Anna Janko: Moja mama bała się wojny i przekazała mi ten strach

- Wojny przytrafiają się prawie każdemu pokoleniu. A jeśli nie wojny, to rewolucje, powstania. Ludzie udają, że jest inaczej i że nie będzie już wojny, bo jesteśmy zbyt „cywilizowani”. Ale to nieprawda. Mnie wręcz zaskakuje ten obecny tak długi okres bezwojnia w Polsce. Nie pokoju, ale właśnie „bezwojnia” - mówi Anna Janko, autorka "Małej Zagłady".

Katarzyna Pruszkowska: Sochy zostały spacyfikowane za pomoc partyzantom?

Reklama

Anna Janko: - Tak, to była tak zwana ekspedycja karna, starannie zaplanowana akcja. Za współpracę z Armią Krajową i Batalionami Chłopskimi Niemcy dokonali okrutnej pacyfikacji wsi i wymordowali mieszkańców. Takie wsie, które pomagały partyzantom, nazywali "bandyckimi".

- Kilkanaście dni wcześniej, 18 maja, za to samo Niemcy spalili inną wieś, położoną niedaleko Szarajówkę. To była właściwie wioseczka, zginęło tam 56 osób, wszystkie zostały spalone żywcem. Wsi, w których palono ludzi, było wiele. Pamiętamy na ogół historię Jedwabnego, w którym Polacy spalili Żydów, ale nie pamiętamy, że Niemcy Polakom robili to samo w bardzo wielu miejscowościach.

W Sochach ludzie ginęli od kul, nie od płomieni.

- Tak, bo wioska jest spora, ciągnie się wzdłuż drogi chyba ze dwa kilometry.  Wtedy w Sochach nie było ani szkoły, ani kościoła, ani żadnego innego budynku, który nadawałby się do spalenia tak wielu ludzi naraz. Poza tym tam były  doskonałe warunki  do użycia broni maszynowej, bo Sochy leżą w dolinie, zewsząd otaczają je wzgórza.

Ilu wieś miała wtedy mieszkańców?

- W Sochach stało 88 domów, wraz z przyjezdnymi mogło być nawet około trzystu osób. Więc ludzi nie palono, tylko do nich strzelano. Najpierw ze wzgórz, bo stamtąd Niemcy mieli mieszkańców jak na dłoni. Później schodzili coraz niżej i podpalali domy kulami zapalającymi. Co nie zapaliło się od kul, podpalali ręcznie. I mordowali.

-  Kiedy wybili już większość mieszkańców wycofali się, bo nadlatywały samoloty. Po zrzuceniu bomb,  strzelano jeszcze z broni pokładowej do tych, którzy zdołali uciec z domów i ukryć się w zbożu. Niemcy byli wyjątkowo dokładni, lecieli tak nisko, że zboże aż falowało. Samolotów było dziewięć, czyli mniej więcej jeden na dziesięć domów. A przecież większość tych domów wcześniej spłonęła.

- Już po napisaniu książki dowiedziałam się, że podobno jeden z samolotów, który brał udział w pacyfikacji Soch, został zestrzelony nad inną wsią, a lotnik niemal rozszarpany przez okolicznych partyzantów.  Słyszałam, że ten samolot ciągle tam jest, że kiedyś służył jako kurnik.

Podczas pacyfikacji pani mama straciła rodziców. Kiedy dowiedziała się pani o tym, co stało się w Sochach?

- Myślę, że już we wczesnym dzieciństwie, bo o niektórych sprawach wiem "od zawsze". Na przykład o tym, że mama jest sierotą, bo Niemcy zabili jej rodziców. Opowieści mamy mnie niepokoiły. Każde dziecko boi się, że straci rodziców, którzy są dla niego jak bogowie. Lęk oswajałam pytaniami  i stopniowo dowiadywałam się więcej. Najpierw mama opowiadała mi o sierocej doli, o tym, co działo się z nią po śmierci rodziców. Razem z rodzeństwem zamieszkała u dziadków w wiosce obok. Straszna tam była bieda, Niemcy śrubowali kontyngenty,  pozabierali ludziom wszystko, prawie nikt nie miał już krów czy świń. Moja prababka nie miała nawet kur. Jedli, to co uzbierali, a nawet wyżebrali.

Czy to powodu biedy mama sama zgłosiła się do domu dziecka?

- Zapewne także i z tego powodu. Dziadkowie się zestarzeli, nie mieli już siły opiekować się trójką dzieci. Więc w 1947 roku  moja mama, która miała wtedy już 13 lat, "załatwiła" sobie i rodzeństwu dom dziecka. To może być nie do uwierzenia, ale mama bardzo dobrze wspomina wszystkie domy dziecka, w których była. Tam zawsze miała co jeść. Miała ubranie, własne łóżko. A przede wszystkim mogła się uczyć. Ważne  było też to, że w domu dziecka wszyscy byli sierotami.  Na wsi te dzieci, których rodzice żyli, miały się lepiej, lżej pracowały. W domu dziecka wszyscy byli tacy sami.

- O tych sprawach wiedziałam od dawna, ale były też takie szczegóły, które poznałam dopiero podczas pisania książki. Na przykład, że moja trzydziestoletnia wówczas babcia zginęła od strzału w usta. To było tak drastyczne, że moja mama nigdy wcześniej nie potrafiła o tym mówić. Wiedziałam, że patrzyła na śmierć rodziców, że jej mama trzymała na rękach najmłodsze dziecko, że upadła w zboże, ale pewne elementy tej sceny, oraz wielu innych,  dopowiedziane zostały dopiero niedawno.

Wiedziała, że jej matka była wtedy w ciąży?

- Nie sądzę, myślę, że dowiedziała się później. Chociaż, dlaczego by nie, może usłyszała rozmowy dorosłych i wiedziała się, że będzie miała siostrę lub brata? To byłoby naturalne, wtedy na wsi mało kto poprzestawał na trójce, w większości domów była pięcioro lub sześcioro dzieci.

W książce napisała pani, że dzieci mieć podczas wojny to nieszczęście.

- Piszę dokładnie tak:  "Mieć dzieci podczas wojny to prawdziwe nieszczęście.  Ilu ojców, ile matek żałowało skrycie, że sobie sprawili dziecko tuż przed wojną, a jeszcze głupiej, już w trakcie! Uciekać z dzieckiem - straszna niewygoda. Siedzieć z nim w piwnicy, gdy żołnierze wroga wkoło -  zgroza. Bo piśnie, bo zapłacze i  - wszystkich wystrzelają. Przez dziecko zginąć najłatwiej. Głód - dziecku się nie wytłumaczy, że trzeba poczekać. Chore? Nie ma lekarza ani lekarstw, i patrzysz jak umiera... Na czas wojny nie powinno być żadnych dzieci nigdzie." Dla moich pradziadków, którzy przygarnęli wnuki po tragicznym dniu pacyfikacji, pojawienie się trójki małych dzieci też było ogromnie trudne - sami nie bardzo mieli co jeść, a musieli zadbać o trzy dodatkowe osoby.

Ale nie odesłali wnucząt, opiekowali się nimi tak długo, jak mogli.

- Tak. Tak jak napisałam "czasami szczęście w nieszczęściu to jedyne w życiu szczęście". Ów planowy nalot bombowy na Sochy 1 czerwca 1943 też były takim, mówiąc okrutnie,  "szczęściem w nieszczęściu". Niemcy wiedząc, że nadlecą samoloty, pamiętali, że czas mają ograniczony, więc po prostu zabijali ludzi jak leciało, dorosłych, dzieci. Ale nie torturowali, nie gwałcili. W innych wsiach bywało, że  działy się rzeczy straszne.

Jak pani mama poradziła sobie z traumą z dzieciństwa? Wiem, że dopiero w wieku 33 lata napisała tomik wierszy mówiący o zagładzie Soch.

- Tak, "Wypaloną dolinę". Mama poradziła sobie jednak tylko częściowo. Jest poetką, ma bardzo delikatną psychikę. Szybko założyła rodzinę i podtrzymywanie ogniska domowego  zawsze było dla niej najważniejsze.  Od 58 lat ma tego samego męża, są z tatą bardzo ze sobą zżyci. Poznali się na zabawie studenckiej w Katowicach. Ojciec czasem powtarza półżartem, że zawsze chciał mieć za żonę sierotę z długimi warkoczami. Moja mama miała długie warkocze. Pobrali się trzy miesiące po tamtej zabawie.

W dzieciństwie zdarzało się, że widziała pani mamę zapłakaną, że "dziecko pocieszało dziecko w dorosłym". Co pani wtedy czuła?

- Ogromną bezradność. Widok płaczącej matki jest dla małego dziecka jak koniec świata... Taki obraz zapada w pamięć na zawsze. Moja mama cierpiała na nawracającą depresję. Szczególnie, gdy gdzieś wybuchał jakiś kolejny konflikt zbrojny, aktualizowała się jej trauma. Bo wydarzenia z dzieciństwa były dla mamy ciągle żywe, na co dzień spychane przez inne sprawy, ale gotowe w każdej chwili wyjść na wierzch. Kiedy trwała wojna w Wietnamie, a później po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, mama przepłakiwała całe dnie.

- Pamiętam, że w takich sytuacjach próbowałam mamę pocieszać, głaskać po głowie , ale byłam tylko dzieckiem, które jest w niepojętej dla niego sytuacji. Dlatego napisałam  w książce: "O ileż byłoby wygodniej, gdybyś była lalką". Wiele lat później zafundowałam mojej córce to samo. Ja płakałam, a ona siedziała obok i patrzyła. Ta scena pojawia się także w mojej wcześniejszej  powieści "Pasja według świętej Hanki"- matka płacze i mówi do dziecka: "To przejdzie, teraz mama jest bardzo chora, ale to przejdzie". I to prawda, bo matka, która nie potrafi ukryć przed dzieckiem swojego dramatu, jest naprawdę ciężko chora. Wiele razy przetwarzałam literacko tę sytuację, widocznie była dla mnie bardzo ważna.

Pani również nie najlepiej zniosła wprowadzenie stanu wojennego.

- Tak, to kwestia dziedziczenia traumy. Moja mama stale bała się wojny i przekazała mi ten strach. Kiedy zaczął się stan wojenny miałam już swoją rodzinę, malutkie dziecko. Było wtedy bardzo zimno, w sklepach nie było żywności, nie działały telefony, stanęła komunikacja. Panowała atmosfera ponurej grozy. Miewałam wtedy napady paniki, zaczynałam gorączkowo myśleć, jak ratować siebie i dziecko.  Ten lęk jest we mnie cały czas. Zawsze, kiedy kupuję mieszkanie, a przeprowadzam się dosyć często, szczególną uwagę zwracam na piwnicę. Musi być duża i solidna, najlepiej jasna i ciepła. Oczywiście nie po to, żeby coś w niej przechowywać, ale po to, żeby w razie czego można się było w niej ukryć.

Często myśli pani o wojnie?

- Wojny przytrafiają się prawie każdemu pokoleniu. A jeśli nie wojny, to rewolucje, powstania. Ludzie udają, że jest inaczej i że nie będzie już wojny, bo jesteśmy zbyt "cywilizowani". Ale to nieprawda. Mnie wręcz zaskakuje ten obecny tak długi okres bezwojnia w Polsce. Nie pokoju, ale właśnie "bezwojnia". Byli ludzie, którzy zdążyli się urodzić, przeżyć  całe, niekrótkie, życie i umrzeć  "na bezwojniu", prawdziwi szczęściarze.

Wracając do traumy - z książki wiem, że pani córka, podobnie jak pani, cierpiała w dzieciństwie na chorobę sierocą.

- Miała pewne objawy choroby sierocej. Tak, byłam tym bardzo zdziwiona, bo była dzieckiem bardzo chcianym, kochanym i noszonym na rękach. Zresztą, nie chodziło tylko o nią, dzieci rodzeństwa mojej mamy podobnie "sieroco" reagowały. Nauki przyrodnicze niewiele mówią o możliwości dziedziczenia traumy, bo potrzebują na to mierzalnych dowodów, ale coś zaczyna  się  już badać  i twierdzić, że istnieje dziedziczenie  ponadgenowe:  geny się nie zmieniają, ale ich ekspresja tak.  Jeśli więc coś bardzo dramatycznego zdarzyło się w rodzinie, to może się potem odbić echem w kolejnych pokoleniach, może wpływać na zachowania potomków. Czyli stare rany mogą się otwierać  w życiu kolejnych pokoleń.

O trudnych wydarzeniach, takich jak śmierci, poronienia, porzucenia, często się w rodzinach nie rozmawia. Z tego, co pani powiedziała, wynika, że milczenie, które ma chronić młodsze pokolenia, często działa odwrotnie.

- Myślę, że czy się mówi, czy się nie mówi, nie ma to zasadniczego znaczenia, więzi rodzinne nie działają tylko na świadomym poziomie, mamy w rodzinie coś w rodzaju wspólnej klanowej duszy.  Więc zatajone dramaty i tak mają wpływ na los dzieci czy wnuków. Lepiej mówić, niż przemilczać, bo wtedy łatwiej dorastającemu dziecku zrozumieć, co się z nim dzieje.

W książce napisała pani o uczuleniu "na ziemię rodzinną". Czym się objawiało?

- Przez wiele lat nie mogłam jeździć na Zamojszczyznę. Od pierwszych miesięcy życia miałam tam ciężką alergię i trzeba było prędko wyjeżdżać. Jako nastolatka pojechałam kontrolnie raz jeszcze, ale sytuacja się powtórzyła, było naprawdę okropnie, nie mogłam oddychać, jeść, spać. Więc przez dziesiątki lat nie odwiedzałam rodzinnej ziemi mojej mamy. Pojechałam dopiero po w 2008 roku, czyli, gdy już byłam po 50-ce. I wtedy się okazało, że alergia minęła.

- Oczywiście lekarze na pewno znaleźliby jakieś wyjaśnienie. Na Zamojszczyźnie jest ziemia lessowa, bardzo lekka, jak puder czy kakao. Kiedy jest sucho, unosi się  i wiruje w powietrzu. Może to mnie uczulało? Dla mnie to dobra metafora, byłam uczulona na ziemię - ziemię mojej matki, ziemię tragiczną.

Jak ta ziemia wygląda dziś?

-  Po latach Sochy się odbudowały, szczególnie od czasu, kiedy mieszkańcy zaczęli wyjeżdżać do pracy do Niemiec, ich poziom życia się poprawił. Taki paradoks.  Żyją tam już tylko cztery osoby, które pamiętają pacyfikację,  m.in. siostry cioteczne mojej mamy i poetka Bronisława  Szawara. Nadal żywo wspominają tamte wydarzenia, to również dzięki nim mogłam napisać "Małą Zagładę".

Na koniec chciałam zapytać o imię pani mamy. W książce jest Renią, chociaż nazywa się Teresa.

- To była właśnie jedna z tych rzeczy, których dowiedziałam się w trakcie pisania książki. Mama zawsze była dla mnie Teresą, ale okazało się, że jej rodzice nazywali ją Renią. To wzruszające, ciepłe zdrobnienie imienia  słyszała moja mama tylko z ust swej matki i ojca.  Nigdy potem. Imię "Renia" zginęło razem z dzieciństwem mojej mamy, 1 czerwca 1943 roku, gdy miała dziewięć lat i w ciągu jednej chwili stała się dorosłą Teresą.

 

 

 

 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje