Kuchnia polska

Biedni i bogaci jedli co innego właściwie od zawsze. Od zawsze Polacy słynęli też z kuchni mało skomplikowanej, ale za to obfitej. Uważali to zresztą za powód do dumy.

- Patrz na te kraje, gdzie cebrem piwo piją, a pani matka w sześć niedzielach donicę z grzankami czasem wychyli - pisał w XVI wieku Mikołaj Rej, wychwalając gwarantującą tężyznę fizyczną rodzimą kuchnię, a wyśmiewając przychodzącą z zagranicy modę na wyrafinowane dania - jacy się chłopi by żubrowie rodzą, bo jeszcze w brzuchu utyje jako prosię, urodzi się jako cielę,a uroście jako wół. Szlacheccy pisarze i poeci wielokrotnie podkreślają naszą narodową skłonność do ciężkich mięs i tłustych sosów. Dobry kapłon przed gody,lub w mięsopusty / Schab karmnego wieprza tłusty / Nie odrzucę wołowej górnej pieczeni / Lub i skopowej w jesieni / Lub z sałatą cielęcia, lub na powtórki / Po sałacie i ogórki - opiewał ziemiański jadłospis XVII-wieczny poeta Wespazjan Kochowski.

Reklama

Miłe nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu

- Polacy nie odznaczali się cnotą umiarkowania w jadle i napoju - podsumowuje to delikatnie historyk Władysław Łoziński, jeden z najbardziej sumiennych i życzliwych kronikarzy dawnych polskich obyczajów. To, co potrafili zjeść nasi przodkowie, zadziwiało przybyłych z Zachodu gości. Goszczący w XVII wieku w Rzeczypospolitej nuncjusz papieski Fulwiusz Ruggieri uważał, że jeden Polak je (i pije) za pięciu Włochów, a XVIII-wieczni podróżnicy z mieszaniną zdegustowania i podziwu opisywali ciągnące się całymi dniami biesiady, podczas których w szlacheckich żołądkach przepadały ogromne ilości mięsiwa.

Do tego rogu obfitości dostęp mieli jednak jedynie nieliczni. Jedzenie bowiem to nie tylko kwestia dostarczenia organizmowi odpowiednich substancji odżywczych. To także problem medyczny i społeczny. Już starożytni filozofowie i lekarze - ze sławnym Galenem na czele - uważali właściwą dietę za gwarancję zdrowia, a w czasie choroby za środek leczniczy. To, na jakie jedzenie nas stać, ilustruje również nasz status społeczny, czyli pozycję na drabinie majątku, władzy i prestiżu. Możni niemal z obowiązku musieli jeść obficie, drogo i z ostentacją, a najlepiej też publicznie.

Taką spektakularną manifestację bogactwa opisał niemal dokładnie 2 tys. lat temu Rzymianin Petroniusz w "Uczcie Trymalchiona", w której na kilkudziesięciu stronach wylicza wyrafinowane potrawy. Oto niektóre przystawki (przekład Leopolda Staffa):

Na tacy stał osioł z korynckiego spiżu, z biesiagami, które zawierały z jednej strony oliwki zielone, z drugiej czarne. Nad osłem umieszczone były dwie szale, mające na krawędziach wyryte imię Trymalchiona i wagę srebra. Przylutowane mostki dźwigały pieczone koszatki, oblane miodem z makiem. Leżały też na srebrnym ruszcie gorące kiełbasy, a pod rusztem syryjskie śliwki z punickimi jabłkami granatowymi. [...] Okrągła taca mieściła dwanaście znaków niebieskich [zodiaku - red.] rozłożonych w kolejnym porządku, a wynalazca ułożył na każdym właściwą i odpowiednią mu potrawę: na Baranie barani groch, na Byku kawał wołowiny, na Bliźniętach jądra i nerki, na Raku wieniec, na Lwie figę afrykańską, na Pannie macicę młodej maciory, na Wadze rzeczywistą wagę, która na jednej szali dźwigała ciepły placek, na drugiej inne ciasto, na Niedźwiadku rybkę morską, na Strzelcu zająca, na Koziorożcu langustę, na Wodniku gęś, na Rybach dwa bolenie. Na środku zaś była świeżo skoszona murawa, a na niej plaster miodu.

Nasi arystokraci nie byli gorsi. Na bankiecie u wojewody ruskiego Wiśniowieckiego w 1635 roku, u szczytu potęgi i bogactwa dawnej Polski, podano pieczenie z łosia ("magna bestia" - jak napisał z podziwem jeden z zagranicznych gości), tura i bawołu - a także różne rarytasy, jak np. łapy niedźwiedzie, bobrowe ogony i łosie chrapy. Wszystko to pływało w ciężkich, różnokolorowych sosach - juchach, jak mówiono wówczas - bardzo mocno przyprawionych drogimi, importowanymi korzeniami. Gospodarz musiał być bogaty, skoro ich nie oszczędzał.

Jak bardzo zmieniło się nasze jedzenie od czasu tego bankietu? Bardzo - bo jemy zupełnie inne rzeczy, ale także niewiele - bo różnice między zamożnymi i ubogimi również dziś są ogromne.

Pokaż mi, co jesz, a powiem ci, kim jesteś

Poprosiliśmy cztery rodziny - z różnych stron Polski, o różnym wykształceniu, zawodach i dochodach - o dokładne notowanie zwykłego tygodniowego jadłospisu. Włączyliśmy do niego alkohol i słodycze - ale nie używki takie jak np. papierosy. Staraliśmy się także wybrać rodziny, które nie muszą jeść w żaden rygorystycznie określony sposób - czy to z powodu przekonań (nie są np. weganami lub ortodoksyjnymi żydami), czy z powodów medycznych (nie są np. diabetykami).

Chcieliśmy pokazać w dużym uproszczeniu przekrój społeczny dzisiejszej Polski. Na udział w eksperymencie zgodzili się: państwo Pytlewscy ze wsi Smolne pod Koszalinem; pan Krzysztof pracuje dorywczo, pani Anna wychowuje sześcioro dzieci - Maję, Przemka, Dianę, Nikolę, Emilę i Alana, państwo Dobrowolscy z Katowic - pan Czesław, z zawodu górnik, jest obecnie na rencie; pani Kamila pracuje jako salowa w szpitalu.

Dowiedz się więcej na temat: potrawy | dieta | bogaci | owoców | matka | jedzenie | kuchnia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje