Marzena Rogalska: Kawa i rozmowa z drugim człowiekiem

Marzena Rogalska: Trzeba po prostu żyć /Wydawnictwo Znak

Ważne spotkania służbowe mamy zanotowane w kalendarzu, ale nie mamy zapisane, żeby zadzwonić do przyjaciółki. Może dbanie o ludzi też powinno się poddać takiej dyscyplinie? - mówi Marzena Rogalska, dziennikarka i autorka książki "Wyprzedaż snów". - Nie ma lepszej rzeczy w życiu od filiżanki dobrej kawy i rozmowy z drugim człowiekiem.

Reklama


Agnieszka Łopatowska, Interia: Pracujesz w radiu, w telewizji i angażujesz się w wiele innych projektów. Jakim cudem znalazłaś jeszcze czas na napisanie książki? Bardzo dobrej książki, dodam.

Marzena Rogalska: - Bóg ci zapłać za słowa, że to dobra książka. Przez lata byłam namawiana do pisania, zaczęło się od małych form - felietonów, wywiadów, artykułów na przeróżne tematy - a skończyło na powieści. Pisanie sprawiało mi coraz większą frajdę, ale kilkanaście lat temu, kiedy po raz pierwszy zaproponowano mi książkę, byłam zaskoczona, bo przez myśl mi nie przemknęło, że mogłabym to zrobić. Od tamtej pory, regularnie co roku, padały propozycje wydania, a to poradnika, a to wywiadu-rzeki itd... Odmawiałam, chociaż komuś się zwierzyłam, że wywiad-rzekę chętnie bym zrobiła, ale z Piotrem Fronczewskim.

Reklama

Ale ktoś cię ubiegł.

- No niestety. A to jest artysta, którego wielbię przez całe swoje życie i z przyjemnością usiadłabym z nim na kilkanaście wieczorów, by pogawędzić. Pomysł na moją książkę zrodził się w Krakowie kiedy akurat miałam trochę wolnego czasu. Nie byłam umówiona z żadnym wydawnictwem, po prostu wymyśliłam historię, napisałam pierwszą część, a potem wysłałam w parę miejsc. Spodobała się, więc pisałam dalej.

Nie bałaś się, że zostaniesz wrzucona do worka: "kolejna celebrytka, która napisała książkę"?

- Oczywiście, że się bałam. Dlatego napisałam ją dopiero teraz. Kiedyś byłam gotowa do wydania książki z moimi wywiadami, które uważałam za całkiem niezłe. I co? Zatrzymała mnie wypowiedź Piotra Najsztuba, który kpił z faktu, że wszyscy celebryci piszą książki. Nie uważam się za celebrytkę, ale przez to, że pracuję w telewizji, część ludzi może tak o mnie myśleć. Może to i dobrze, że tak się stało, bo potrzebowałam czasu, żeby dojrzeć do książki na własnych warunkach.

- Pisząc pierwszych 40 stron "Wyprzedaży snów", czułam, jak ta opowieść sama układa mi się w głowie. Było mi dobrze i bezpiecznie w świecie, który sobie stworzyłam. Chodziłam po ukochanych miejscach w Krakowie, słuchałam pięknej muzyki, wykreowałam porządnych ludzi i to wszystko działało na moją duszę zapracowanego człowieka jak balsam. Tak bardzo rozbudowałam historie przyjaciół Agaty, że - jak Małgorzata Musierowicz - mogę o każdym z nich napisać osobną historię. (śmiech)

To właśnie siła dobrych książek obyczajowych, że bohaterowie są tak wyraziści, że mogą otwierać wątki na kolejne tomy.

- Ludzie pytają mnie, czy można w nich odnaleźć prawdziwe osoby. W książce jest wiele wątków, dla których inspiracją były historie opowiedziane przez gości w moich programach. Uważam, że byłoby marnotrawstwem nosić w sobie tyle poruszających, niesamowitych opowieści i nie spożytkować ich w książce. Chciałam się podzielić zwłaszcza tymi, które czasem opowiadałam innym, by jakoś im pomóc, ukoić: "Słuchaj, zawsze jest jakieś wyjście w życiu. Jesteś w trudnym momencie, ale znam kobietę, którą zdradził mąż i która myślała, że jest w tym bólu całkiem sama i - wyobraź sobie - znaleźli się ludzie, którzy jej pomogli z tego wyjść... Teraz ma wspaniałe życie"... To były piękne historie, które wciąż dodawały mi otuchy.

Ważniejsze jest miejsce, w którym żyjesz, czy ludzie, którymi się otaczasz?

- Od siebie samego nie da się uciec. Bohaterka mojej książki, Agata, ucieka od siebie i na początku nie wiemy, z jakich powodów. Ale tam, gdzie się pojawia, zjednuje sobie ludzi. Ma do nich szczęście. Ja też mam zaufane grono, na które zawsze mogę liczyć. Z dobrymi ludzi, których ma się blisko można przetrwać wszystko. Pomogą w trudnych momentach, popchną w dobrym kierunku, byś mógł zrealizować swoje marzenia. Przyjaciel kocha cię z całym dobrodziejstwem inwentarza i nie jest dla ciebie tak surowy, jak ty sama dla siebie.

Myślę, że ja swoich przyjaciół cenię właśnie najbardziej za to, że nie są aż tak wyrozumiali.

- Bo przyjaciel towarzyszy ci w życiu w mądry sposób, mówi ci prawdę a nie ciągle potakuje, nie pozwala ci oszukiwać samego siebie, doskonale cię czyta i widzi, kiedy próbujesz ściemniać. Prawie każdy jest mistrzem usprawiedliwień i wymówek, ale jeśli masz kogoś, kto powie: spróbuj, potrafisz, nie bój się, będę przy tobie - wtedy jest łatwiej.

- Lubię ludzi. Kocham mój zawód właśnie z ich powodu. Uważam, że jestem na swoim miejscu, choć lata temu wydawało mi się, że pójdę inną drogą. Twierdzę, że nie ma lepszej rzeczy w życiu od filiżanki dobrej kawy i rozmowy z drugim człowiekiem. Jeśli znajdziesz swoich ludzi, to dasz sobie radę i nieważne czy będziesz w Koluszkach czy w Warszawie. Dobrze jest czuć się osadzonym w swoim życiu. Wiedzieć, że jesteś z tą osobą, z którą chcesz być, że masz dobrych ludzi wokół siebie, swoją panią w piekarni, ukochaną uliczkę, swój kawałek miasta.

Pamiętasz, jak łączyły się twoje drogi z twoimi przyjaciółmi?

- Mam bandę przyjaciół jeszcze z liceum, graliśmy razem w teatrze amatorskim i trzymamy się do tej pory. Uwielbialiśmy chodzić do szkoły, bo wiedzieliśmy, że się tam spotkamy. Duże przerwy, domówki, wyjazdy ze spektaklami - to były przecudowne chwile. Co roku obowiązkowo spotykamy się przy okazji świąt, innych uroczystości rodzinnych, wakacji albo stawiamy się, gdy na przykład Ewa Kaim ma premierę w teatrze.

- Z Joasią Brodzik umówiłam się na wywiad i jak sobie usiadłyśmy w knajpeczce na Nowym Mieście i zaczęłyśmy rozmawiać, to tak gadamy do dzisiaj. Iza, inna z moich najukochańszych przyjaciółek jest manikiurzystką. Lata temu przyszłam do niej do salonu i odkryłam, że jest nadzwyczajnym człowiekiem. Mieszkała potem przez wiele lat w Nowym Jorku, a ja ją regularnie odwiedzałam. Wszystkie niezwykłe miejsca pokazała mi tam właśnie ona. Do tej pory jej powtarzam: "Nowy Jork to ty".

A jesteś trochę wampirem energetycznym - czerpiesz energię z ludzi, czy nabierasz jej siedząc w samotności?

- Określenie "wampir energetyczny" chyba do mnie nie pasuje. Lubię spotkania z ludźmi, ale mam też naturę samotnika i widzę, że im więcej rozmawiam, tym więcej potrzebuję czasu na milczenie. Czasem mówię wszystkim, że nie mogę się spotkać w czwartek, bo jestem bardzo zajęta. Kiedy zrobiłam to pierwszy raz, miałam wyrzuty sumienia, że kłamię, a potem pomyślałam, że naprawdę jestem zajęta - sobą. Nie odbierałam telefonów, leżałam w wannie, słuchałam ulubionej muzyki. Wreszcie sobie mogłam porozmawiać z moją matką nie spiesząc się, mogłam leżeć w łóżku, czytać książkę, chodzić cały dzień w piżamie, po prostu robić co chciałam. Taki dzień polecam każdemu.

- Czasem jadę do Krakowa po prostu się wyspać, bo mam tam twardy, zdrowy sen. Planuję, że spotkam się ze znajomymi, a kończy się tym, że siedzę w totalnej ciszy w domu. Wiem, jak mnie ludzie postrzegają: towarzyskie zwierzę, kocha ludzi, kocha się bawić - to wszystko się zgadza, ale również potrafi i - co najważniejsze - lubi milczeć.

Chyba do tego też dochodzimy z wiekiem.

- Człowiek jest najszczęśliwszy, kiedy posłucha siebie. Trzeba odróżnić zwykłe lenistwo od potrzeby wytchnienia i bycia z samym sobą. Wiktor Zborowski powiedział: "Pośpiech poniża" i to prawda. Dlaczego musimy się spieszyć? Przecież to odbiera przyjemność życia. Dlaczego nie masz chwili, żeby pocałować męża i przytulić dzieci? Dlaczego ja nie mogę wytarmosić moich chłopaków, czyli Bazyla i Kajtka - moich kociaków?

- Czasami mówię sobie na głos: "Uspokój się, zdążysz, a jeśli się spóźnisz, to się nic nie stanie". To jest nieustająca lekcja, bo kiedy wydaje ci się, że masz ją już odrobioną, dostajesz ciekawą propozycję pracy i znowu dajesz się wkręcać. Po czym kolejny raz się na siebie wściekasz. Zauważyłam też, że kiedy jestem naprawdę daleko, łatwiej mi przeciąć te nitki. Kiedy wyjeżdżam do Afryki czy Stanów, naprawdę nic nie mogę zrobić, nie muszę być pod mailem, telefonem.

Nie musisz być niezastąpiona.

- Trzeba umieć z czegoś rezygnować. Nie martwię się, że coś mnie ominie, bo jeśli ma się przydarzyć, to tak się stanie. Mało tego, jestem na etapie czytania japońskich książek, które mówią, żeby nie gromadzić. Przebieram książki, oddaję znajomym, do bibliotek, do więzień. Regularnie przynoszę je mojej cudownej garderobianej - Małgosi, a ona podaje je dalej.

Nie chcę cię martwić, ale znałam osobę, która tak bardzo przejęła się teorią, że człowiek powinien mieć nie więcej niż 100 rzeczy, że podobno skończyła w przytułku dla bezdomnych. Więc bardzo cię proszę: zatrzymaj się w odpowiednim momencie.

- Mam naturę chomika, ale też wiem, że trzeba umieć puszczać dalej niektóre rzeczy. Kocham buty. Mogę całymi miesiącami ich nie kupować, ale jak wyjadę na wakacje, nigdzie się nie spieszę, nikt nie patrzy mi na ręce, nagle odzywa się we mnie taka chęć posiadania, że czyszczę z towaru półki sklepowe.

- Mój dawny narzeczony podpowiadał, żebym kupując nową rzecz oddawała inną starą, ale to nie działało. Pozbywam się niepotrzebnych przedmiotów, ale na pewno nie doszłabym do 100 rzeczy, bo słyszałam, że nawet dowód osobisty ma się w tym zmieścić. Sama moja porcelana ma ze 100 elementów, więc bądź spokojna, mam nadzieję nie zwariować.

Robisz porządki też w ludziach?

- Robię. Jak to ujęła moja przyjaciółka, nie należy się martwić, że one następują, bo w ten sposób czyści się przestrzeń wokół ciebie. Jeśli nie mogę mówić tego, co naprawdę myślę, tylko coś grać - po co mi taka relacja? Jeżeli ktoś nie jest lojalny, albo podpina się pode mnie jak pod kroplówkę - również.

- Kiedyś przeżywałabym bardzo, że rozstaję się z pewnymi ludźmi, a teraz uważam, że każdy powinien iść swoją drogą. Jeśli nie potrafimy sobie dać nic budującego, wybaczmy sobie i zamknijmy ten rozdział. Nie wolno ciągnąć toksycznych relacji, trzeba umieć chronić siebie. Każdy z nas rozwija się w innym tempie, zmieniają nam się potrzeby. Chyba właśnie ta przyjaźń ze szkolnych lat jest taka trwała, bo kiedy się poznawaliśmy, nie mieliśmy różnych obciążeń.

Byliśmy czystymi kartkami...

- Nikt nie myślał o mnie: "Marzena Rogalska - pani z telewizji", tylko po prostu: "Marzena Rogalska". Wiem, że Beata, moja przyjaciółka licealna, nadal mnie widzi tymi oczami, którymi patrzyła na mnie jak byłyśmy w szkole, kiedy zakochiwałyśmy się w różnych facetach, kiedy schodziłyśmy niezliczone kilometry po górach i towarzyszyłyśmy sobie w różnych momentach życia. Wszyscy z tej grupy są potwornie zajęci, ale kiedy podpisywałam "Wyprzedaż snów" na targach w Krakowie, stawili się co do jednego, nawet mój profesor od polskiego.

Dla mnie największą miarą przyjaźni jest to, że możemy się nie widzieć kilka lat, a kiedy się spotykamy, to jakbyśmy nie widzieli się od wczoraj.

- I nie ma wyrzutów, pretensji. Nie wiem, jak to działa, że z jedną osobą tak się da, a z drugą to niemożliwe. Ale czasem sobie myślę, że praca zabiera nam ważną część życia. Ważne spotkania służbowe mamy zanotowane w kalendarzu, ale nie mamy zapisane, żeby zadzwonić do przyjaciółki. Może dbanie o ludzi też powinno się poddać takiej dyscyplinie?

Wydaje mi się, że przyjaciele mają jeszcze stosunkowo dobrze, w przeciwieństwie do naszych rodzin.

- Z tym też robię porządek. Z siostrą rozmawiam kilka razy dziennie. Kochamy się jak wariatki i rozmawiamy ze sobą od świtu do nocy. O 6:30 ja jadę do "Pytania na śniadanie", ona do szpitala do pracy i już gadamy przez telefon. Jest kilka takich telefonów, które chcę odbierać zawsze: od mamy, mojej siostry, przyjaciół. Życie jest takie kruche.

- Wczoraj byłam u moich przyjaciół w Poznaniu, bo bliska mi osoba miała udar. Odwiedziłam ją w szpitalu i nie wiem czy mnie poznała, a dwa tygodnie temu rozmawiałam z nią przez telefon i prosiłam, żeby o siebie dbała. Martwiłam się, że pomaga wszystkim naokoło, a o sobie nie pamięta.

Co z tą siłą kobiet? Czy my nie zaczęłyśmy z nią przesadzać?

- Jesteśmy bardzo silne, ale daleka jestem od tego, żeby uważać, że jesteśmy niezniszczalne. Nie wierzę w opowieści kobiet, które mówią, że są idealnymi matkami i wspaniale łączą to z karierą. Nie da się być cudowną mamą, świetną panią prezes i w ogóle być najlepszą w każdej dziedzinie życia. Trzeba po prostu żyć. Czy ja na łożu śmierci będę wspominać, ile przepracowałam nadgodzin, ile zrobiłam programów? Ucieszy mnie, że je zrobiłam, ale wspominać będę bardziej osobiste chwile, wzruszenia, namiętności i inne smakowite momenty, które spędziłam z bliskimi.

- Kiedyś mi się wydawało, że jestem nie do zdarcia i taki obraz siebie budowałam, dopóki nie wydarzyło się coś, co sprawiło, że się rozsypałam. Na to wszystko przyszła choroba taty i wtedy po raz pierwszy moja cała rodzina zobaczyła, że jednak nie jestem cyborgiem i potrafię być słaba. Ale ja też dałam sobie do tego prawo. Od tamtej pory kiedy mi coś nie idzie, nie frustruję się, nie porównuję do innych. Jak mi nie idzie robota, to jej nie robię - wstaję rano i wszystko kończę.

- Nauczyłam się prosić o pomoc. Nadal bardzo cenię samodzielność, ale są też rzeczy, które z przyjemnością deleguję jeśli nie mojemu mężczyźnie, to moim kolegom. Byłam wychowywana w domu, w którym tata umiał i robił wszystko. Jako dorosła kobieta już wiem, że dawało mi to ogromne poczucie bezpieczeństwa. Przez długie lata mojego dzieciństwa i młodości miałam poczucie, że mój tata również wie wszystko - rozwiązywał zadania z matmy, fizyki, tłumaczył historię itd.

Był twoim bohaterem.

- Absolutnie! To był taki prawdziwy tata, który wszystkiemu umiał zaradzić. Mama mówiła: "Tadziu, pralka się zepsuła, naprawisz?". I naprawiał. Podobało mi się, że mama ogóle nie wykonywała pewnych prac, bo tata jej nie na to pozwalał. Świetnie gotował, świetnie się nami zajmował. Wiadomo było, że mam w rodzinie faceta, który jest wielkim oparciem, ma świetne maniery i lubi nas rozpieszczać. Był też niesamowicie emocjonalny. Przypominam sobie jego wigilijne przemowy przed dzieleniem się opłatkiem, kiedy mówił, jaki jest szczęśliwy, że jest cała rodzina, wspominał tych, których nie ma - wszyscy ryczeliśmy ze wzruszenia. Był super wspierający, uważał, że możemy z siostrą osiągnąć wszystko co chcemy.

Szybko wyjechałaś z rodzinnego domu.

- Kiedy wyprowadziłam się od rodziców, chciałam jak najszybciej utrzymywać się sama. Brałam od nich pieniądze przez rok i uczyłam się tak, żeby dostawać stypendium naukowe. Szukałam pracy. To było moje pierwsze wyzwanie, żeby się usamodzielnić i nie być ciężarem dla rodziców, mimo że oni byli gotowi, żeby mnie wspierać. Pomyślałam, że wreszcie będę mieli spokój, będą żyć swoim życiem, będą cieszyć się sobą i wszyscy będziemy szczęśliwi. Niedługo potem zaczęłam pracę w telewizji Kraków, a potem radiu RMF FM. Ponad 14 lat temu przeniosłam się do Warszawy.

Zauważasz te osławione różnice między Krakowem a Warszawą?

- Chyba nie jestem dobrym adresatem tego pytania, bo mieszkam i tu, i tu. Jak mi brakuje Krakowa, to sobie do niego jadę. W Krakowie też zawsze dużo pracowałam, ale też się nabawiłam i naszalałam. Są takie momenty, kiedy przejeżdżam rowerem przez most Grunwaldzki, widzę Wawel i myślę jaką jestem szczęściarą. Warszawa też jest fajna, najbardziej lubiłam mieszkanie na Nowym Mieście, bo przypominało mi Kraków. (śmiech) Ale moja Sadyba też jest przytulna.

- Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, które czasami zadaje mi mama, gdzie będę mieszkać na starość - czy w Warszawie, czy w Krakowie. Nie potrafię pozbyć się krakowskiego domu, pomimo tego, że żyję głównie w Warszawie. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że mogłabym przyjechać do Krakowa i nie mieszkać u siebie. Mój krakowski dom to mały skromny domeczek, ale ja na niego zapracowałam własnymi rękami.

- Pamiętam jak odwiedzałam w Krakowie na Sławkowskiej moją ulubioną księgarnię Znaku, której już niestety nie ma. Kupowałam sobie książkę, siadałam z nią w ogródku na Rynku, zamawiałam kieliszek białego wina i myślałam: "Pan Bóg istnieje!". Było mi tak dobrze! Uwielbiam nocne eskapady na kiełbaski z grilla z niebieskiej Nyski, klimat niedzielnego targu na Kazimierzu, który tętni życiem całą dobę, który ma taki paryski klimat. Wzrusza mnie nawet, że przez lata jest tak samo długa kolejka do Endziora po zapiekanki. Albo przypominam sobie czasy, w których powstały pierwsze kultowe knajpy: Alchemia i Singer. Widzę, jak to miasto się zmienia, jak bardzo robi się turystyczne, ale nadal ma nieprawdopodobnie wrażliwą duszę.

- Mam też świadomość jak bardzo idealizuję Kraków, kiedy na przykład mam pracować z ludźmi z Krakowa i zdarzyło mi się parę razy powiedzieć: "Ty byś nie popracował w Warszawie, bo z takim nastawieniem w sekundę wyrzuciliby cię z roboty". Chociażby przez spóźnialstwo. Nota bene uważam, że moje spóźnianie się niestety jest efektem tradycji krakowskich. Lata płyną, a ja w tej Warszawie ciągle myślę, że kwadrans to maksimum czasu, jaki potrzebuję na dotarcie w dowolne miejsce. (śmiech)

W Krakowie zazwyczaj dokładnie tyle potrzebujesz.

- Po Krakowie się raczej chodzi, a nie jeździ - ta różnica jest dla mnie na korzyść dla Krakowa. Choćbyś nie wiem jak był samotny, wystarczy, że wyjdziesz na spacer i spotkasz mnóstwo znajomych, którzy cię gdzieś porwą, wciągną do jakiejś knajpy, zabiorą na imprezkę. Nocne życie Krakowa jest spektakularne. Ludzie są też mniej spięci, nawet w stylu ubierania. Kiedy w Warszawie wyjdę bez make-upu, wszyscy mówią: "Ale ta Rogalska to hipsterka", a w Krakowie nikt nie zwróci na to uwagi.

- Jeden z moich kolegów dziennikarzy powiedział, że poza Agatą i jej przyjaciółmi w "Wyprzedaży snów" główną rolę w książce gra Kraków i że za sposób, w jaki go opisałam, powinnam dostać honorowe obywatelstwo! (śmiech) Że to miasto takie piękne i uwodzące. Ale przecież ono taki właśnie jest! Kasia Bujakiewicz przeczytawszy moją książkę powiedziała: "Muszę natychmiast jechać do Krakowa", a ja na to: "Moja krakowska ekipa jest gotowa na twoje przyjęcie".

Dla mnie największą mocą tego miasta jest to, że nawet kiedy w nim mieszkasz, czasami podnosisz głowę i zachwycasz się nim jak turysta.

- Tak, znam to uczucie. Muszę ci się przyznać do jeszcze jednej rzeczy: mam świra na punkcie hejnału mariackiego! Najpiękniejszy sylwester w życiu przeżyłam, kiedy weszłam z Anią Dymną i przyjaciółmi z Hiszpanii na Wieżę Mariacką, Kraków miałam u swoich stóp, a pan strażak przy mnie grał hejnał. Kiedy go słyszę, cieszę się jak dziecko.

- Kilka lat temu spędzałam urodziny w Londynie i zadzwonił z życzeniami mój kolega. Pamiętał o mojej słabości do hejnału i dzwonił o pełnej godzinie, abym go usłyszała. Poryczałam się. Kocham takie klimaty i jest to miłość odwzajemniona. W Krakowie oddycham wolniej i głębiej. Mimo smogu.

Rozmawiała: Agnieszka Łopatowska


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje