Czasem wystarczy uszczęśliwić jedną osobę

​Jeśli widziałeś film z Jackiem Nicholsonem pod tytułem Schmidt, w połowie na pewno zacząłeś się zastanawiać, czy ten człowiek jest dla kogokolwiek ważny.

Odpowiedź przychodzi na koniec, kiedy stojąc na gruzach swojego życia, Schmidt zdaje sobie sprawę, że jest ważny dla jednego dziecka. Czasami tak bardzo staramy się uszczęśliwić wszystkich wokół, że nie przychodzi nam do głowy, iż może wystarczy uszczęśliwić jedną osobę. Mój przyjaciel Kevin Conroy, ksiądz katolicki, żyje według zasady: "Zacznij od biednych". Pracował jako misjonarz w Salwadorze i Kambodży. To do niego trafiają czeki, które wypisują Amerykanie pragnący pomóc dzieciom potrzebującym jedzenia, książek albo leków.

Reklama

Poznałam go w 1986 roku, kiedy zaczęłam pracować jako dziennikarka. Miałam mocne postanowienie, że zmienię świat. Zamiast tego utknęłam na zebraniach komisji planowania przestrzennego, na których dyskutowano, jak wysoki może być płot w przydomowym ogródku w Lorain w stanie Ohio. Nudy. Później gazeta zleciła mi serię artykułów o biedzie. Rzuciłam się na ten temat. Gdzie można znaleźć biednych ludzi? Wszyscy, których o to pytałam, odpowiadali: "Porozmawiaj z Kevinem. On wie, gdzie są biedni". Ojciec Kevin zjeździł ze mną całe Lorain: chodziliśmy wzdłuż torów kolejowych, zaglądaliśmy do moteli i garkuchni. Biedni byli wszędzie. Jak mogłam ich wcześniej nie zauważyć?

Później Kevin wyjechał pracować społecznie w Salwadorze, a potem w Kambodży. Nauczył mnie, żeby nigdy nie zapominać, iż kapłaństwo to właśnie małe akty miłości.

 - Mieszkam w świecie, w którym żyje się za dolara dziennie - mawia.

W Phnom Penh, w organizacji Little Sprouts, pracuje z sierotami, których rodzice zmarli na AIDS. Jest ich dwieście siedemdziesiąt i wszystkie są zarażone wirusem HIV. Najmłodsze dziecko ma trzy lata, najstarsze - osiemnaście. Kiedy Kevin wyjeżdżał, żeby odwiedzić rodzinę w Cleveland, dzieci płakały. Bały się, że już nigdy go nie zobaczą. W ich świecie ktoś, kto wyjeżdża, już nie wraca. Zanim wyruszył na lotnisko, jego podopieczni urządzili losowanie - zwycięzca mógł odwieźć Kevina.

Kevin wyznaje filozofię, że czasem można najpierw dać ludziom rybę, a później wędkę. "Jeśli nie damy im ryb, te dzieci chore na AIDS nie przeżyją dość długo, żeby nauczyć się korzystać z wędki", wyjaśnił. Jego zdaniem pomoc ubogim oznacza, że jedziesz tam, gdzie jesteś potrzebny, ale niemile widziany, i zostajesz, dopóki nie staniesz się mile widziany, ale niepotrzebny.

Jedna z moich ulubionych opowieści o Kevinie mówi o jego podróży do Hondurasu, by pomóc ofiarom huraganu. Trzy dni po przejściu huraganu Mitch w 1998 roku rozmaite organizacje usiłowały zgromadzić sprzęt medyczny, aspirynę, antybiotyki, bandaże i inne produkty potrzebne do udzielania pierwszej pomocy. Ludzie spontanicznie przynosili to wszystko do kościołów i na lotniska. Mieli ogromną potrzebę pomagania.

W ciągu pięciu dni na Honduras spadło półtora metra wody. Na zawsze odmieniło to ten kraj i jego mieszkańców. Huragan zabił ponad 19 tysięcy osób. W Hondurasie potrzebne były leki, a nie zabawki. Ogromna lalka nie pasowała do reszty darów, ale kobieta na lotnisku nalegała, żeby ją zabrać. Gdy pakowała rzeczy dla ofiar huraganu, jej dzieci przyniosły tę lalkę z jej sypialni i włożyły ją do jednego z pudeł. Powiedziała im, żeby odłożyły ją na miejsce. To była jej lalka z dzieciństwa. Nie chciała jej oddawać.

Odwracała się trzy razy, a one za każdym razem przemycały lalkę z powrotem do pudełka. Kiedy po raz czwarty zobaczyła zabawkę w środku, przytuliła ją i rozpłakała się. Musiała ją oddać. Zawiozła wszystko do Marthy Ponce, prezes Stowarzyszenia Honduraskiego w Cleveland. Przyciskając lalkę do piersi, opowiedziała Marcie, ile dla niej znaczy ta zabawka, i nalegała, żeby trafiła do właściwego dziecka. Martha nie planowała jechać do Hondurasu, ale dołączyła do pięciodniowej misji pomocowej, w której brał udział Kevin. Opuściła swoją ojczyznę dwadzieścia trzy lata wcześniej. George Muehlheim, ratownik medyczny z clevelandzkiej straży pożarnej, postanowił pomóc, kiedy w telewizji zobaczył ogrom zniszczeń. Tak jak wszyscy pozostali uczestnicy czuł, że miał w życiu dużo szczęścia, i chciał jakoś pomóc innym.

Gdy Kevin i George spotkali się na lotnisku, nie byli pewni, co myśleć o lalce wielkości kilkuletniego dziecka, wystającej spomiędzy walizek, pudeł i plecaków pełnych antybiotyków, płynów nawadniających i innych produktów medycznych, ofiarowanych przez lokalne kościoły i apteki. Po co ją zabierać?

Kobieta, która przywiozła lalkę, zapewniła ich:

 - Będziecie wiedzieli, komu ją dać.

"Nie wydaje mi się", pomyślał Kevin, przewracając oczami. Kobieta najwyraźniej zaklinała rzeczywistość. Lalka z długimi blond włosami nie była odpowiednia dla honduraskiej dziewczynki nawet pod względem kulturowym. I właśnie on utknął z nią jako pierwszy. Trzymał ją na kolanach w samolocie pełnym służb pomocniczych, ludzi w uniformach Czerwonego Krzyża, a nawet psów ratowniczych. Kiedy wylądowali w Hondurasie, przesiedli się do różnych samochodów. Zniszczenia były tak ogromne, że dotarcie do celu zajęło im cały dzień.

Kevin wcisnął się z lalką i trzema innymi osobami do taksówki wielkości volkswagena garbusa. Taszczyli lalkę przez łożysko rzeki pełne kamieni i głazów. Dźwigali ją na pagórek wysokości dziesięciu metrów po prowizorycznej drabinie, która uginała się przy każdym kroku. Kevin nieraz zastanawiał się, po co targają ze sobą tę lalkę. Mruczał pod nosem: "Na cholerę nam ten klamot?".

Wszystko stało się jasne, kiedy spotkali ośmiolatkę, która przez cały czas wszystkim powtarzała: "Ktoś przywiezie mi lalkę". Otóż o zmierzchu dotarli do wioski Jutiapa, w której nie włączono jeszcze elektryczności. Zespół planował zostawić dary w lokalnych klinikach i pomóc rozdzielić je między chorych. Pierwszym przystankiem był kościół, w którym Martha powiedziała księdzu i dwóm zakonnikom o lalce. Wszyscy trzej powiedzieli równocześnie to samo: "Kaila".

Kaila?

Biedna dziewczynka, która nawet przed huraganem miała trudne życie. Zgłosiła się do pracy w prowizorycznym schronisku w wiosce. Kiedy dwieście osób przyszło coś zjeść, Kaila została dłużej i zmywała naczynia. Została też następnego dnia, kiedy głodnych ludzi było już trzystu, i w kolejne dni, gdy schronisko obsłużyło czterysta osób. Rodzina Kaili straciła wszystko w huraganie i mieszkała u krewnych. I tak mieli niewiele w swojej lepiance, z której nic nie zostało.

Kaila była tak biedna, że nie miała żadnych zabawek - ani jednej lalki. Inne dziewczynki nie chciały się z nią bawić, wyśmiewały się z niej. Odrzucały ją z powodu jej biedy. Niedługo po tym, jak jej dokuczały, Kaila miała sen: ktoś przywiózł jej lalkę. Obudziła się podekscytowana i opisała zabawkę swojej mamie. Opowiedziała o niej dzieciom w szkole biblijnej, pochwaliła się księdzu.

Mama obiecała jej:

 - Kiedyś będę miała wystarczająco pieniędzy, żeby kupić ci lalkę.

 - Nie - zaprotestowała Kaila. - Ktoś mi przywiezie lalkę.

Ta bosa dziewczynka rozpłakała się, gdy zobaczyła lalkę, która wyglądała dokładnie tak samo, jak w jej śnie. Miała takie same długie włosy uczesane w kucyki, wstążki i sukienkę w kwiaty.

 - Mamusiu, mamusiu, mówiłam ci! - krzyknęła Kaila.

Wszystkim łzy stanęły w oczach.

Kevin był zdumiony.

 - Myśleliśmy, że naszą misją jest dostarczyć te wszystkie leki. A może naszym celem było uszczęśliwienie jednego dziecka - powiedział mi.

Czasem coś, co wydaje ci się bezwartościowe i nieważne, może mieć ogromne znaczenie. Nie możesz uszczęśliwić wszystkich ani rozwiązać każdego problemu. Ale możesz uszczęśliwić jedną osobę, i to wystarczy.

Felietony z książki Reginy Brett Jesteś cudem. 50 lekcji, jak uczynić niemożliwe możliwym, wydanej przez Insignis Media, Kraków 2013 w przekładzie Olgi Siary.

materiały promocyjne
Dowiedz się więcej na temat: szczęście

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje