Aby morderstwo było ciekawe...

Pisze książki tak pełne grozy, że czytelnicy zamykają je na noc w lodówkach. Wymyślone przez nią sprawy są tak zawiłe, że mogłyby być analizowane na wydziałach prawa. Jest inżynierem i autorką najlepszych islandzkich kryminałów.

Izabela Grelowska, INTERIA.PL: O ile wiem, w Islandii jest bardzo niska przestępczość. Czy trudno jest pisać kryminały w tak spokojnym otoczeniu?

Reklama

 Yrsa Sigurðardóttir: - Jest to wyzwanie. Wskaźnik przestępczości mamy jeden z najniższych na świecie, średnio jedno do dwóch morderstw rocznie. Popełniane zabójstwa to zwykle efekty pijackich awantur, a policja musi po prostu przyjechać na miejsce przestępstwa, żeby dowiedzieć się, kto je popełnił - morderca zwykle stoi jeszcze z nożem w ręku nad ciałem, zastanawiając się, co tu się u diabła wydarzyło.

W zasadzie nie ma więc planowania, ukrywania narzędzi zbrodni ani żadnych systematycznych działań. Żadnego z elementów niezbędnych do napisania ciekawego kryminału. Dlatego postaci morderców, które tworzę, powinny być trochę niezwykłe jak na tutejsze warunki i muszę mieć nadzieję, że dla Islandczyków nie będą nieprawdopodobne.

Żeby mieć pewność, by się tak nie zdarzyło, staram się trzymać wszystkie elementy historii jak najbliżej realiów życia. To oznacza, że muszę używać wiarygodnych postaci, bardzo wiarygodnie opisywać społeczność i otoczenie, żeby książka nie wydawała się niedorzeczna.

Warto podkreślić, że akcja większości kryminałów z całego świata budowana jest wokół przestępstw nietypowych dla danego miejsca. To dlatego, że w większości morderstwa nie są interesujące - są po prostu smutne i straszne dla zaangażowanych w nie ludzi.

 Pani kraj ma niezwykłą i bardzo unikalną przyrodę. Czy jest ona dla Pani inspiracją?

 - Tak, to dla mnie wielka inspiracja, zwłaszcza kontrast pomiędzy kruchym człowiekiem a mamucimi siłami, którymi włada Natura. Pewnie to dlatego, że przyroda wydaje się być tu tak bliska. Nasze miasta i miasteczka nie są duże, wystarczy jechać przez dziesięć czy piętnaście minut, żeby zostawić w tyle zabudowania. Z jednej strony mamy niestworzony ocean, który daje i zabiera, po drugiej - górzysty, bezludny obszar, znajdujący się wszędzie poza strefą przybrzeżną. Natura w znacznym stopniu wpływa tutaj na nasze życie. Dzięki niej mamy mnóstwo energii ze źródeł geotermalnych i wodnych, ale też utrudnienia: popiół wyrzucany przez któryś z naszych licznych wulkanów. Ponieważ miejsce akcji w kryminale jest znaczącą częścią całej historii, czuję się bardzo szczęśliwa mogąc pisać tutaj, bo to doskonałe tło dla mrocznych i przerażających opowieści.

 Czy może mi Pani opowiedzieć coś o momencie, gdy uświadamia sobie, że chce napisać książkę?

 - Tak naprawdę nigdy nie myślałam ani nie chciałam być pisarzem. Byłam bardzo szczęśliwa, będąc czytelnikiem. Ale zacząłem pisać, gdy mój syn był młody i nie za bardzo czytał. Doszłam do wniosku, że książki, które miał do wyboru, były dość ponure, nieco przygnębiające. Zdecydowałam, że ktoś powinien coś z tym zrobić. Tym ktosiem okazałam się być ja, ponieważ nie znałam żadnych pisarzy, których mogłabym poprosić o podjęcie się tego projektu. Zdecydowałem się napisać książkę, która byłaby przede wszystkim rozrywką dla dzieci, nie mówiącą im: "Życie jest do kitu, przyzwyczajaj się do tego, dzieciaku". Skończyło się na napisaniu pięciu książek dla dzieci, wszystkich przed przestawieniem się na pisanie dla dorosłych. Dla tych drugich napisałam osiem książek, a dziewiątą właśnie przygotowuję. Życie jest trochę dziwne, czasami prowadzi nas w górę i w dół drogami, którymi nigdy nie zamierzaliśmy podróżować.

 Zaczynała Pani od książek komicznych. Czy myślała Pani kiedykolwiek napisaniu zabawnego kryminału?

 - Myślałam o tym, ale nie jestem pewna, czy byłoby to dobrze przyjęte. Moje pierwsze książki o Thorze miały kilka akcentów humorystycznych, ale wraz z rozwojem serii kolejne powieści stawały się coraz mroczniejsze. Im jestem mroczniejsza, tym czytelnicy są szczęśliwsi, więc chyba nadal będę trzymać humor w ryzach. Rodzimy rynek w Islandii nie jest chyba na to jeszcze gotowy. Minęło dopiero piętnaście lat odkąd islandzkie kryminały zostały tu uznane za wiarygodne i możliwe do zaakceptowania. Zbrodnia i humor w jednej książce nie będą mile widziane. Może później.

 Jest Pani pisarzem i inżynierem. Czy pisanie to tylko ucieczka od codziennego życia, czy może aktualnie jest to praca numer jeden? Która z Pani karier jest tą ulubioną, ważniejszą? A może są równoważne?

 - Powinnam zacząć od wyjaśnienia, dlaczego - jak to już zostało powiedziane - mam dwa zawody. Dlatego, że w Islandii mieszka tak niewiele osób (310 tys.), każdy musi robić dwie rzeczy - jedna praca dla jednej osoby nie wystarczy, żeby zrobić wszystko co potrzebne. Jestem więc inżynierem, a będąc beznadziejną kucharką, hydraulikiem czy fryzjerem, pisarstwo wydało mi się czymś, w czym mogę się odnaleźć. Obok mojej pełnowymiarowej pracy w inżynierii, pisanie powieści zajmuje mi większą część roku. Dokładnie rok i tydzień, bo o siedem dni mój deadline był przesuwany przez ostatnie sześć lat z rzędu.

Przez pierwszą połowę roku myślę o książce i prowadzę niezbędne badania, a drugą wykorzystuję na bicie się ze słowami. Jakoś to działa, na pisanie wykorzystuję wolny czas wieczorami, w weekendy i wakacje.

 Porównując ważność moich dwóch karier, powiedziałabym, że jest remis - nie chciałabym zostawić żadnej za sobą. Jednak napisanie kryminału z udziałem elektrowni wodnych lub źródeł geotermalnych, które są tak ważną częścią mojego życia zawodowego, mam ciągle przed sobą. I naprawdę nie wiem, dlaczego tak jest. Może trochę boję się mieszania tych dwóch rzeczy, chcę zachować odrębność autora od inżyniera.

 Czy trudno jest pogodzić pisanie i bycie inżynierem?

 - Jeśli chodzi o równowagę między moją codzienną pracą, pisaniem a rodziną, to po prostu jakoś to działa. Nie oglądam telewizji, ponieważ od kilku lat nie byliśmy w stanie zapamiętać kodu PIN do telewizora i w związku z tym nie możemy go włączyć. To uwalnia ogromną ilość czasu. Moja rodzina jest bardzo wyrozumiała i kiedy piszę, nie muszę brać udziału w codziennych zajęciach, takich jak sprzątanie i pranie. Jednak jak tylko skończę te przywileje są odwołane - pewnie dlatego postanowiłam co roku pisać książkę.

Najtrudniej było połączyć mój dzień pracy i podróże, które zawsze idą w parze z pisaniem. Starałam się ograniczyć mój plan do jednego wyjazdu zagranicznego miesięcznie, ale i tak trudno jest mi pogodzić wszystko, co mam do zrobienia. Niedawno musiałam zmierzyć się z faktem, że to zbyt wiele i nie pracuję już jako inżynier na pełen etat, ale na 70-80%. Chciałabym ograniczyć moją pracę do 50%, ale to ryzykowne, bo skończyłoby się na pracy tylko przy nieinteresujących projektach. Nikt nie chce mieć na pokładzie członka, który jest zawsze daleko. Na razie to działa, ale nie trzeba wiele, żeby obalić ten domek z kart, którym na wiele sposobów jest moje życie. Na przykład nie ma tu miejsca na grypę.

 Musi Pani znać się na jeszcze jednej pracy - bohaterka książek, Thora jest prawniczką. Jak sobie Pani z tym radzi?

 

- Szanuję prawo, czytam ustawy i przepisy, których mogłabym użyć, robię rozeznanie w orzeczeniach i sprawach sądowych. To wszystko jest łatwo dostępne w Internecie. Czasem  wybieram się po poradę do mojego dobrego przyjaciela, który jest prawnikiem. Okazjonalnie, kiedy potrzebuję pogłębionej analizy niektórych aspektów i wymagałoby to zbyt wiele pracy jak na przyjacielską przysługę, zwracam się po opinie do kancelarii prawnych. Prawniczka, z którą najczęściej współpracuję, powiedziała, że powinnam dostać posadę na uniwersytecie i wymyślać sprawy dla studentów wydziału prawa, bo jej zdaniem udało mi się stworzyć bardzo dziwne, złożone prawne scenariusze, z którymi fajnie byłoby ćwiczyć.

 Po przeczytaniu Pani ostatniej (opublikowanej w Polsce) książki "Statek śmierci" niektórzy ludzie może już nigdy nie postawią nogi na pokładzie jachtu! Nie czuje się Pani za to odpowiedzialna?;)

 - Ponieważ jachty są niewiarygodnie drogie, mogę mieć jedynie nadzieję, że pomogę większości ludzi, w tym samej sobie, zacząć myśleć: e, po co mam się przejmować, że nie mam jachtu, jachty są dziwne i niebezpieczne.

 Pisząc miała Pani pełną kontrolę, ale teraz, po zbudowaniu całej historii, czy kiedykolwiek zdecydowałaby się Pani na taki rejs? (innymi słowy - czy jest Pani w stanie przestraszyć samą siebie?)

-  Niestety, samej siebie przestraszyć nie umiem. Stało się to zupełnie jasne kiedy napisałam moją pierwszą powieść grozy "Pamiętam cię". Tuż po jej skończeniu wpadłam w panikę, bo martwiłam się, że w ogóle nie jest przerażająca. Jednak dla ludzi była tak denerwująca, że niektórzy zamykali książki na noc w samochodach, ktoś podobno nawet schował ją do lodówki. Wydaje mi się, że nie można przestraszyć samego siebie myślami, które zostały przelane na papier.  Ale nigdy nie wybrałabym się na rejs jachtem, chociaż nie ma to nic wspólnego z moim pisaniem, a z faktem, że mam klaustrofobię. Nie chcę przebywać w małej, zamkniętej przestrzeni bez przerwy przez dłuższy czas, bez względu na to, jak byłoby tam luksusowo. Dajcie mi małą kabinę i dużo miejsca na zewnątrz, a będę szczęśliwa. Aha, i jeszcze trochę prądu, żebym miała do czego podłączyć mojego laptopa.


 Yrsa Sigurðardóttir będzie gościem Międzynarodowego Festiwalu "Literacki Sopot", który odbędzie się w dniach 16-20 sierpnia 2013r. w Sopocie. W drugiej edycji festiwalu wiodącym tematem będzie literatura skandynawska i islandzka ze wskazaniem na literaturę dla dzieci oraz kryminał.


Dowiedz się więcej na temat: Yrsa Sigurðardóttir | Izabela Grelowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje