacje.

- To było dwadzieścia lat temu, kiedy rajcowało mnie bieganie za kurczakami po podwórku - wspominałam. - A co ja miałabym teraz robić na tej zapyziałej wsi? Czy tam w ogóle jeszcze ktoś mieszka? - powątpiewałam.

- Przecież to jest środek lasu...

Rodzice milczeli wymownie, a ja czułam, że wpadłam jak śliwka w kompot. Stałam się posiadaczką chylącej się ku ziemi chałupy, którą na domiar złego musiałam jechać obejrzeć. Wsiadłam w moją mikrę i ruszyłam dziurawym asfaltem przez las. Po pół godzinie jazdy zobaczyłam tabliczkę ze znajomą nazwą miejscowości. Po chwili zajechałam przed dom ciotki. Weszłam za bramkę. Zamierzałam rozejrzeć się po podwórku i budynkach. Przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Gdy stamtąd wyszłam, gorączkowo zastanawiałam się, co zrobić, by jak najszybciej się tego balastu pozbyć.

- Dzień dobry pani! - z zamyślenia wyrwał mnie donośny męski głos.

- Dzień dobry - odparłam, przyglądając się nieznajomemu.

- To pani posesja? - zainteresował się.

- Tak, a dlaczego pan pyta? -

Szukam domu w tej okolicy, może zna pani kogoś, kto chciałby sprzedać?

- Pewnie, że znam! - odparłam uradowana.

- Ja. Właśnie się zastanawiałam, co mam zrobić z tą ruderą.

- Naprawdę? - zdziwił się mężczyzna. - Nie szkoda pani takiego pięknego miejsca? Ten dom jest uroczy.

Spojrzałam krytycznym okiem na chatkę ciotki Łucji. Wprawdzie drewniany ganek porośnięty dzikim winem prezentował się jeszcze całkiem nieźle, ale reszta to był dramat.

- Wie pan, jakoś mi nie szkoda - wyznałam, otwierając mu furtkę. - Proszę sobie obejrzeć posesję. Sama słabo się orientuję w tym, co tu jest, bo odziedziczyłam ten dom niedawno.

- A, rozumiem. Niechciany spadek? - zgadywał.

- Otóż to!

- Pani mieszka w mieście, prawda? - wypytywał dalej.

- Tak, a co to ma do rzeczy? - trochę mnie denerwował tymi pytaniami.

- To od razu widać. Nie dostrzega pani potencjału tkwiącego w ziemi. Tu można stworzyć raj - ekscytował się.

- Niestety, nie raj dla mnie - zrobiłam smutną minę. - Ale jeśli pan tak uważa, chętnie panu to miejsce sprzedam. Muszę tylko wynająć rzeczoznawcę, który wyceni to wszystko dookoła - wykonałam zamaszysty ruch ręką.

- I jak? Jest pan zainteresowany? - uśmiechnęłam się do niego.

- Jak najbardziej - odpowiedział zadowolony. Dopiero w tym momencie zauważyłam, że przede mną stoi całkiem przystojny mężczyzna. "Szkoda, że to raczej nie będzie znajomość rozwojowa", pomyślałam z żalem. "Szybko załatwimy formalności i się pożegnamy. On zostanie tutaj, ja w spokoju wrócę do miasta i po sprawie", zdecydowałam. Wymieniliśmy się numerami telefonów i umówiliśmy się na kolejne spotkanie za dwa tygodnie. W tym czasie zamierzałam zorientować się, ile mogę zarobić na sprzedaży i jak szybko można załatwić formalności, bo chciałabym mieć to jak najszybciej za sobą. Niestety, sprawa nie była taka prosta, jak mi się wydawało. Nie mogłam się tego domu pozbyć ot, tak sobie.

- Przykro mi, panie Jacku, że nie mogę panu sprzedać tego raju na ziemi - powiedziałam, dzwoniąc do niego tuż po rozmowie z prawnikiem.

- Po prostu mnie na to nie stać. Dopiero zapłaciłam podatek od darowizny, a już musiałabym zapłacić kolejny, od sprzedaży. Jeśli za jakiś czas nadal będzie pan zainteresowany, proszę zadzwonić. Ma pan prawo pierwokupu - zapewniłam. Ale nie łudziłam się, że on zaczeka do momentu, aż mnie będzie stać na sprzedaż domu. Po prostu poszuka sobie innego "raju" i tyle. A ja zostanę z tą chałupą na karku. Jakież było moje zdziwienie, gdy dwa dni po tamtej rozmowie zobaczyłam na wyświetlaczu komórki numer Jacka.

- Dzień dobry, pani Elwiro - przywitał się, gdy odebrałam. - Dzwonię do pani z propozycją nie do odrzucenia - jego głos brzmiał wesoło.

- Znalazłem pewne wyjście z pani sytuacji. Ale szczegóły chciałbym omówić w cztery oczy - dodał tajemniczo, po czym zaproponował spotkanie w miłej knajpce niedaleko mojej pracy. Szłam tam z mieszanymi uczuciami. Nie wiedziałam, co facet kombinuje i czy nie chce mnie oszukać. Otworzyłam drzwi kawiarni i niepewnie rozejrzałam się po jej wnętrzu. Z końca sali zamachał do mnie jakiś blondyn. "To naprawdę on?", pomyślałam z niedowierzaniem, spoglądając na szczupłego, dobrze ubranego przystojniaka.

Dowiedz się więcej na temat: wieś | romans | dom

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje