Himalajski trekking

Poniżej prezentujemy fragment książki "Pół świata z plecakiem i mężem " Danuty Gryki, wydanej nakładem Wydawnictwa Bernardinum.

Z żalem żegnamy się z Moniką, Rafałem i Januszem. Oni idą na szlak dookoła Annapurny, a my wybieramy trek king do Sanktuarium Annapurny. Wszyscy wykupujemy taki sam bilet wstępu do Parku Narodowego Annapurny w Nepal Tourism Board w dzielnicy Bhrikuti Mandap. Zostajemy w Katmandu dzień dłużej, chcąc zobaczyć jeszcze mandale, pieczołowicie usypywane na ziemi z kolorowego piasku. Mandala to motyw artystyczny, występujący głównie w sztuce buddyzmu. To harmonijne połączenie koła i kwadratu, gdzie koło symbolizuje niebo, zewnętrzność i nieskończoność, natomiast kwadrat - sferę wewnętrzną, to, co związane jest z człowiekiem i ziemią. Obie figury łączy punkt centralny, który jest zarówno początkiem, jak i końcem całego układu. Mandale - zarówno proces ich tworzenia, jak i niszczenia - służą medytacji. Obejrzeliśmy tradycyjną mandalę na Durbar Square (dużo mniejszą niż cztery lata temu...), a po drodze na poranny autobus do Pokhary natrafiliśmy na nietypową, uroczą mandalę z płatków kwiatów, ziaren kawy i różnych zbóż.

Reklama

Jesteśmy już zmęczeni Katmandu. Z przyjemnością wsiadamy do autobusu, choć podróż do Pokhary przyjemnością nie jest. Wkrótce po wyjeździe z miasta napotykamy jakieś zbiegowisko - punkt kontrolny? wypadek? - nikt nie wie właściwie, o co chodzi. Półtorej godziny poślizgu. Mamy nadzieję, że w związku z obsuwą czasową nie będziemy już stawać po drodze na posiłek w drogiej restauracji. Ale nic z tego. To żelazny punkt programu każdego przewoźnika - dowieźć turystów do określonej knajpy, żeby dolary od białych spłynęły w odpowiednie kieszenie. Jak nie chcesz płacić, czekaj. No to czekamy. Tym razem mamy szczęście, bo obok stoją stragany, gdzie można kupić tradycyjny tani dal bhat i popić go colą. W końcu jedziemy dalej. Za oknem turkusowa rzeka, od czasu do czasu nakrapiana pontonami raftingowców. Głęboka dolina, a za nią ośnieżone szczyty Himalajów, ukazujące się od czasu do czasu ponad woalką z chmur. W wioskach dzieciaki grają w kartonową piłkę albo bujają się na bambusowych ogromnych huśtawkach. Jakaś dziewczynka skacze na bambusowej skakance. Wszędzie suszy się pranie: na domach, pod domami, na płotach, na drzewach, na mostach, na wystających z rzeki skałach. Mosty składają się zwykle z przerzuconych ponad nurtem drągów, na których osadzona jest metalowa konstrukcja-klatka. Nie wygląda to zbyt bezpiecznie. Ruch na drodze spory, mnóstwo kolorowych ciężarówek. Przydrożne rośliny pokryte są szarym pyłem. Przed samą Pokharą kolejny postój w przydrożnej restauracji. Dwieście kilometrów pokonujemy w siedem godzin.

W Pokharze miłe zaskoczenie. Spokój. Nie ma bandy nachalnych naganiaczy na dworcu autobusowym (Tomek - pamiętając poprzednią wizytę - na wszelki wypadek już był nastawiony bojowo). Korzystamy z propozycji miłego taksówkarza i jedziemy do jednego z kilkudziesięciu rodzinnych pensjonatów przy Lakeside. Okazuje się, że powstało sporo nowych obiektów noclegowych. Ceny niższe niż w Katmandu! Dokładnie odwrotnie niż cztery lata temu. Czyli ceny w Pokharze nie zmieniły się, za to w Katmandu wzrosły kilkakrotnie. Cena 100 rupii za Internet w Pokharze ostatnio wydawała nam się mocno wygórowana, teraz jest po prostu taka sama jak w stolicy. Siadamy na tarasie i wygrzewamy się w słońcu. Wciągamy pełną piersią czyste, rześkie, górskie powietrze. Teraz tu jest raj.

Przed wyjazdem z Katmandu spróbowaliśmy zarezerwować dwa ostatnie noclegi przed wylotem do Bangkoku w "naszym hosteliku" na Paknajol. Udało się. I to w tym samym pokoju, w którym mieszkaliśmy cztery lata wcześniej. W "Lilly" zostawiliśmy na przechowanie nadmiar naszego bagażu, chcąc go odebrać po powrocie z trekkingu, po czym podziękować grzecznie miłym gospodarzom i przenieść się na Paknajol. Taki był plan.

Siedzę w pokoiku w Pokharze, przeglądam szpargały z małego plecaczka i natrafiam na świstek przechowania bagażu z hotelu "Lilly". Czytam, czytam i...

Widziałeś to? - pytam nerwowym tonem.

W sensie co? - pyta Tomek, wybity z kontekstu.

Świstek od bagażu.

 No... A co?

- Takim małym druczkiem jest tu napisane, że jeśli ten, kto przechowuje bagaż, nie będzie już spać u nich w hotelu po powrocie z trekkingu, musi zapłacić 60 rupii za każdą sztukę bagażu za każdy dzień przechowywania...

Że co??

To co słyszysz. Przenosiny będą nas sporo kosztować.

- No to będziemy spać w "Lilly" jedną noc, a na ostatnią przenie­siemy się do...

- Zwariowałeś? Mam wrócić do karaluchów?

- Tyle nocy przeżyłaś, to przeżyjesz jeszcze jedną. Szkoda tylko, że już zapłaciliśmy zaliczkę za ten "nasz pokój". Przeprowadzka na jedną noc jest totalnie bez sensu.

- Bez sensu jest to, że nie przeczytaliśmy warunków przechowywania bagażu! - nie wiem, czy jestem bardziej wściekła, czy załamana.

- Już się stało. Trudno. Zamiast lamentować, zadzwoń teraz do obu hoteli i ustal ostatecznie te noclegi. Żeby potem znowu nie było niespodzianek.

Ciąg dalszy nastąpi...

Szybko mamy się przekonać, że przesadziliśmy z ilością bagażu. Niby powinniśmy być mądrzy, bo to nie pierwszy nasz trekking, ale okazuje się, że pamięć ludzka jest zawodna. Dojechaliśmy z Pokhary do Nayapul autobusem lokalnym. Przechodzimy punkt kontrolny i drogę pełną straganów dla turystów. Wkrótce dochodzimy do Birethanti. Teraz człapiemy noga za nogą drugą stroną rzeki. Jest upalnie, a plecaki przygniatają. Ważą chyba po piętnaście kilogramów. Co kawałek mijamy się z mułami, które też dźwigają. Zwykle po jednym wielkim worku ze zbożem u każdego boku. Innym razem jakieś drągi. Czasem niosą czerwone butle z gazem. Na szyjach mają zazwyczaj wielobarwne wstęgi i dzwonki dźwięczące przy każdym kroku. Muły - pułapki. Uwaga! Grożą wybuchem.

A przynajmniej poślizgnięciem na odchodach. Czasem napotykamy grupkę miejscowych z parasolami dla ochrony przed słońcem. Większość też coś dźwiga, jakieś drewno czy zielsko albo towary na handel, a w drugą stronę - zakupy z Pokhary. Czasem mija nas tragarz z rzeczami turystów. Noszą zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Wszyscy mają na plecach wiklinowe kosze, a na stopach klapki. Ruch jest całkiem spory, turyści są w mniejszości. Pojawiają się pierwsze tarasy uprawne, kamienne, bielone domki z dachami z blachy falistej, rzadziej kryte strzechą, z okiennicami pomalowanymi na niebiesko lub brązowo. Przed chatkami suszy się kukurydza, wokół latają motyle. Wiele drzew i krzewów kwitnie. Nie spodziewaliśmy się kwiatów jesienią. Krajobraz urozmaicają rzadkie, wielkie kaktusy, liczne bananowce, jest nawet całkiem duży wodospad. Ładnie. Ścieżka powoli zaczyna się wspinać. Byle do Syauli Bazar. Główna baza noclegowa jest w dole przy rzece. My idziemy dalej do "Shining River Guesthouse", nie chcąc tracić wysokości. Nocleg jest prymitywny, jak to zwykle na treku. W ogródku rosną limonki. Oprócz nas nie ma tu żadnych turystów. Na niebie miliony gwiazd i gwiazdeczek, a w uszach śpiew cykad.

Kamienna ścieżka wspina się stromo. Mozolnie, ale systematycznie zdobywamy wysokość. Widoki są wspaniałe. Zielone tarasy pól uprawnych kontrastują z bielą ośnieżonych szczytów. Z uprawianego tu prosa wyrabia się słynny mocny napój alkoholowy - raksi. Przepięknie prezentuje się stąd góra Machapuchare. Mijamy stado młodych kózek, nienaturalnie wysoką bambusową huśtawkę i coraz częściej Gurungów - lud zamieszkujący rejon miejscowości Ghandruk. Kobiety mają często w uszach i nosach kolczyki, noszą długie wzorzyste spódnice i chusty na głowach. Idziemy powolutku. Trochę dlatego, że jest ciężko, a po części dlatego, że chcemy chłonąć wszystko co widzimy wokół. Po ponad czterech godzinach wędrówki dochodzimy do wioski. Hotel "Mountain View" jest bardzo przyjemny, ma nawet elektryczność. Widoki, póki co, zasłania warstwa chmur, ale podobno jutro ma się wypogodzić. Tomek zostaje w hotelu, ja ruszam na obchód po okolicy. Jest tu całkiem sporo chat, gompa, szkoła, a nawet boisko sportowe. Wiele domów ma rzeźbione okiennice. Zaglądam do małego muzeum, gdzie zgromadzono przedmioty codziennego użytku Gurungów. Zapuszczam się w boczne uliczki. W plecionych koszach zawieszonych na progu domostw kołyszą się małe dzieci. Te większe pomagają rodzicom w domowych pracach - często spotykam kilkulatki dźwigające na plecach chrust czy inne rzeczy. Jakaś babcinka skubie wełnę, ktoś inny rozrzuca ziarno do suszenia, tam mężczyzna siedzi na ziemi przed domem z maszyną do szycia...

Uwielbiam górską wspinaczkę. Uwielbiam to zmęczenie, kiedy po kilku godzinach wysiłku docierasz na szczyt, patrzysz w dół i po prostu jesteś szczęśliwy. Chłoniesz widoki i natychmiast zapominasz o całym trudzie. Uspokajasz oddech i patrzysz. Jesteś tu i teraz. Wiesz, że potem czeka cię tylko dużo mniej męczące zejście. Nie mówię tu oczywiście o wyczynach alpinistów czy himalaistów, kiedy zejście bywa zwykle dużo bardziej niebezpieczne niż wejście, tylko o górskich wędrówkach zwykłego śmiertelnika.

Z trekkingiem jest trochę inna historia. Na efekt "tu i teraz" pracuje się czasem kilka dni. Najbardziej lubię te fragmenty trasy, kiedy zdobędzie się już konkretną wysokość i ścieżka trawersuje albo delikatnie idzie w górę lub w dół. Nie męcząc się wówczas przesadnie, można ze spokojem kontemplować widoki. Szlak z Ghandruk do Chomrong to 300 metrów podejść i 320 metrów zejść. Wspinamy się mozolnie i stromo na przełęcz po to, żeby chwilę później znów zejść do poziomu rzeki. I zabawa zaczyna się od nowa. Do góry, krok po kroku, aż do Chomrong. Zamiast uczucia radości i satysfakcji, raczej wkurzenie, że tyle wysiłku "na marne". Bilans dnia: zero. To oczywiście tylko pozory. Nie zyskujemy na wysokości, ale każdego dnia zbliżamy się do Sanktuarium - naszego celu. Przydałby się most przerzucony wysoko ponad głęboką doliną Kimrong Khola...

Dowiedz się więcej na temat: książka | podróże | fragment

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje