Jedzenie, które truje

Sklepowe półki uginają się od produktów, ale w wielu z nich jest szkodliwa chemia. Jak jadać zdrowo, nawet jeżeli nie stać nas na to, by kupować drogą żywność ekologiczną?

Córka uwielbiała fast foody

Moja córka, od kiedy weszła w wiek dojrzewania, żywiła się głównie hamburgerami, frytkami, pizzą. Długo nie wiedziałam, jak ją przekonać do zdrowej diety. W końcu poradziłam jej, by na miesiąc odstawiła to "jedzenie" i zobaczyła, jak szybko skończą się jej problemy z cerą. Zadziałało!

Reklama

Ponad 80 proc. z nas deklaruje, że lubi kupować żywność i przywiązuje wagę do jej jakości. Mamy swoje ulubione sklepy i marki, a robienie większych zakupów z całą rodziną stało się weekendowym zwyczajem.

Czy w związku z tym odżywiamy się zdrowo? Pod tym względem statystyki nie są już tak optymistyczne. Rocznie zjadamy bowiem od 2 do 4 kg... środków chemicznych! To najróżniejsze syntetyczne substancje dodawane do jedzenia, by przedłużyć i poprawić jego trwałość, aromat, kolor. Konserwanty, emulgatory, przeciwutleniacze, zagęstniki, stabilizatory, a nawet metale ciężkie i antybiotyki... Dlaczego tak się dzieje?

Mój problem - Joanna, 42 lata

Konserwanty i spółka

Jedzenia produkuje się dziś tyle, że największym problemem jest to, żeby się szybko nie psuło. Kiedyś podział pomiędzy żywością przeznaczoną do zjedzenia w krótkim czasie, a taką o długim terminie ważności był znacznie wyraźniejszy.

Konserwy, suchą kiełbasę czy zupy w proszku zabierało się na wakacje pod namiotem, na co dzień jadaliśmy świeże produkty.

Dziś wędliny, twarożki, sery mają wielomiesięczne terminy przydatności do spożycia, a mleko po otwarciu nie psuje się przez dwa tygodnie. Nawet pieczywo nie pleśnieje! To ułatwia nam życie, ale cena za wygodę jest wysoka. Wraz z jedzeniem do naszych żołądków trafiają też wszystkie środki konserwujące. Nie jest ich mało: w „Tabeli dodatków i składników chemicznych”, dopuszczalnych w Polsce i UE, zajmują pozycje od E200 do E299.

To prawie 100 substancji!

Ale na tym nie koniec. Istnieją też setki syntetyków, które dodawane są do żywności, żeby poprawić jej smak. Wzmacniacze, stabilizatory, sztuczne barwniki i aromaty.

Dorzućmy do tego jeszcze środki owadobójcze, którymi spryskiwane są rośliny, sztuczne nawozy, na których rosną, a także antybiotyki i hormony wzrostu, którymi karmi się hodowlane zwierzęta... Czy cała ta zjadana przez nas chemia może nie mieć wpływu na nasze zdrowie? Producenci tłumaczą, że przecież trzymają się ściśle dopuszczalnych norm. Ale to tłumaczenie zwodnicze, bo normy dotyczą tylko pojedynczych produktów.

Nikt nie sumuje, ile syntetyków zjadamy na co dzień!

Lekarze coraz częściej winą za rozmaite schorzenia cywilizacyjne, jak alergie, astma, depresja, migrena, cukrzyca czy osteoporoza, obciążają właśnie pełną chemii żywność. Coraz więcej badań wydaje się też potwierdzać, że ma to wpływ na prawdziwą epidemię nowotworów w dzisiejszych czasach.

Jak ograniczyć chemię w jedzeniu

Co więc robić? Na kupowanie znacznie droższej, ekologicznej żywności stać wciąż niewiele osób, nie każdy ma ogródek czy rodzinę na wsi, która może poratować kurczakiem własnego chowu czy niepryskanymi pomidorami. A coś jeść przecież trzeba...

Czy w dzisiejszych czasach, robiąc codzienne zakupy w zwykłych sklepach w ogóle można uniknąć chemii w jedzeniu?

– Całkowicie wyeliminować się jej nie da, możemy za to bardzo skutecznie ograniczyć jej ilość – tłumaczy dietetyk Joanna Koszewska. Wystarczy nauczyć się właściwie wybierać produkty w sklepie. Na przykład warzywa i owoce najlepiej kupować nasze polskie, sezonowe, bo wtedy mamy gwarancję, że nie zostały spryskane dodatkowymi konserwantami na czas długiego transportu.

Wbrew pozorom, lepiej wybierać egzemplarze zdrowe, ale wcale nie te „jak z obrazka”. Wielka, idealnie prosta, jaskrawopomarańczowa marchewka prezentuje się pięknie, ale zdrowsza od niej będzie ta mniejsza, nierówna, o chropowatej skórce. Tak właśnie to warzywo wygląda bez sztucznego uszlachetniania!

Przede wszystkim jednak należy nauczyć się czytać etykiety na produktach pakowanych. To z nich dowiemy się, co tak naprawdę jest w puszce z rybą czy słoiku z klopsikami.

Etykiety - najlepsze źródło informacji

Na każdej etykiecie powinna znajdować się nazwa produktu, data produkcji, data ważności, waga netto, warunki przechowywania, producent oraz skład.

– Tu zasada jest bardzo prosta: im krótsza jest lista składników, tym lepiej dla naszego zdrowia! – radzi Joanna Koszewska. Jeżeli w pasztecie, oprócz mięsa znajdziemy tzw. MOM (oddzielaną mechanicznie, rozdrobnioną masę mięsno-tłuszczową), białko sojowe, wzmacniacz smaku i zapachu, to znak, że z pasztetem z naszych wyobrażeń ma on niewiele wspólnego.

Jeżeli mięso lub ryba mają intensywny, różowy kolor, prawdopodobnie zawdzięczają go sztucznemu barwnikowi, a nie swojej wyjątkowej świeżości. Warto nauczyć się, które z chemicznych dodatków są dla nas najgroźniejsze i po prostu nie kupować towarów, które je zawierają. Wystarczy zaopatrzyć się w listę wszystkich niezdrowych „E” (znajdziemy ją w internecie), pójść z nią do sklepu i wybrać produkty, których skład jest najbardziej zbliżony do naturalnego. Zdaniem lekarzy, najbardziej szkodliwe są: benzoesan sodu (E211), siarczany (E221-227), azotany (E249-252), tartazyna (E102), dwutlenek siarki (E220) i kwas sorbowy (E200). Wszystkie znajdują się w żywności wysoko przetworzonej.

Najlepiej jest kupować produkty świeże i... przetwarzać je samemu.

Zdrowy powrót do tradycji

Najbezpieczniejszy dla naszego zdrowia jest dziś powrót do kuchni tradycyjnej, naszych mam i babć, czyli tzw. domowego jedzenia. Zamiast wędlin ze sklepu – kawałek upieczonego własnoręcznie mięsa, zamiast sztucznie aromatyzowanych ciast – drożdżowy placek, zamiast napoju ze sklepu – kompot z owoców z własnej działki, jeżeli rosół, to ugotowany na kawałku kury, a nie z kostki.

Starajmy się też kupować „prosty” nabiał: biały ser bez dodatków, jogurt, który zawiera tylko mleko i żywe bakterie, a nie całą listę dodatków i aromat "identyczny z naturalnym". Przyprawiajmy jedzenie ziołami, nie mieszankami z glutaminianem sodu.

Same róbmy soki ze świeżych warzyw i owoców, kiszonki, przeciery. Będą nie tylko zdrowsze, ale i tańsze! Nie płaćmy za chemię, która rujnuje nasze zdrowie!

Od kilku lat coraz większym powodzeniem cieszy się żywność ekologiczna. Jest droga, ale ma to swoje uzasadnienie. Jej producenci muszą spełnić wiele wymogów, by dostać certyfikat. M.in. wolno im używać tylko naturalnych środków ochrony roślin, nawozić je obornikiem oraz określonym rodzajem nawozów. Zwierzętom muszą zapewnić zdrową paszę i kontakt z naturą. No i oczywiście nie stosują GMO!

Trzeba jednak odróżniać prawdziwe produkty ekologiczne od tych, które tylko takie udają. Sama informacja na opakowaniu typu: "eko", "bio", "naturalny", "z czystego regionu" to tylko reklamowy chwyt! Nie dajmy się nabrać, te autentyczne muszą mieć na opakowaniu widoczny numer jednostki wydającej certyfikat, miejsce produkcji a także międzynarodowe logo.

Pamiętajmy też, że dobrą alternatywą dla eko-żywności są nasze rodzime bazarki. Warto jednak znaleźć tam stoisko, na którym sprzedawany towar pochodzi bezpośrednio od rolnika, najlepiej z małego gospodarstwa.

Aneta Olkowska

Więcej w serwisie:

Dzięki nim schudniesz. Na efekty nie trzeba długo czekać!

Ocet jabłkowy: Sekret idealnej cery gwiazd

Dieta za grosik: Ziemniaki przyspieszają przemianę materii


Dowiedz się więcej na temat: jedzenie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje