Jak się żyje uchodźczyniom w Polsce?

Dla kobiet- uchodźczyń ucieczka z ogarniętego wojną kraju nie oznacza końca problemów. Uratowane życie trzeba zorganizować od nowa. Polskie procedury, które mają w tym pomagać, często nie zdają egzaminu.

Tylko w ubiegłym roku wniosek o nadanie statusu uchodźcy, złożyło w Polsce ponad 3 tysiące kobiet. W większości były to Ukrainki, Rosjanki, Czeczenki. Mężczyzn, szukających schronienia w naszym kraju, było niemal tyle samo. I niestety, te statystyki to jeden z nielicznych przejawów równości płci wśród uchodźców.

Reklama

O ile przemoc wobec kobiet jest w Polsce zjawiskiem częstym, o tyle wśród uchodźczyń, można uznać je za powszechne. Jak wynika z raportu opracowanego przez Towarzystwo Interwencji Kryzysowej w 2011 roku, wśród niektórych narodowości  nawet 50% kobiet przebywających w ośrodkach dla uchodźców, pada ofiarą przemocy domowej. Jeszcze więcej jest dotknięte przemocą psychiczną. Część dręczy stres pourazowy - pamiątka po życiu w ogarniętym wojną kraju. Wszystkie - niepewność, czy za chwilę do tego kraju nie trzeba będzie wrócić. Z perspektywy ośrodka dla uchodźców, Polska wcale nie przypomina więc ziemi obiecanej. Zwłaszcza jeśli tym uchodźcą jest kobieta.

Od czekania człowiek wariuje

Zdecydowana większość wniosków o nadanie statusu uchodźcy cudzoziemcy składają na przejściu granicznym w Terespolu. Najczęściej wniosek wypełnia mąż, bo to on walczył i to jemu w ojczyźnie grozi niebezpieczeństwo. Żona i dzieci zwykle są tylko "dopisane" do wniosku.

Mąż wraz z "dopiskami", jeśli nie ma środków na to, by samodzielnie się utrzymać (zwykle nie ma) trafia do ośrodka dla uchodźców. W tym, przypominającym hotel robotniczy miejscu, niektóre rodziny  mieszkają nawet półtora roku. W tym czasie można chodzić do pracy (jeśli od złożenia wniosku o nadanie statusu uchodźcy minęło pół roku, a decyzji nadal nie ma), można brać lekcje języka polskiego, można uczyć się nowego zawodu. Jednak przede wszystkim się czeka - na nadanie statusu uchodźcy, albo, w razie, odmowy na powrót do swojego kraju. To ostatnie czasem wiąże się z przeniesieniem do ośrodka zamkniętego (tzw. detencyjnego). Tam znowu się czeka. Najczęściej na deportację.

To czekanie nie wpływa dobrze na człowieka. - Jak tak się całymi dniami siedzi i czeka, to człowiek może zwariować - mówi Roza, uchodźczyni z Czeczenii, która w jednym z polskich ośrodków dla uchodźców przebywała 1,5 roku. - Ścisk, dzieci na korytarzu krzyczą, kłócą się, biją. Rodzice na to patrzą i też puszczają im nerwy.

Kiedy puszczą nerwy

Roza mówi, że jej mąż umiał nad nerwami zapanować. Podobnie jak reszta mężczyzn, którzy mieszkali z nią w ośrodku. - Ja trafiłam na dobry czas - mówi. - Był spokój, ale wiem że czasem w takich miejscach dzieją się różne rzeczy.

Jak często dzieją się te "różne rzeczy" dokładnie nie wiadomo. Z raportów tzw. zespołów interdyscyplinarnych i lokalnych zespołów współdziałania, które w ośrodkach dla uchodźców mają zapobiegać przemocy domowej wynika, że w ciągu roku dochodzi do kilkunastu tego typu przypadków. Niewiele. Niewiele też te liczby mają wspólnego z prawdą.

- Zakładamy, że ten procent aktów przemocy w środowisku uchodźczyń jest większy niż w reszcie społeczeństwa. Jednak jaki jest dokładnie, nie wiadomo. W Polsce nikt takich badań nie robi - mówi Katarzyna Słubik ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej. - Gdy robiłyśmy wywiady z cudzoziemkami to okazywało się, że mnóstwo kobiet padło ofiarą przemocy, albo ma koleżanki, które przemocy doświadczyły. Problem jest w tym, że nieliczne dają sobie pomóc.

Upokorzeni mężczyźni

Roza wspomina, że u niej w ośrodku to kobietom było łatwiej odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

 - Podczas pobytu pieniędzy ciągle brakowało, to każda próbowała dorobić. Na truskawki się pojechało, na jabłka, jak rolnicy z gospodarstw obok zatrudniali. Mężczyźni angażowali się mniej, część całymi dniami przesiadywała w pokojach. To chyba tak jest, że kobieta czuje większą odpowiedzialność za rodzinę, za dzieci - opowiada.

Takie przesiadywanie potrafi zdenerwować. Zwłaszcza, jeśli ktoś w ojczyźnie był głową rodziny i tym odpowiedzialnym. Często bezczynność jest tak upokarzającą, że mężczyzna musi odreagować na kimś słabszym, najczęściej na żonie. Do poczucia upokorzenia dochodzi stres pourazowy, z którym zmaga się wielu uchodźców, a który nieleczony, może przeradzać się w agresję.

W niektórych budzi się też poczucie, że tutaj, z dala od ojczyzny, muszą strzec swojej tradycji, tradycji, w której kobieta jako pracująca głowa rodziny jakoś się nie mieści. Jednocześnie, jak tłumaczy Słubik, znikają mechanizmy kontroli społecznej, które funkcjonowały w ojczyźnie. Z dala od domu, wielu sprawców czuje się bezkarnych.

 - Jeżeli taka rodzina byłaby np. w Czeczenii to może z mężczyzną, który stosuje przemoc, porozmawiałaby ktoś ze starszyzny, próbował przekonać, ze żonę trzeba szanować. W Polsce te wszystkie zasady przestają obowiązywać. Wielu mężczyzn myśli: Skoro nikt nie patrzy, ja mogę robić z moją rodziną co chcę - tłumaczy Słubik.

On wcale mnie nie bije

Mimo, że przemoc domowa jest w Polsce ścigana z urzędu, wśród uchodźców skazanych nie ma prawie w ogóle. Podobnie jak w przypadku spraw Polek, policja w praktyce wciąż wymaga zgody kobiety na ściganie męża. Tymczasem większość uchodźczyń w ogóle nie wie, że ma jakiekolwiek prawa. Te, które wiedzą, często nie potrafią pokonać bariery językowej. Albo przełamać strachu, przed tym co będzie, gdy złożą skargę na męża.

Kiedy Czeczenka czy Gruzinka się rozwodzi, kłopoty ma nie tylko ona, ale też bliscy, którzy zostali w ojczyźnie.

- W oczach swojej społeczności, kobieta rozwodem hańbi swoją rodzinę. Te kobiety doskonale wiedzą, że kultura honoru, w której zostały wychowane, działa według zasady: Jeżeli ty tutaj sprawiasz problemy, to my zrobimy krzywdę twojej rodzinie tam - tłumaczy Słubik i opowiada o przypadku kobiety, która zgłosiła policji, że jest ofiarą przemocy domowej. - Na rodzinę tej kobiety w Czeczeni, zaczęto wywierać ogromną presję, ich zdrowie i życie było zagrożone. I jak sobie z tym poradzić? Z jednej strony te kobiety chcą ratować siebie i swoje dzieci, ale z drugiej boją się o matkę i ojca, którzy zostali w kraju.

Boją się też o własne dzieci, z którymi są tu, w Polsce, bo zgodnie z tradycja, w przypadku rozwodu dzieci przechodzą po opiekę męża. I o to, co stanie się z nimi, jeżeli męża, który dopisał je do swojego wniosku o status uchodźcy, deportują albo zamkną w więzieniu? O tym, że takie procedury można rozdzielić, wie niewiele z nich.

Procedury w błędnym kole

Skoro kobiety same nie zgłaszają przypadków przemocy, stworzono procedury, które miałyby je chronić. Niestety, większość z nich często okazuje się bezużyteczna. Tylko teorią jest identyfikowanie ofiar przemocy na przejściach granicznych (zwykle po prostu brakuje na to czasu), tak samo jak możliwość interwencji personelu ośrodka. Bo kiedy pracownicy pokonają już, wciąż powszechne w Polsce myślenie, że w małżeńskie sprzeczki nie wypada się wtrącać, często nie mogą pokonać oporu samych ofiar.

 - Kiedy pracownik próbuje rozmawiać z kobietą, a ona raz, drugi, trzeci zaprzecza, że jest ofiarą przemocy, to taki człowiek czuje, że spełnił już swój obowiązek - tłumaczy Katarzyna Przybysławska z Centrum Pomocy Prawnej im. Haliny Nieć.  - Jednak najbardziej frustruje to, gdy ofiara powie: Tak, idziemy do sądu, rozdzielamy procedury, a następnego dnia przychodzi i wszystko odwołuje. To jest błędne koło.

To samo dzieje się w przypadku, gdy pracownik ośrodka chce zapobiec np. zawarciu przymusowego małżeństwa. Jeśli tylko rodzina się o tym dowie, zwykle następnego dnia znika z ośrodka.

Czasem nie chodzi nawet o to, że kobiety nie chcą przyznać się do tego, że są ofiarami przemocy. Często po prostu nie chcą rozmawiać z obcym mężczyzną. Albo nie ufają komuś, kto nosi mundur.

Dla ofiar przemocy i samotnych kobiet otwarto specjalny ośrodek na Targówku w Warszawie. Jednak to miejsce nie cieszy się dobrą sławą. Plotka głosi, że na korytarzach jest brudno, a z kranów leci zimna woda. Według innej plotki, tę pierwszą pogłoskę rozpuszczają zazdrośni mężczyźni, którym nie mieści się w głowie, żeby ich kobiety mogły się usamodzielniać.

Po co mi taki mąż?

Jednak kobiety usamodzielniają się i tak.

I coraz częściej zgłaszają sprzeciw wobec złego traktowania. Jak mówi Magda Pajura z Centrum Pomocy Prawnej im. Haliny Nieć, czasem, nawet jeśli nie mówią własnym głosem, znajdują swoje "rzeczniczki". - Miałam kiedyś taki przypadek: Do kierownika ośrodka przyszła kobieta z czterema koleżankami. Kobieta milczała, przyjaciółki mówiły za nią: Że mąż jest taki, że owaki, że to robi, że tamtego nie. Dzięki temu wsparciu zdecydowała się zgłosić sprawę przemocy.

Te najodważniejsze decydują się na rozwód. I nie zawsze jego przyczyną jest przemoc.

 - Te kobiety, słabo wykształcone, z bardzo ograniczonym światopoglądem przyjeżdżają do Polski i po paru miesiącach pobytu w ośrodkach, nawet jeżeli nie są ofiarami przemocy, decydują się na rozwód  bo przyglądają się Polkom i widzą, że można żyć inaczej - mówi Pajura.

Jako rozwódki często radzą sobie lepiej niż mężczyźni. Łatwiej uczą się języka, szybciej znajdują pracę. I w końcu czują się bezpieczne.


Aleksandra Suława

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje