Fotografka pokazuje, czym dziewczyny „prowokują” do gwałtu

Stereotyp, zgodnie z którym kobieta atrakcyjnym ubiorem „prosi się” o gwałt, wciąż trzyma się mocno. Amerykańska fotografka, Katherine Cambareri, postanowiła rozprawić się z nim, pokazując, co miały na sobie kobiety, kiedy doświadczyły przemocy seksualnej.

"Jeżeli strój i zachowanie nie mają wpływu na seksualny apetyt, to dlaczego przydrożne panienki nie stoją ubrane w eleganckie garsonki, ale świecą gołymi tyłkami i cyckami nawet na chłodzie?".

Reklama

"Gdyby nie uwzględniać stopnia prowokacji gwałciciela przez kobietę (w skrajnym przypadku: rozpoczęcie stosunku, a następnie gwałtowne przerwanie), to od razy należy wykasować z prawodawstwa wszystkie odniesienia do zbrodni w afekcie!".

"Jeżeli pani wraca wieczorem z gołą dupą na wierzchu i dekoltem po pępek, to musi brać pod uwagę, że taki strój wieczorem może uaktywnić pierwotne instynkty u tych którzy mają problem nad panowaniem nad tymi instynktami"...

Takie komentarze to w internecie norma. Pojawiają się niemal zawsze pod tekstami, w których jest mowa o przemocy seksualnej. Ich forma jest różna, ale sens zawsze sprowadza się do jednego: kobieta rozdrażniła mężczyznę,  on stracił nad sobą kontrolę. Ona dał się "wrobić", ona jest sobie winna.

To co ty robiłaś?

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Fundację Ster, co piąta Polka padła ofiarą gwałtu, a ponad 80 proc. z nich doświadczyło innych form przemocy seksualnej. Większość tych przestępstw nigdy nie zostaje zgłoszona na policję (rocznie notuje się mniej niż 2 tys. zgłoszeń przestępstwa zgwałcenia). Ofiary o swoim dramacie nie mówią również rodzinie czy przyjaciołom, rzadko korzystają z pomocy psychologów. Powód? Wstyd i niechęć do odpowiadania na sakramentalne pytanie: to co ty robiłaś, że go sprowokowałaś, że się doprosiłaś?  Bo takie sugestie, pojawiają się nie tylko na cytowanych wyżej, internetowych forach.

Polska nie jest tu żadnym ewenementem. O zbrodni w afekcie i stopniu prowokacji dyskutuje się na całym świecie. Również w Stanach. Mieszkająca tam studentka Katherine Cambareri postanowiła sprawdzić, czym tak naprawdę jest ów prowokujący strój.

Prowokujące tenisówki

Znoszone tenisówki, podarte jeansy, poszarzały podkoszulek - to ubrania, które miały sprowokować do gwałtu. Żeby je zdobyć, Katherine zamieściła na Facebooku status, w którym poprosiła ofiary gwałtów, by pożyczyły jej ubrania, które miały na sobie, gdy doznały przemocy seksualnej.

- Zgłosiło się do mnie pięć dziewczyn. Nikogo nie zapraszałam osobiście, bo chciałam, żeby ludzie zrobili to z własnej woli  - opowiada Cambareri. - Wiem, że niektórzy zarzucają mi, że proszę o zbyt wiele, ale dziewczyny, które wzięły udział w projekcie, mówiły, że cieszą się, że ktoś w końcu pozwolił im mówić. Że mogą odpowiedzieć na to idiotyczne pytanie: co takiego miałaś na sobie, że go sprowokowałaś?

To pytanie stało się zarazem tytułem cyklu fotografii Cambareri. Na projekt składa się kilkanaście zdjęć, utrzymanych w stylistyce bliskiej martwej naturze czy fotografii portretowej. Czarne tło, delikatne światło i pojedyncze sztuki ubrania. Sprane t-shirty, dziurawe trampki, rozciągnięte swetry, dresowe spodnie. Żadnych mini, dekoltów, obcasów. Zwyczajne ubrania, takie, jakie nosi się na co dzień i po domu. Swojskie, bezpieczne.

Do podjęcia tego tematu, jak przyznaje Cambareri, zainspirowała ją lektura książki "Missoula" Jona Krakauera, której autor opisuje zjawisko przemocy seksualnej w kampusie jednego z amerykańskich uniwersytetów. - Ta książka otworzyła mi oczy na to, jak traktowane są ofiary przemocy seksualnej. Zrozumiałam, że pytania w rodzaju: czy byłaś pijana? co miałaś na sobie? jak się zachowywałaś?, to norma - mówiła w rozmowie z dziennikarzami Huffington Post.

- Takich pytań w ogóle nie powinno się zadawać. Zadaje się je po to, żeby chronić gwałciciela i czynić ofiarę współwinną. Przemoc seksualna istnieje tylko dlatego, że jedna osoba decyduje się skrzywdzić drugą. Nie ma nic wspólnego z czyimś wyglądem, ubraniem czy zachowaniem - mówi fotografka.

Na razie w projekcie wzięło udział 5 dziewczyn, jednak Cambareri zaznacza, że chciałaby kontynuować pracę. - Odzew na moje zdjęcia był bardzo duży i bardzo pozytywny. Obcy ludzie zaczepiali mnie i dziękowali za to, że dałam głos ofiarom przemocy seksualnej - mówi Cambareri. - To moja ulubiona część pracy nad projektem - wiedza, że czynię ludzi szczęśliwszymi i pozwalam im mówić. To daje mi więcej satysfakcji niż kiedykolwiek mogłam sobie wyobrazić.

Skromnie dla własnego dobra

Cambareri nie jest pierwszą, która chce obalić mit dopraszania się. Ze stereotypem prowokacji próbowano już walczyć na różne sposoby. Najpopularniejszym jest Marsz Szmat - coroczny międzynarodowy protest kobiet przeciwko traktowaniu ofiar gwałtu jako współodpowiedzialnych za przestępstwo. Idea narodziła się w Kanadzie, po tym jak oficer tamtejszej policji stwierdził w 2011 r., że kobieta, by czuć się bezpiecznie, powinna unikać ubierania się "jak szmata".

W Polsce, dokładnie rok temu, sporą popularność zyskała międzynarodowa akcja, w której udział brali głównie mężczyźni. Panowie fotografowali się ubrani w spódnice, a następnie publikowali zdjęcia w mediach społecznościowych i opatrywali je podpisem: "Jeśli kobieta, zakładając spódnicę, zaprasza do gwałtu, to ja też zapraszam".

Te inicjatywy to tylko dwa przykłady z bardzo długiej listy kampanii społecznościowych i wiralowych akcji, które łączy hasło: "Nie znaczy nie".

Lista długa, a efekt? Delikatnie mówiąc - niewystarczający. Według badań Amnesty International przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii, aż 1/4 respondentów częściową winą za gwałt obarczyła ofiarę. W Polsce kilka lat temu Centrum Praw Kobiet przeprowadziło badanie ankietowe wśród policjantów i prokuratorów. Okazało się, że większość z nich zgodziłaby się z kanadyjskim kolegą i stwierdzeniem, że "kobieta nie powinna ubierać się jak szmata".

Po tego typu rady co jakiś czas sięga się też w ramach prewencji przemocy seksualnej. Ostatni przykład? Burmistrz Kolonii, która po serii sylwestrowych ataków, uczulała kobiety na to, by nie chodziły same po ulicach i nie ubierały się prowokacyjnie. Pytanie tylko, co to znaczy prowokacyjnie. Bo jeśli można być zgwałconym w znoszonych trampkach, dziurawych jeansach i t-shircie, to jakie ubrania można uznać za "bezpieczne"?

Aleksandra Suława

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje