Miało być nowocześnie!

W latach 60. był najnowocześniejszym hotelem w Polsce. Pół wieku później popadł w ruinę i niewiele brakowało, by przekształcono go w galerię handlową. Dzisiaj ma stać się nowym oddziałem krakowskiego Muzeum Narodowego, poświęconym designowi i architekturze. Hotel Cracovia. O niezwykłej historii tego obiektu, a także o tym, dlaczego demokracja nie sprzyja architekturze, opowiada wybitny architekt, profesor Witold Cęckiewicz.


Reklama

Aleksandra Suława: Dlaczego Kraków potrzebował hotelu Cracovia?

Witold Cęckiewicz: - Nowy hotel dla Krakowa to nie był pomysł władz miasta, ale biura podróży Orbis. Był rok 1958, miałem wtedy trzydzieści parę lat, stanowisko głównego architekta miasta, a w dorobku duże realizacje i nagrody. Orbis zaś uruchamiał właśnie program kontaktów z zagranicą, również tą zachodnią - dotąd mało dostępną. Zgłosili się więc do mnie z pytaniem, czy nie znalazłaby się w Krakowie jakaś ciekawa lokalizacja na nowy, reprezentacyjny hotel.

I uznał pan profesor, że najbardziej prestiżowo będzie w sąsiedztwie Muzeum Narodowego?

 - Najpierw wskazywałem Orbisowi działkę przy rondzie Mogilskim, przy ogrodzie botanicznym. Nie spodobała się. Pomyślałem więc, że może warto byłoby wykorzystać niedokończoną budowę siedziby związków zawodowych, która stała nietknięta. Nie było jeszcze ulicy Kałuży, tylko inny niż dziś dawny stadion Cracovii.

- Pojechaliśmy. Ludzie z Orbisu pooglądali ten szkielet, i mówią: "Tak. Miejsce ładne, ale przecież ta konstrukcja jest dla nas kompletnie nieprzydatna. Nie można by tego wyburzyć?". A ja na to, że wyburzanie to będzie trudna sprawa. Polityczna.

Polityczna? Nie chodziło raczej o pieniądze? O to, żeby nie budować od nowa, tylko korzystać z tego, co już postawiono?

 - Zdecydowanie polityczna! Najlepiej było to widać w czasie naszej wizyty w Komitecie Wojewódzkim PZPR. Mówimy o co chodzi, sekretarz robi chłodną minę i oznajmia, że odpowiedź będzie za parę dni. Czekamy. Jest decyzja: w żadnym wypadku! Co to za pomysły, żeby budynek komercyjny powstawał tam, gdzie miał być budynek partii? Hotel na rozpoczętej budowie partii?! Nigdy!

Ale przecież powstał...

 - Ten niedokończony budynek siedziby związków zawodowych, a później partii, składał się z fundamentów, parteru i pierwszego piętra. Fundamenty - wiadomo - trzeba było zostawić. Parter to pół biedy - kondygnacja z pomieszczeniami usługowymi, które można było zaadaptować i rozbudować również na potrzeby hotelu. Ale to pierwsze piętro, te słupy, które zgodnie z sugestią, a raczej decyzją, partii trzeba było zachować. Zupełnie mi to nie pasowało.

- Pomyślałem, że gdyby okazało się, że te słupy nie są dość wytrzymałe, by udźwignąć planowane siedem kondygnacji hotelu, to może udałoby się je wyburzyć... Poprosiłem więc profesora Kopycińskiego, który był wielkim autorytetem w dziedzinie konstrukcji budowlanych, a poza tym dysponował tzw. młotkiem Schmidta - urządzeniem specjalnie sprowadzanym wtedy ze Szwajcarii, do badania wytrzymałości konstrukcji betonowych, żeby ocenił stan pierwszego piętra tego budynku.

- Pojechaliśmy na budowę - ja, profesor Kopyciński i jego asystenci, którzy mieli robić odczyty. Po pierwszym badaniu okazało się, że budowla jest bardzo solidna i można na niej stawiać i pięć, i siedem kondygnacji. Patrzę na profesora i mówię: "Niedobrze". A on zdziwiony: "Dlaczego niedobrze?". - Bo wie pan, panie profesorze, to nam zasadniczo utrudni budowę hotelu. - Ale o co panu chodzi?! A... dobrze, wiem! Profesor był członkiem partii, ale był też człowiekiem inteligentnym, więc podszedł do asystentów i mówi:" Jak wy to mierzycie?! Tu jest chyba coś źle poustawiane!". Popatrzył, poprzestawiał i wyniki dalszych badań wskazywały już, że większość słupów ma nie najlepszą wytrzymałość. A ja miałem wolną rękę do wyburzenia.


A do budowania?

 - Nie mogłem poszaleć, ponieważ tworzyłem tylko kontrpropozycje do projektów Orbisu. Oni upierali się, żeby na parterze postawić siedem kondygnacji hotelowych. Narysowałem więc ogólną koncepcję i mówię: "Wy chcecie czegoś takiego i to jest nie do przyjęcia, ponieważ budynek naprzeciwko Muzeum Narodowego, nie może mieć większych gabarytów wysokości niż samo muzeum". Oni na to, że zmniejszając budynek, zmniejszą również liczbę pokoi, a chcą mieć jeden z największych hoteli w Polsce, z salą bankietową, sklepami, urządzeniami do rekreacji... Wpadłem więc na pomysł przedłużenia budynku o 50 metrów. I znowu problem, bo oni nigdy nie budowali długich na 150 metrów obiektów. Wobec tego tłumaczę: "Budowaliście, tylko zamknięte w czworobok, a tutaj będzie w linii prostej". Na następne spotkanie przyjechała już cała dyrekcja Orbisu i padła decyzja: "Budujemy!".

Budowa trwała 5 lat. Doglądał jej pan profesor?

 - Oczywiście! Wymogłem nawet na wykonawcy, żeby wybudował mi pracownię na miejscu budowy! Przychodzę kiedyś do dyrekcji przedsiębiorstwa budującego i mówię, że potrzebuję odpowiednie pomieszczenia. Oni odpowiadają, że tak, oczywiście barak dla kierownictwa budowy będzie. To pytam: "Jaki?". - Dwa pokoje i węzeł sanitarny. - Dobudujecie jeszcze dwa lub trzy pokoje i dodatkowy węzeł, i tam będzie moja pracownia. I to była chyba jedyna w historii pracownia architekta na budowie, funkcjonująca przez prawie pięć lat.

- Pamiętam, że ciągle przychodził do nas kierownik robót i prosił, żeby tłumaczyć mu plany. Miał ich całą szafę. Ale my tłumaczyliśmy mu cierpliwie, bo zależało nam na dobrych stosunkach. Szczególnie mnie, bo w Cracovii wymyślałem rzeczy dotąd niespotykane w naszym wykonawstwie, ale wprowadzane już w Europie Zachodniej, co wcześniej widziałem we Francji.

Na przykład?

 - Najwięcej problemów było z aluminiową ścianą kurtynową. Kiedy dyrektor o niej usłyszał, powiedział, żebym sobie wybił z głowy takie pomysły, bo przecież doskonale wiem o zarządzeniu premiera, zgodnie z którym aluminium na budowach stosować nie można. Chodziło oczywiście o to, że całą jego produkcję wysyłano do Rosji.

- Ale mnie bardzo na tej aluminiowej ścianie zależało. Pamiętam rozmowę w gabinecie dyrektora biura projektowego, podczas której ważyły się losy mojego projektu. Mówię, że nie mogę zrezygnować z tej ściany. A on na to: "Jak nie zrezygnujecie, to będziecie siedzieć! I to wcale nie w pracowni!". - Panie dyrektorze - mówię. - To może w takim razie ja podpiszę to zamówienie, jako kierownik pracowni. - Nie chcę o tym słyszeć! I to był koniec rozmowy. Jeszcze tylko wychodząc powiedziałem: "To ja jeszcze raz się zastanowię". I oczywiście podpisałem zamówienie na kilkadziesiąt ton profili aluminiowych.

- I nic się nie stało, hotel na otwarciu prezentował się rewelacyjnie, aluminium lśniło w słońcu, a ja odbierałem gratulacje, również od ministra odpowiedzialnego za niestosowanie tego materiału.

O wszystko trzeba było tak walczyć?

 - Jeśli chciało się wprowadzić w projekcie jakiekolwiek nowoczesne elementy to zaczynały się schody. Pamiętam, że kiedy montowano w Cracovii ślusarkę parteru, w pewnym momencie brakło nierdzewnych śrub, do przytwierdzania okładzin aluminiowych. Idąc przez plac budowy usłyszałem, że robotnik do kolegi krzyczy: "Podaj mi jakieś śruby nierdzewne". Okazało się, że takich śrub już nie ma. Zatrzymałem się i mówię: "Proszę natychmiast przestać! Nie będziemy udawać, że coś jest dobrze zrobione, kiedy wiemy, że po miesiącu będzie ociekało rdzą!".

- Zaraz znalazł się dyrektor i pyta o co chodzi. Tłumaczę, a on odpowiada, że na takie śruby jakie są niezbędne, będziemy czekać przynajmniej dwa dni, a ten odcinek trzeba już skończyć, bo jest harmonogram, bo czas goni, bo już ogłosili kiedy otwarcie. Spieraliśmy się jeszcze chwilę, aż w końcu, na tym rusztowaniu, dwa metry nad ziemią, chwyciłem go na klapy i mówię: "Nie ma mowy. Tyle dobrej roboty potrafiliście zrobić i teraz będziecie się kompromitować przez zwykłe śruby?! Wstyd!". Dyrektor popatrzył na mnie i powiedział do robotników: "Natychmiast dzwońcie, niech migiem załatwiają te śruby".

Nie bał się pan profesor?

 - Czego?

Że pana zwolnią, albo rzeczywiście wsadzą do więzienia.

-  Nie, wtedy miałem mocną pozycję. Budowa Cracovii przypadała na czasy, gdy byłem już znanym w całej Polsce współlaureatem konkursu na Pomnik Zwycięstwa Grunwaldzkiego. Konkurs wygrałem wraz z Jerzym Bandurą w 1958 roku, a w 1960 pomnik trzeba było odsłaniać, więc czasu było niewiele. Realizacja była dla ówczesnych władz priorytetowa, więc i ja byłem traktowany priorytetowo. Żeby wszystkiego dopilnować, jeździłem tam czasem nawet dwa razy w tygodniu, miałem zarezerwowane specjalne miejsce w samolocie. Przychodzę kiedyś na lotnisko i mówię, że jadę na Grunwald. A oni że wiedzą, ale niestety zabrakło miejsc. - Ale ja muszę jechać, auto czeka na mnie na lotnisku w Warszawie i co ja mam zrobić? - To chyba, że posadzimy pana z nami, w kabinie. Niespotykane, tak na owe jak i na dzisiejsze czasy. To było szczególne traktowanie, wiedziałem więc, że dla obecnej władzy znaczę dużo więcej, niż jakiś dyrektor przedsiębiorstwa czy kierownik budowy.

I mógł pan profesor prowadzić swoje architektoniczne eksperymenty. Na czym panu najbardziej zależało przy budowie Cracovii?

 - Miało być nowocześnie. Kiedy przyszła odwilż, pojechaliśmy w roku 1956 jako kilkuosobowa delegacja SARP (red. Stowarzyszenia Architektów Polskich) na miesiąc do Paryża. Po powrocie pomyślałem: koniec z tym wszystkim, teraz będziemy budować nowocześnie! Wiedziałem, że Cracovia to jest dla mnie ogromna szansa, żeby zrobić kawał dobrej, współczesnej architektury. A dodatkowo inwestor był bogaty, więc mogłem wprowadzić w hotelu sztukę towarzyszącą architekturze w jej różnej formie, wynikającej z projektów wnętrz, opracowaną pod moim kierunkiem przez znanych artystów plastyków.

I powstał hotel nasycony sztuką.

 - Chyba jak żaden inny w Polsce! Udało mi się przeforsować te piękne mozaiki... Dzisiaj wszyscy piszą o mozaice Husarskich, ale była też mozaika Zgud-Strachockiej, dwie kompozycje metaloplastyczne Pendziałka. Bardzo piękne, nie mam pojęcia gdzie się podziały. Było patio, które potem zabudowano, przerabiając jadalnię na kasyno i przy okazji wynosząc kapitalną rzeźbę - fontannę Chromego, której dalszych dalszych losów też nie znam. Nie ma również pięknego neonu Skulicza, projektowanego specjalnie na potrzeby hotelu, bo gdy przywieźli gotowy jego projekt to powiedziałem, że my tu w Krakowie robimy lepsze.

- Były też piękne meble... zdobyte z takim trudem. Pamiętam wizytę w dużych państwowych zakładach meblarskich. My mówimy, że mamy tu takie projekty foteli do sali bankietowej, poczekalni i jadalni, a dyrektor pyta ile tego potrzebujemy. Mówię, że gdyby zrobić też do innych hoteli, to jakieś kilkaset, a może nawet 1000 sztuk. Na co dyrektor w śmiech: "My tu mamy seryjne produkcje, po 30, 40 do 50 tys. sztuk, gdzie ja wcisnę te wasze foteliki?". Wziąłem go więc na bok i mówię: "Przecież to jest firma Orbis, mają różnych gości, z zagranicy, to będzie dla was reklama! A poza tym organizują różne ciekawe wyjazdy zagraniczne"... I chyba to dyrektora skusiło, bo zrobili. A teraz nie ma po nich śladu...

Jakie to uczucie, patrzeć jak własne dzieło niszczeje?

 - Ja na to nie patrzyłem bezczynnie. Kiedy 10 lat temu po raz pierwszy zaczęto stawiać pytanie jak chronić modernistyczną architekturę, sporządziłem dla SARP listę 10 krakowskich budynków, które należy bezwzględnie objąć ochroną konserwatorską. Był wśród nich hotel Cracovia, kino Kijów, hotel Forum i jeszcze kilka innych ikon krakowskiego modernizmu. Jednak stało się to, czego się obawiałem. SARP zamiast natychmiast wystąpić z wnioskiem do konserwatora, zajął się analizowaniem, o co by jeszcze tę listę uzupełnić. Powołano komisję, zaczęły się dyskusje, a tymczasem Cracovię sprzedano. I kiedy już sprzedano, to podniosło się larum: chrońmy, ratujmy, wpisujmy do rejestru ostatnie przykłady modernizmu. Właściciel miał na to jeden komentarz: "nikt mi nie mówił, że kupuję zabytek. Jak chcecie mieć zabytek, to go sobie utrzymujcie". Więc hotel niszczał przez lata, bo nikt nie chciał w niego inwestować.

Wolny rynek nie służy zabytkom?

- Chociaż to pewne dziwnie zabrzmi, ani demokracja ani wolny rynek nie tworzą najlepszych warunków dla powszechnego rozwoju architektury i urbanistyki. W Polsce po wprowadzeniu gospodarki wolnorynkowej nastąpiło całkowite załamanie planowania przestrzennego, miasto zostało oddane w ręce deweloperów. Oczywiście, że prawo do własności jest bardzo istotne, ale nad prawem własności indywidualnej musi stać prawo społeczeństwa do życia w ładzie przestrzennym.

- Niestety, teraz pamięta się tylko o tym pierwszym. Podam pani takie dwa przykłady: Mistrzejowice i Dębniki, dwa osiedla realizowane w latach 60. według najsurowszych, ówczesnych norm. A mimo wszystko jest na nich więcej zieleni niż na współcześnie budowanym Ruczaju. Albo osiedle na Czyżynach, które projektowałem jako najbardziej współczesne osiedle o zmiennej wysokości budynków, zatopionych w zieleni, otaczających znajdujący się w środku osiedla duży park. Nic z tego nie wyszło. Wzdłuż pasa startowego postawiono, porażający w swej gęstości, rytm wieżowców. To, że teren który był całkowicie wolny, stał się najbardziej zagęszczonym terenem w Krakowie, to jest absolutna porażka planowania przestrzennego!

Jednak ktoś tworzy takie plany.

- Deweloperzy dyktują warunki, a najważniejszy z nich brzmi: Budować pod kątem ilości mieszkań, a wypoczynku przyszłych mieszkańców. Dlatego bardzo często projektanci słyszą: Wie pan, dobrze by było, żeby pan zrobił ekonomicznie i szybko, bo tyle biur czeka na to zadanie. Albo dają do zrozumienia, że równolegle to samo osiedle projektują trzy lub cztery biura, za darmo, jako wstępne propozycje. Ten zawód stracił swój etos.

Pan profesor już nie chce projektować?

- Chcę. Zrobiłem kilka planów dla Krakowa, wszystkie zostały odrzucone. Najbardziej żałuję, że nie doszło do realizacji osiedla wzorcowego dla 10 tys. mieszkańców, na Bronowicach przy ulicy Chełmońskiego. Miałem również świetny pomysł na aranżację placu Marii Magdaleny. W moim projekcie należałoby podwyższyć obrys fundamentów nieistniejącego tam już kościoła i wypełnić je wodą, która zmieniałaby plac w lustro odbijające fasadę stojącego naprzeciwko placu kościoła Piotra i Pawła. Albo plan udostępnienia Pałacu Sztuki od strony placu Szczepańskiego, tylko poprzez powiększenie jednego okna w przyziemiach pałacu. Obniżylibyśmy fragmentarycznie poziom placu, dobudowalibyśmy amfiteatralne schody, na których można by było posiedzieć i udostępnić dolny poziom wnętrz wystawowych, połączony z górnym windą. Pokazałem to prezydentowi: świetne! Głównemu architektowi: należy to zrobić. I nigdy nie zrobiono, bo okazało się, że już jest zamówiona fontanna na plac Szczepański.

To może zniechęcić.

 - Dlatego teraz zajmuję się rzeźbą. Zresztą, do pomników zrealizowanych lub ostatnio projektowanych w Krakowie mamy wyjątkowego pecha, co jeden to gorszy. Skąd to się bierze?! Przecież są konkursy, ktoś te projekty wybiera, ktoś zatwierdza, a potem na odsłonięciu wszyscy się dziwią: któż tu coś takiego postawił?! A przecież to takie ważne. Lepiej już nic nie stawiać i zostawić wolną przestrzeń niż stawiać złe, naiwne lub nieczytelnie przedstawiające niedobrą formą piękne idee lub doniosłe fakty.

Cracovia doczeka się dobrego projektu? Ten budynek uda się w ogóle przekształcić na galerię?

 - Cracovia to obiekt, który miał doskonale zaprojektowaną funkcję hotelową. Podstawowa różnica między tą funkcją, a jakąkolwiek inną jest taka, że hotele są silnie nasycone instalacjami sanitarnymi. Nawet żadna mieszkaniówka nie ma tylu łazienek na metr kwadratowy co hotel. Wyzwanie jest więc spore, ale są też olbrzymie możliwości, które daje na przykład parter. Gdy wyczyścimy go ze sklepów, to uzyskamy piękną, dwupoziomową kondygnację, operującą dużymi przestrzeniami. Cudownie byłoby też odtworzyć taras kawiarniany, tak jak to było kiedyś, z widokiem na Błonia. Można by tam usiąść, porozmawiać o wystawie, którą się akurat obejrzało. Takie miejsce, gdzie relaks przenika się z warstwą wizualnego odbioru sztuki musi być we współczesnym muzeum, a szczególnie w tym miejscu, na styku z wielkimi przestrzeniami rekreacyjnymi miasta, krakowskimi Błoniami.

- Nie wolno też zapominać o przestrzeni między Cracovią i Muzeum Narodowym.

Tam biegnie ulica, więc wiele chyba nie uda się zrobić...

 - W latach 60. zaprojektowałem ten teren jako plac głównie dla pieszych z ograniczoną możliwością przejazdu samochodowego, tak żeby połączyć te dwa służące sztuce obiekty. Owszem, połączenia ulic Piłsudskiego i Focha nie da się już zlikwidować, ale istnieją na świecie place, na których ruch kołowy jest zredukowany do minimum za pomocą świateł czy ograniczenia prędkości. Można też połączyć te dwa obiekty przejściem pod ziemią, szeroko rozbudowanym i wyposażonym w ekspozycje. Proszę popatrzeć na plac przed Luwrem czy plac Vendome. A aleje Trzech Wieszczów odciążyć od nadmiernego dziś ruchu przez budowę od dawna oczekiwanej obwodnicy.

Myśli pan profesor, że Cracovia doczeka się równie spektakularnego przekształcenia?

 - Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie co będzie dalej. Wiem jedno: to miejsce jest tak ważne dla Krakowa, że nie wolno go zmarnować. Dobrze, że stało się ono przestrzenią dla kultury i sztuki, a nie dla komercji, biur czy mieszkaniówki. To ostatnie tak ważne miejsce w Krakowie i miasto jest mu winne dobre i dalekosiężne plany.

Na razie muzeum są potrzebne magazyny.

 - Tak, chcą remontować gmach główny i Cracovia posłuży im jako tymczasowe lokum dla zbiorów i administracji. I dobrze, niech tak będzie, oby to tylko nie było głównym, lecz krótkotrwałym i przejściowym rozwiązaniem. Bo jeśli się do tego przyzwyczaimy to zaprzepaścimy olbrzymią szansę, jaką daje to szczególne, wyjątkowe i ostatnie o tej randze miejsce, a budynek pozostanie w takiej formie, w jakiej jest obecnie. A Cracovia aż krzyczy, żeby w końcu się nią zająć i stworzyć z niej na europejską skalę muzeum modernizmu w całej różnorodności, bogactwie jego przejawów, ze szczególnym uwzględnieniem architektury i wzornictwa.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje