40 klientów dziennie

Przyjmowały dziesiątki mężczyzn dziennie. Nie miały urlopów. Nie mogły odejść z pracy. Za krzywdę, która im wyrządzono nigdy nie otrzymały odszkodowania. Wojenne prostytutki. O ich losach, a także o przemocy seksualnej w czasie II wojny światowej, opowiada Maren Roger, historyczka, autorka książki „Wojenne związki. Polki i Niemcy podczas okupacji”.

Aleksandra Suława: Wiesz, co pojawi się, gdy wpiszesz w wyszukiwarkę "gwałty w czasie II wojny światowej"? Czerwonoarmiści. Ani słowa o Niemcach.

Reklama

Maren Roger: - A wiesz, co można znaleźć w naukowych opracowaniach? Tam też przez lata nie było o nich ani słowa. Tak samo jak o żołnierzach Armii Radzieckiej.

Ja od babci zawsze słyszałam, że "Niemcy byli źli, ale Rosjanie jeszcze gorsi".

- Zupełnie mnie to nie dziwi. Kiedy mówiłam ludziom, że będę pisała książkę o przemocy seksualnej stosowanej przez Niemców w czasie II wojny światowej, to kiwali głowami i odpowiadali, że ciekawy temat, że dobry pomysł, ale to, co robili Sowieci, to jest dopiero materiał na książkę! Tymczasem, tak naprawdę, w naukowych opracowaniach nie ma nic ani na temat niemieckiej, ani radzieckiej przemocy seksualnej w Polsce.

Dlaczego nikt dotąd nie zapełnił tej białej plamy?

- W komunistycznej Polsce prowadzenia badań naukowych na temat tego zagadnienia byłoby niemożliwe. Bo gdyby naukowcy zaczęli szukać przykładów zbrodni popełnianych przez Niemców, prędzej czy później pojawiłoby się pytanie: A Sowieci? Co oni wtedy robili? Lepiej było więc milczeć. To po pierwsze. Po drugie, historycy przez lata bagatelizowali problem wojennej przemocy seksualnej w ogóle, zapewne posługując się logiką, że jeśli jest wojna to jest i przemoc, a jeśli jest przemoc to są i gwałty. Poza tym mogło też chodzić o źle pojmowany wstyd, o niechęć do mówienia o intymnych sprawach.

A dlaczego ty chcesz o nich mówić?

- Bo to też jest wojna, jej aspekt, który dotąd całkowicie pomijano. To głos, który nie był słyszany, grupa ofiar o których nigdy mówiono.

W książce piszesz o różnych rodzajach przemocy seksualnej. Jednym z nich, obok gwałtów, jest przymusowa prostytucja. Kim były wojskowe prostytutki?

- Trzeba zacząć do tego, że w czasie II wojny światowej Niemcy stworzyli specjalny model funkcjonowania domów publicznych. Nie oni jedyni zresztą, bo inne armie też miały swój, z których chyba najbardziej znany jest japoński "Comfort Women System". Głównym celem niemieckiego projektu było sprawowanie kontroli medycznej nad prostytutkami. Uważano, że w ten sposób uda się zapobiec epidemii chorób wenerycznych, która - jak pokazywał przykład z poprzedniej wojny - mogła zdziesiątkować armię.

- Kobiety, które miały mieszkać w burdelach i obsługiwać żołnierzy, rekrutowano w dwojaki sposób. Po pierwsze zatrudniono w nich prostytutki, które ten zawód wykonywały już przed wojną i były zarejestrowane w polskich systemach ewidencji. Drugą grupą były kobiety, które do domów publicznych trafiły za karę.

Za co?

- Za kontakty z Niemcami. Jak wiadomo, Niemcy mieli obsesję na punkcie czystości rasowej. Kontakty seksualne, a nawet towarzyskie, między członkami "rasy panów" i "podludzi" były zakazane, bo mogły zaowocować spłodzeniem dziecka, a co za tym idzie, skażeniem rasy. Jedną z kar przewidzianych za złamanie tej zasady była praca prostytutki.

Jak wyglądało życie takiej kobiety?

- Dużo zależało od zarządcy czy zarządczyni konkretnego domu publicznego, ale ogólnie warunki były surowe. Pracowało się od przedpołudnia do późnej nocy. Dziennie każda kobieta przyjmowała od 25 do 40 klientów, co jest szokującą liczbą. Do miasta wychodziło się raz w miesiącu. Nie było prawa do urlopu, bo przecież w czasie takich wakacji kobieta mogła się nabawić choroby wenerycznej. Ciąża oznaczała automatyczne usunięcie z domu publicznego, oczywiście bez żadnego zabezpieczenia czy odprawy.

Za pracę kobiety dostawały pieniądze?

- Dokładnie nie wiadomo czy tak, a jeśli tak, to jakie to były pieniądze. Z niemieckich akt wynika, że wynagrodzenie było i to niezbyt małe - pieniądze miały być motywacją dla prostytutek, które tę pracę wykonywały z własnej woli. Taką wersję potwierdzałyby również zeznania składane przez kobiety przed sądami kolaboracyjnymi. Byłe prostytutki mówiły, że zawód ten wykonywały dla pieniędzy, a nie w celu współpracy z wrogiem. Ja sądzę, że taka też była prawda - te kobiety naprawdę zarabiały tam lepiej, niż mogłyby zarabiać w innych miejscach. Ale to tylko jedna strona medalu. Druga to seksualne niewolnice.

Ile trwała taka praca? Do końca wojny?

- Na pewno nie można było po prostu się z niej zwolnić. Tak jak mówiłam, część kobiet wyrzucano z domów publicznych po tym, jak zaszły w ciążę. Niektóre przewożono do innych placówek - gdy niemiecka armia docierała do miasta, w którym nie było żadnego domu publicznego, składano zapotrzebowanie na jego zorganizowanie. Adaptowano na ten cel np. hotel, a jako personel przywożono prostytutki z terenów, na których zapotrzebowanie na ich usługi było mniejsze. Były też dziewczyny, które się buntowały, albo uciekały z domów publicznych. Za coś takiego trafiało się do domu publicznego na terenie obozu koncentracyjnego.

Po co domy publiczne w obozach?!

- Niemcy uważali, że jeżeli popęd seksualny jest zaspokojony, to nie tylko żołnierz, ale również robotnik lepiej wykonuje swoje obowiązki. Wizyty w domach publicznych były formą nagrody dla najwydajniej pracujących więźniów. Jednak nie wszyscy nagrodzeni korzystali z usług prostytutek w ścisłym znaczeniu tego słowa. Wielu z nich chodziło tam po to, żeby po prostu porozmawiać, znaleźć odrobinę intymności, na chwilę znowu poczuć się człowiekiem. Zresztą, w przypadku wielu więźniów kondycja nie pozwalałby na odbycie stosunku.

System domów publicznych miał chronić żołnierzy przed chorobami wenerycznymi, to już wiemy, ale czy pełnił jeszcze jakieś funkcje?

- Ja wymieniłabym jeszcze dwie. Po pierwsze wierzono, że jeśli popęd seksualny żołnierza będzie zaspokojony, to będzie się on lepiej sprawdzał się na polu walki. Uważano też, że mężczyźni, mając dostęp do prostytutek, nie będą uciekali się do przemocy seksualnej. Co oczywiście okazało się bzdurą, bo gwałty mają niewiele wspólnego z pożądaniem, ale za to sporo z chęcią zademonstrowania siły i upokorzenia wroga.

Czegoś tu nie rozumiem. Jak można było pogodzić wizerunek nienagannego moralnie Niemca z obrazkiem mężczyzny, który wyjechał na wojnę i regularnie zdradza żonę, odwiedzając prostytutki?

 - Wizerunek, o którym mówisz, to tylko część obrazka. W tamtym czasie modne były różne koncepcje i ideologie, a jedna z nich przedstawiała się mniej więcej tak: odrzućmy tradycyjną moralność, bo w praktyce nie ma z niej wielkiego pożytku. Wierność małżeńska i celibat nie dają niemieckiemu społeczeństwu dzieci. A im więcej dzieci - ślubnych czy nieślubnych - tym lepiej dla III Rzeszy. Ważniejsza jest czystość rasowa i komfort żołnierza, który walczy za kraj niż wierność małżeńska. Zresztą, w Niemczech niewielu wtedy wiedziało o funkcjonowaniu domów publicznych dla żołnierzy. W kraju nikt się tym nie chwalił, bo gdyby informacja o tych placówkach dotarła do kobiet, to panie raczej nie byłyby zachwycone faktem, że państwo nie tylko pozwala, ale też pomaga mężczyznom zdradzać je na terenach okupowanych.

Piszesz, że w domach publicznych na terenie Polski pracowało kilka tysięcy kobiet. Część z nich robiła to pod przymusem. Po wojnie otrzymały jakiekolwiek odszkodowania?

- Nie słyszałam o ani jednym przypadku.

Nie było ścieżki administracyjnej czy wstyd był zbyt duży?

- I jedno, i drugie. Prostytucja w Niemczech była karą za tzw. "postawę aspołeczną".  A w świetle powojennego prawa osobom odbywającym karę za tego rodzaju czyny odszkodowanie nie przysługiwało, nawet jeśli były zamknięte w domu publicznym.

Na odszkodowanie nie można było liczyć. A na współczucie?

- W Polsce po wojnie prostytutki było oskarżane o kolaborację i w czasie procesów musiały dowodzić, że przebywały domach publicznych z przymusu lub chęci zarobku, a nie dlatego, że chciały współpracować z Niemcami. Nieco inaczej miała się sprawa z tymi, które doświadczyły gwałtów albo miały mniej więcej dobrowolne związki z Niemcami.  O ile społeczeństwo i okazywało im empatię, o tyle wiele z nich na  wsparcie najbliższej osoby nie mogło już liczyć. Są relacje z Niemiec, z których wynika, że wielu mężczyzn odchodziło wtedy od swoich żon po gwałcie, mówiąc że nie mogą już z nimi dalej żyć, że te kobiety splamiły swój i ich honor. Zwłaszcza, gdy owocem gwałtu było dziecko. Zdarzało się, że kobieta bojąc się takiego scenariusza, za wszelką cenę próbowała pozbyć się dziecka, albo dokonując aborcji, albo zabijając niemowlę.  

Rozmawiałaś z dziećmi, których matki przeżyły takie historie?

- Z dziećmi prostytutek i ofiar gwałtów nie, ale rozmawiałam z kilkoma osobami, które przyszły na świat jako owoc związku Polki i Niemca. Takie dzieci z zakazanych związków. Ci ludzie opowiadali mi, że często matki przez lata ukrywały przed nimi prawdę o pochodzeniu. Fałszowały dokumenty, albo przy wystawianiu aktu urodzenia zmyślały nazwisko ojca. O tym, kim są, te osoby dowiadywały się na przykład na rodzinnej imprezie -od wujka, który za dużo wypił. Często też doświadczały dyskryminacji, były traktowane jako dzieci gorszej kategorii.

A zdarzało się, że te dzieci były złe na swoje matki? W Polsce "bratanie się" z wrogiem jest nie do zaakceptowania.

-  Większość okazała im jakąś formę zrozumienia. Zwykle o tym, kto jest ich ojcem dowiadywały się, gdy były już dorosłe i wiedziały, że kiedy człowiek jest zakochany, to nie zawsze postępuje racjonalnie. Jeśli byli źli, to raczej dlatego, że matka, często niemal do śmierci, ukrywała prawdę o ich pochodzeniu.

Dzisiaj ofiary przemocy seksualnej otrzymują - przynajmniej w teorii - pomoc psychologiczną. Kobiety, o których piszesz nie miały takiej możliwości. Jak to możliwe, że wracały do normalnego życia po takich doświadczeniach?

- Jest taka teoria, która głosi, że gwałt czy inny rodzaj przemocy seksualnej popełniony w czasie wojny jest odbierany przez ofiarę inaczej, niż gwałt w czasie pokoju.

Czyli?

- Psycholodzy argumentują to tak: w czasie wojny lub okupacji przemoc jest wszechobecna, więc kobieta zdaje sobie sprawę, że i ona może paść jej ofiarą. W okresie pokoju zaś każdy akt przemocy jest niespodziewany i bardzo silnie odczuwany. Dodatkowo w czasie wojny okoliczności zmuszają do przechodzenia nad tego rodzaju doświadczeniami do porządku dziennego, do skrajnie pragmatycznej postawy. Po prostu nie ma czasu i warunków, by nie tylko przeanalizować takie doświadczenie, ale nawet by dopuścić je do świadomości.

Nie wierzę, że nad czymś takim da się przejść do porządku dziennego...

- Na jakiś czas - owszem. Psycholodzy twierdzą, że trauma związana z gwałtem przez lata może pozostawać w uśpieniu. Człowiek normalnie funkcjonuje - rodzina, praca, dom... ale w końcu te przeżycia wracają. W Niemczech, gdzie po wojnie na masową skalę dochodziło do gwałtów popełnianych przez radzieckich żołnierzy, słyszy się teraz o ciekawych przypadkach. Kobiety, które żyły w czasie wojny, dziś trafiają do domu starców i tam zaczynają zdradzać objawy stresu pourazowego. Wszystko dlatego, że w tych placówkach pracuje dużo kobiet ze Wschodu, które miedzy sobą porozumiewają się w ojczystych językach, brzmieniowo podobnych do rosyjskiego... Tego typu doświadczeń nie da się po prostu wyprzeć. Ani z głowy, ani z historii.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje